Jedną z najbardziej palących kwestii po wyborach jest stan finansów publicznych. KO zapowiedziało zmiany w podatkach i złożyło obietnice utrzymania świadczeń wprowadzonych przez PiS oraz przyznania podwyżek nauczycielom i budżetówce.
Niektórzy politycy zaczęli już forsować przekaz o tym, że stan finansów jest fatalny. W mediach mówi o tym m.in. była wiceministerka finansów Izabela Leszczyna. Polityczka wrzuciła też wpis na X (dawniej Twitter), w którym pisze o "gigantycznej" dziurze budżetowej. Straszy też Ryszard Petru, który twierdzi, że pod koniec roku może zabraknąć pieniędzy w budżecie, choć ekonomiści nie podzielają takich obaw. Głos w sprawie zabrał też Paweł Borys, szef Polskiego Funduszu Rozwoju, który uważa, że retoryka strachu może Polsce tylko zaszkodzić.
Z rosnącym niepokojem obserwuje "tiktokową" dyskusje nt. stanu finansów publicznych. Początkowy teatr o "dziurze", czy "pustej kasie" wydawał się tylko polityczny, teraz staje się niebezpieczny. Zwracam uwagę osobom, tworzącym te przekazy, że zaraz wejdą na grabie!
- napisał na X Paweł Borys.
Jak tłumaczy, inwestorzy słuchają tego, co mówią politycy, którzy być może niedługo będą zarządzać finansami publicznymi. "Chodzi o wiarygodność. Nie można tworzyć wizji Armagedonu, a za chwilę wychodzić do tych samych inwestorów, żeby kupili nasze obligacje, przekonując, że jest dobrze! Rentowności polskich obligacji już są wyżej niż przed wyborami, ASW szeroko, a IRS 10Y powyżej 5 proc. Na rynkach jest nerwowo i trzeba w sposób odpowiedzialny ważyć każde słowo. Zwłaszcza przy zwiększonych potrzebach pożyczkowych w związku wydatkami na obronność, które są priorytetem" - pisze szef PFR.
Co istotne, retoryka strachu nie jest jedyną bronią w arsenale polityków zwycięskiej koalicji, bo chociażby Andrzej Domański, główny ekonomista Instytutu Obywatelskiego, think tanku Platformy Obywatelskiej i współtwórca programu partii mówił, że pieniądze na realizację wyborczych obietnic "są i będą". I zamiast straszyć, zapowiedział stworzenie białej księgi finansów, która przejrzyście przedstawi ich stan. Szef PFR w kolejnych wpisach wylicza natomiast, czemu stan finansów nie jest tak zły, jak jawi się w wypowiedziach niektórych polityków: "Mamy wyższy rating wiarygodności finansowej z perspektywą stabilną niż w 2016, cały dług publiczny do PKB spadł w tym czasie z ok. 53 proc. do 48 proc. pomimo tarcz, deficyt GG 23-24 ok. 4,5 proc. jest podwyższony (obronność, indeksacje), ale pod kontrolą jak na rok kryzysowy".
Potrzebna jest poważna debata na temat strategii gospodarczej i finansowej państwa. Ostatnią taką strategią był SOR, a w czasie kryzysów tarcza antykryzysowa. Szoki wygasają i gospodarka w 2024 odzyska stabilność. Jest masa wyzwań, ale też szans. Jaki jest realny plan?
- pyta Paweł Borys.
Jeden z polityków Koalicji Obywatelskiej anonimowo nazwał BGK oraz PFR "zabawkami" premiera, które czeka "tsunami". Można się więc spodziewać personalnych zmian w obu instytucjach. "Po wybuchu pandemii, dzięki wypchnięciu wydatków poza budżet właśnie do nich (Tarcza Finansowa PFR i Fundusz Przeciwdziałania COVID-19 w BGK), rząd uzyskał większą swobodę w szybkim reagowaniu na kryzys, bo nie musiał przejmować się konstytucyjnym limitem zadłużenia. To bowiem PFR i BGK, a nie Ministerstwo Finansów, emitowało obligacje na pokrycie kosztów działań (rząd tylko objął obligacje gwarancją)" - pisze o działalności PFR i BGK Mikołaj Fidziński na Next.Gazeta.pl. W tekście znajdziecie też argumentację Pawła Borysa oraz innych ekonomistów, którzy uważają, że "czystki" w PFR niekoniecznie są najlepszym pomysłem.
"W ostatnich 12 miesiącach deficyt przekroczył już 70 mld zł, według budżetu na 2023 r. w całym roku może sięgnąć ponad 90 mld zł (choć nie musi), a w 2024 r. rząd PiS zaplanował deficyt na maksymalnie nawet około 165 mld zł. Wydatki puchną (m.in. na obronność, ale nie tylko), z dochodami nie jest idealnie (z VAT rosną dość wolno, z PIT wręcz spadły po reformie podatkowej). Polsce grozi już w przyszłym roku unijna procedura nadmiernego zadłużenia, która krępowałaby ręce ministrowi finansów w planowaniu kolejnych wydatków. Potrzeby pożyczkowe budżetu państwa na przyszły rok będą rekordowo wysokie. Wciąż mamy też około 340-miliardowy 'nawis' długu pozabudżetowego, który też miałby - według planów PiS - urosnąć niemal dwukrotnie do 2027 r." - pisze Mikołaj Fidziński.
"PiS obiektywnie nie oddaje więc Tuskowi i spółce finansów publicznych w dobrym stanie. Wręcz przeciwnie - sytuacja jest napięta. Ale mimo wszystko powszechnie znana i przez nikogo nieukrywana. Dlatego z dużym zdziwieniem ekonomiści czytali wypowiedzi wiceszefowej Platformy Obywatelskiej Izabeli Leszczyny w portalu X (dawny Twitter), która przekonywała, że 'PiS ukrywał przed wyborami, że w tegorocznym budżecie jest gigantyczna dziura Morawieckiego'. Takie słowa z ust (czy bardziej spod palców) byłej wiceministerki finansów zostały przez jej przeciwników politycznych szybko potraktowane jako 'podbudowa' pod cięcia świadczeń socjalnych lub brak realizacji ambitnych obietnic wyborczych (a są to np. wyższa kwota wolna od podatku, duże inwestycje w usługi publiczne - m.in. edukację). Zresztą podobne hasła o rzekomych wielkich niespodziankach w finansach publicznych, słychać od kilku dni też od innych polityków" - czytamy dalej. Z tekstu Mikołaja Fidzińskiego dowiecie się też, że wynagrodzenia realne wzrosły (choć nie tak bardzo, jak się spodziewano), że spadła inflacja bazowa oraz że produkcja przemysłowa jest na minusie.