Wszyscy o polityce, a tymczasem w gospodarce... "Gwiazdka jednak nie przyszła jesienią"

Choć nasze oczy skierowane były w ostatnich dniach głównie na cenę polityczną, gospodarka się nie zatrzymała. Płace niby trochę rozczarowały, ale w zestawieniu z inflacją dane są i tak najlepsze od półtora roku. Inflacja spada - zarówno bazowa, jak i producencka. Przynajmniej na razie. Wiele emocji - trochę na wyrost - wzbudziły nowe dane o wykonaniu budżetu.
Premier Mateusz Morawiecki podczas konwencji PiS
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Nim nie o polityce, to jednak trochę o polityce, a raczej styku jej i wielkich pieniędzy. Duże poruszenie wywołały opublikowane we wtorek i środę dane o wykonaniu budżetu kolejno po sierpniu i wrześniu. Szczególnie te drugie wyglądały słabo - wzrost deficytu o ponad 18 mld zł w samym wrześniu był najmocniejszy od lat, a prognozy na kolejne miesiące i lata przewidują tylko pogłębienie się dziury w budżecie.

Zobacz wideo Czy budżet powinien być uchwalony już teraz?

Budżet, deficyt i zamieszanie 

W ostatnich 12 miesiącach deficyt przekroczył już 70 mld zł, według budżetu na 2023 r. w całym roku może sięgnąć ponad 90 mld zł (choć nie musi), a w 2024 r. rząd PiS zaplanował deficyt na maksymalnie nawet około 165 mld zł. Wydatki puchną (m.in. na obronność, ale nie tylko), z dochodami nie jest idealnie (z VAT rosną dość wolno, z PIT wręcz spadły po reformie podatkowej). Polsce grozi już w przyszłym roku unijna procedura nadmiernego zadłużenia, która krępowałaby ręce ministrowi finansów w planowaniu kolejnych wydatków. Potrzeby pożyczkowe budżetu państwa na przyszły rok będą rekordowo wysokie. Wciąż mamy też około 340-miliardowy "nawis" długu pozabudżetowego, który też miałby - według planów PiS - urosnąć niemal dwukrotnie do 2027 r. 

PiS obiektywnie nie oddaje więc Tuskowi i spółce finansów publicznych w dobrym stanie. Wręcz przeciwnie - sytuacja jest napięta. Ale mimo wszystko powszechnie znana i przez nikogo nieukrywana. Dlatego z dużym zdziwieniem ekonomiści czytali wypowiedzi wiceszefowej Platformy Obywatelskiej Izabeli Leszczyny w portalu X (dawny Twitter), która przekonywała, że "PiS ukrywał przed wyborami, że w tegorocznym budżecie jest gigantyczna dziura Morawieckiego". Takie słowa z ust (czy bardziej spod palców) byłej wiceministerki finansów zostały przez jej przeciwników politycznych szybko potraktowane jako "podbudowa" pod cięcia świadczeń socjalnych lub brak realizacji ambitnych obietnic wyborczych (a sa to np. wyższa kwota wolna od podatku, duże inwestycje w usługi publiczne - m.in. edukację). Zresztą podobne hasła o rzekomych wielkich niespodziankach w finansach publicznych, słychać od kilku dni też od innych polityków.

Gwoli wyjaśnienia: rzeczywiście Ministerstwo Finansów (bez wyjaśnienia) zwlekało z danymi o wykonaniu budżetu za sierpień. Pokazało je we wtorek 17 października, a powinno w drugiej połowie września. Ale te dane akurat były przyzwoite (wzrost deficytu o około 3,5 mld zł, to naprawdę niewiele na tle historycznych statystyk). Za to dane o ponad 18-miliardowym wzroście deficytu we wrześniu zostały opublikowane przez resort finansów wręcz wyjątkowo wcześnie jak na praktykę z ostatnich czasów.

Przeciętne wynagrodzenie w górę, ale gwiazdki nie było

Gwiazdka jednak nie przyszła jesienią

- piszą o najnowszych danych o przeciętnym wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw ekonomiści PKO Banku Polskiego. Wyniosło ono we wrześniu blisko 7380 zł brutto, tj. o 10,3 proc. więcej niż przed rokiem.

Z jednej strony, to dobry wynik - realny wzrost przeciętnej pensji wyniósł około 2 procent (czyli o tyle wygrał z inflacją), najwięcej od lutego 2022 r. Z drugiej, prognozy ekonomistów były lepsze - konsensus wynosił około 10,8-10,9 procent. 

Nieco niższy od oczekiwań odczyt wskazuje, że wbrew informacjom medialnym skala przyspieszonych wypłat premii i nagród świątecznych była ograniczona - to właśnie w tym czynniku widzieliśmy źródło ryzyka w górę dla naszej prognozy dynamiki wynagrodzeń

- wyjaśniają swoje słowa o "gwiazdce, która nie przyszła jesienią" eksperci z PKO BP.

Inflacja bazowa w dół

Najnowsze dane Narodowego Banku Polskiego wskazują, że inflacja bazowa (czyli po wyłączeniu cen energii i żywności) spada - z 10 proc. rok do roku w sierpniu do 8,4 proc. we wrześniu. Po raz pierwszy od maja 2020 r. mieliśmy też spadek cen bazowych z miesiąca na miesiąc - symbolicznie, bo o 0,1 punktu procentowego, ale jednak.

Oczywiście, nie ma co odtrąbiać sukcesu - cały czas mamy problem z wysoką inflacją, a wrześniowy spadek inflacji bazowej to w pewnej mierze też efekt poszerzenia programu darmowych leków czy jednorazowych obniżek opłat radiowo-telewizyjnych, niemniej hamuje też rozpęd cen w większości innych kategorii.

Wśród ekonomistów panuje względna zgoda co do tego, że inflacja powinna mieć w najbliższych kilku miesiącach wciąż tendencję spadkową, ale co będzie dalej - tu już prognozy są różne. Część wskazuje, że paliwo do dezinflacji będzie cały czas, inni - że czynniki proinflacyjne szybko nie znikną. 

To, co w największym stopniu może przemawiać za utrzymaniem podwyższonej inflacji bazowej, to silny rynek pracy z dwucyfrowym wzrostem płac nominalnych, ale także oczekiwania inflacyjne, które pozostają w dalszym ciągu znacznie powyżej poziomów sprzed pandemii. Można podejrzewać, że społeczeństwo poniekąd nauczyło się żyć z wysoką inflacją. Jeśli tak, wówczas akceptacja kolejnych podwyżek cen może wcale nie być trudna. Wsparciem ku temu, będzie znaczny wzrost realnych dochodów rozporządzalnych w przyszłym roku wśród gospodarstw domowych. Mówimy tutaj nie tylko o płacy minimalnej i wzroście płac samym w sobie, ale też o waloryzacji programu 500 plus, czy wprowadzeniu na stałe 14. emerytury

- komentują ekonomiści mBanku. 

W "kąciku" inflacyjnym dodajmy, że już trzeci miesiąc z rzędu mamy do czynienia z deflacją producencką. Oznacza to, że ceny w przemyśle są niższe niż przed rokiem (we wrześniu o 2,8 proc.). Z czasem to może mieć wpływ na ceny produktów gotowych dla konsumentów.

Produkcja przemysłowa na minusie

Deflacja producencka nie wzięła się znikąd. To między innymi efekt słabej koniunktury w przemyśle. Nie ma popytu, więc nie ma paliwa do wzrostów cen - wręcz przeciwnie, pojawia się miejsce na opusty. Z najnowszych danych GUS wynika, że we wrześniu produkcja przemysłowa spadła o 3,1 proc. rok do roku. Nie ma co kryć - to słabe dane. Ale jednocześnie eksperci widzą światełko w tunelu.

Dane wyrównane sezonowo wykazały wzrost o 0,9 proc. miesiąc do miesiąca, po +0,6 proc. w sierpniu. To pierwszy raz w tym roku, kiedy wystąpiły dwa miesięczne wzrosty z rzędu. Dane pozwalają nam stwierdzić, że są już pewne oznaki ożywienia w przemyśle

- komentują ekonomiści Santander Banku. Analitycy PKO BP widzą "nadciągające odwrócenie niekorzystnych trendów" w badaniach koniunktury. - Oczekujemy, że "przebudzenie" polskiego i europejskiego konsumenta (powrót realnych dochodów do wzrostów) znajdzie odzwierciedlenie we wzroście popytu na polskie towary przemysłowe - komentują.

Z kolei eksperci z Credit Agricole nadzieję pokładają m.in. w budownictwie. 

W kolejnych miesiącach aktywność tu wzrośnie ze względu na kończenie inwestycji publicznych współfinansowanych ze środków unijnych, a także stopniowe ożywienie w budownictwie mieszkaniowym, wspierane przez program Bezpieczny Kredyt 2% oddziałujący w kierunku zwiększenia dostępności kredytu mieszkaniowego

- oczekują.

***

Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu:

Więcej o: