Zgodnie z ustawą o Narodowym Banku Polskim 95 proc. zysku banku centralnego trafia do kasy państwa. W sierpniu pochwalono się, że NBP osiągnie dodatkowy zysk bliski 6 mld złotych. Dlatego też taką kwotę zabezpieczono w projekcie budżetu na rok 2024, jeszcze za czasów Prawa i Sprawiedliwości. Od początku ekonomiści dziwili się jednak, że NBP już przewiduje zysk i to tak znaczący, gdy było wielce prawdopodobne, że na koniec roku sytuacja finansowa banku wcale nie będzie aż tak pozytywna.
Ta obawy się sprawdziły, a Narodowy Bank Polski rakiem wycofał się z obietnicy dołożenia swojego zysku do budżetu państwa. W opinii wydanej przez Rady Polityki Pieniężnej do budżetu czytamy, że: "biorąc pod uwagę uwarunkowania rynkowe, jakie wystąpiły w IV kw. 2023 r., nie przewiduje się wpłaty z zysku NBP w 2024 roku". Oznacza to, że bank centralny nie dołoży nic do budżetu.
Zdążył się już do tego odnieść premier Donald Tusk w głośnym wywiadzie udzielonym trzem telewizjom: TVP, TVN oraz Polsat. - To nie jest coś, co destabilizuje sytuację budżetu, to tylko oznaka złej woli. (...) Szanuję prawo, więc mogę powiedzieć, że nie podoba mi się decyzja pana Glapińskiego w sprawie tych 6 mld zł, ale to NBP podejmuję tę decyzję i ją szanuję. To zła decyzja z punktu widzenia interesów kraju, ale akurat tej decyzji nie mam zamiaru kwestionować, bo to jest prerogatywa szefa NBP - mówił, cytowany przez money.pl.
Brak zysku i wpływów do budżetu to jednak drobny prztyczek w stronę nowego rządu, a właściwie przewidywana konieczność, bo już w sierpniu wydawało się, że zysk na tym poziomie jest nierealny. Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej uważa nawet, że "jest to świadczenie nieprawdy przez urzędnika państwowego i jest to jakiś problem, jakiś zarzut". Prawdziwego "bata" na rząd Donalda Tuska NBP ma jednak w innej formie - obligacji.
Narodowy Bank Polski może sprzedać, część obligacji COVID-owych. Mówił o tym prof. Ireneusz Dąbrowski, członek Rady Polityki Pieniężnej w rozmowie z "Gazetą Bankową". - Może się okazać, że gdy pojawi się tak duży popyt, NBP będzie musiał rozważyć skrócenie swojej pozycji w obligacjach covidowych i część tych papierów sprzedać na rynku, żeby ściągnąć nadwyżkę pieniądza - mówił. Chodzi o papiery wartościowe opiewające na kwotę aż 144 mld zł.
Sprzedaż obligacji zasadniczo wyhamowałaby inflację, dzięki ściągnięciu z gospodarki części pieniędzy. Obligacje zakupiono w kryzysie pandemii, aby zadziałać odwrotnie - dodatkowa ilość pieniędzy miała obudzić gospodarkę. Fatalnie wyszłyby na tym jednak finanse państwa, zwłaszcza wzrosłoby zadłużenie. Sprzedaż będzie oznaczać, że rentowność obligacji Skarbu Państwa pójdzie w górę. Wtedy rządowi Donalda Tuska będzie bardzo trudno się zadłużać.
Obecnie kwota brutto potrzeb pożyczkowych, obejmująca nie tylko emisje nowych papierów, ale także spłatę długów zapadających w tym roku, przekracza 449 mld zł. Kluczowe jest jednak porównanie długu do PKB. W Polsce stosunek ten wynosi około 50 proc. Konstytucyjny limit długu, ustalono na poziomie 60 proc. Dobicie do niego byłoby fatalne dla polskiej gospodarki.
Dług zazwyczaj rośnie bowiem, gdy rząd wydaje pieniądze w celu poprawy sytuacji obywateli. Jeśli więc państwo się zadłuża (mądrze), to zazwyczaj po to, by inwestować, dzięki czemu pieniądze z długu trafiają do sektora prywatnego. Dług w ten sposób staje się narzędziem budowania dobrobytu, a kurczowe trzymanie się niskiego długu publicznego może zahamować rozwój państwa. Nie jest jednak tak, że dług nie ma limitów. W tym przypadku jest to wzrost inflacji, który może przyśpieszać przy zbyt gwałtownym zadłużaniu państwa.
Ponadto sprzedaż obligacji pociągnęłaby za sobą szereg innych konsekwencji. Piotr Bartkiewicz, ekonomista Banku Pekao w rozmowie z Business Insider mówił, że zmusiłoby to banki do ograniczenia akcji kredytowych, kurs złotego gwałtownie by spadł, a obniżka wartości obligacji odbiłaby się na bankach, co pogorszyłoby i tak fatalną sytuację na rynku nieruchomości.
Pomysł ten krytykował też prezes Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys. "To jest tak samo zły pomysł, jak ten, żeby NBP emitował swoje obligacje. Oba prowadzą do zaburzenia rynku obligacji skarbowych i nie powinny mieć miejsca. Skup obligacji z rynku w czasie covid był uzasadniony zaburzeniami jego normalnego funkcjonowania. Robiły to wszystkie główne banki centralne. Ale wyjście z tych obligacji i zmniejszenie bilansu NBP powinno być stopniowe i następować w momencie zapadalności tych obligacji" - napisał na platformie X (wcześniej Twitter).
Z tych zagrożeń sprawę zdaje sobie Adam Glapiński, który sam w grudniu mówił, że sprzedaż obligacji "załamałaby polski sektor finansowy, więc NBP nie zamierza nic robić z tym portfelem", po czym dodał, że "mogłaby mieć miejsce wtedy, gdyby bank był nieodpowiedzialny, a prezes nadawałby się do postawienia przed Trybunał Stanu". W tym zdaniu ukryty jest prawdopodobnie powód całego zamieszania z obligacjami.
Ta złośliwa wypowiedź prezesa NBP nawiązuje do zapowiedzi rządu o postawieniu go przed Trybunałem Stanu. Szef rządu Donald Tusk uważa, że prezes NBP Adam Glapiński "nie chroni banku i polskiego pieniądza". Komentatorzy spekulują, że zapowiedzi sprzedaży obligacji mają być straszakiem na rząd, aby odpuścił Glapińskiemu, bo ten może odegrać się np. poprzez sprzedaż obligacji, co utrudniłoby rządzenie nowo wybranej koalicji.