Fatalne dane o sprzedaży w sklepach. RPP powinna rzucić się na ratunek? Ekspert stawia sprawę jasno

Kacper Kolibabski
Pogoda we wrześniu nie sprzyjała zakupom. Z danych wynika bowiem, że Polacy nagle zaczęli zostawiać w sklepach znacznie mniej pieniędzy, niż jeszcze miesiąc wcześniej. O co chodzi? Główny Ekonomista Konfederacji Lewiatan podał nam trzy możliwe powody tej sytuacji i ocenił, co w związku z tym powinna zrobić Rada Polityki Pieniężnej.
Zakupy (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl

We wtorek 22 października GUS podał nowe dane na temat polskiej gospodarki. Sprzedaż detaliczna (w cenach stałych) we wrześniu spadła o 3 proc. rok do roku. Spodziewano się wyhamowania wzrostu, ale nie aż tak dużego. Szczególnie w ujęciu miesięcznym, gdzie sprzedaż zmniejszyła się aż o 5,7 proc. Co jest tego powodem? O to spytaliśmy Mariusza Zielonkę, głównego ekonomistę Konfederacji Lewiatan, który wskazał trzy możliwe powody takiego spadku.

Zobacz wideo Co się dzieje na rynku pracy? "Obawa bezrobocia jest jednym z największych lęków w Polsce"

Sprzedaż detaliczna tąpnęła. Co się dzieje z polską gospodarką? Trzy możliwe powody

Pierwszy powód może być taki, że zdecydowanie więcej środków wydajemy na usługi niż na produkty. - Ta tendencja już wcześniej mocno się rysowała, choć nie była mocno widoczna w danych. Myślę, że to może częściowo tłumaczyć spadek sprzedaży detalicznej. Szczególnie że usługi są droższe niż towary i cały czas drożeją - mówi ekspert. I wskazuje, że ceny usług rosną w graniach 7 proc., a towarów - o 4,1 proc. - Wzrosty cen towarów i usług stopniowo się do siebie zbliżają, ale jeszcze kilka miesięcy temu trzykrotnie szybciej rosły ceny usług, niż towarów.

Drugi powód to wyraźnie cieplejszy wrzesień. W związku z tym Polacy odłożyli w czasie wymianę garderoby i przygotowanie do sezonu jesienno-zimowego. - To widać w danych o sprzedaży detalicznej tekstyliów, ubrań i obuwia, które w ujęciu rocznym spadły aż o 12,5 proc. Dodatkowo mamy mniejszą niż zwykle sprzedaż farmaceutyków, to też efekt większej temperatury na zewnątrz. Być może również z powodu sprzyjającej pogody Polacy wciąż byli na wakacjach we wrześniu. Wówczas większe plany zakupowe odkładamy na później - mówi ekspert.

Trzeci powód - najmniej prawdopodobny, patrząc z punktu widzenia miękkich danych, deklaracyjnych - może być taki, że zaczęliśmy bardziej oszczędzać i zastanawiać się nad wydatkami - tłumaczy Mariusz Zielonka. To z kolei związane jest z powrotem inflacji, dobijającej powoli do 5 proc. - Wydaje mi się, że tym razem Polacy podchodzą do wzrostu cen bardziej pragmatycznie, z dużo większą wiedzą, jakie to może mieć skutki dla ich budżetów. Toteż istnieje szansa, że zaczęliśmy bardziej oszczędzać - mówi Mariusz Zielonka. 

Konsumpcja mniejsza niż się spodziewano. A powódź nie była odczuwalna

Ekspert zauważył też, że dopiero w tym miesiącu pojawiły się niepokojące dane, a patrząc na dłuższy okres, nie ma powodów do paniki. 

Trzeba pamiętać, że za pierwsze dziewięć miesięcy 2024 roku sprzedaż detaliczna jest 2,3 proc. na plusie. Nie ma więc zapaści konsumpcyjnej. Ona po prostu nie jest tak dobra i tak wysoka, jak chcieli ekonomiści na początku roku

- mówi ekonomista. Konkluzja może być więc taka, że ekonomiści za mocno nastawiali się na to, że głównym motorem napędowym polskiej gospodarki będzie w tym roku konsumpcja - zauważa Zielonka.

Ekonomista podkreśla też, że w związku z powyższym wzrost PKB o 3,1 proc. według szacunków MF, jest w ocenie Konfederacji Lewiatan dosyć mocno nierealistyczny. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak wygląda polski przemysł, którego kondycja zaważy na tym, czy ostateczny wynik zbliży się do prognozy.

Jest jeszcze jeden czynnik, któremu warto się przyjrzeć. Jeśli dane dotychczas były stosunkowo dobre dla polskiej gospodarki, być może to powódź wpłynęła na tak duży spadek w sprzedaży detalicznej w ciągu ledwie miesiąca? - Nie sądzę. Z powodu powodzi ucierpiało kilkadziesiąt tysięcy osób. Osobiście spodziewałem się przed miesiącem, że w związku z tą katastrofą sprzedaż detaliczna wzrośnie - mówi Zielonka. I dodaje, że tak działo się choćby po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, gdy Polacy dużo kupowali, aby pomóc uchodźcom. Z miejsca ruszyła wówczas sprzedaż produktów pierwszej potrzeby takich jak kosmetyki i żywność. - W nowych danych tego nie widać, mimo że Polacy znów ruszyli z pomocą, być może neutralizując efekt ewentualnych spadków w konsumpcji wśród powodzian - mówi ekonomista. 

Co powinna robić RPP? 

Adama Glapińskiego oskarżało się, że w pandemii zbyt późno podniesiono stopy procentowe. Teraz może być oskarżany, że zbyt długo zwlekał z ich zmniejszeniem, co pobudziłoby gospodarkę, zauważa ekonomista. - Jeśli dane na temat sprzedaży detalicznej i przemysłu na koniec roku umocnią się w spadkach, to przy złych nastrojach, które panują, będzie to kamyczek do ogródka Rady Polityki Pieniężnej. Ta nie obniża bowiem stóp procentowych, co hamuje gospodarkę. Mimo tego nie spodziewałbym się, że obniżka stóp nastąpi w tym roku - mówi Mariusz Zielonka. Adam Glapiński już wielokrotnie powtarzał, że patrzy na długofalowe prognozy i nie podejmie decyzji na podstawie danych z jednego miesiąca. 

Ekspert podkreśla, że dalsze słabe wyniki mogą jednak przyspieszyć decyzję o obniżce, choć tylko o miesiąc, może dwa. Nadal więc należy się spodziewać, że stopy spadną dopiero w pierwszej połowie 2025 roku. - Osobiście stawiam na kwiecień-maj 2025 roku. Ale obniżka będzie kosmetyczna, może o 25 punktów bazowych (obecnie 5,75 proc.), co tylko marginalnie może się przyczynić do pobudzenia polskiej gospodarki - mówi Zielonka. Warto też pamiętać, że obniżka stóp procentowych nie oddziałuje natychmiastowo na gospodarkę - przypomina ekonomista. Potrzeba mniej więcej dwóch kwartałów, by zauważyć efekty niższych stóp.

Biorąc jednak pod uwagę cel RPP, czyli utrzymywanie inflacji na poziomie 2,5 proc. (+/-1 proc.) i  uwzględniając wzrost cen, który pod koniec grudnia będzie w okolicach 5 proc. - to stopy nie powinny być obniżane 

- stwierdził Mariusz Zielonka. 

Są jednak głosy, że RPP nie zawsze powinna patrzeć tylko na cel inflacyjny, a szerzej, na całą gospodarkę. A tu z jednej strony mamy tąpniecie w sprzedaży detalicznej, co wskazuje na potrzebę pobudzenia konsumpcji i obniżenia stóp procentowych, a z drugiej - rosnąca inflację, którą w teorii można zmniejszać przez ochłodzenie konsumpcji i wysokie stopy procentowe. Co więc zdaniem ekonomisty powinna zrobić Rada, gdyby nie musiała zwracać uwagi jedynie na inflację? 

- Moim zdaniem należy czekać i obserwować, tak jak robi to NBP i RPP. Patrząc na całą gospodarkę, jest za wcześniej, by wykonywać jakieś ruchy. A to dlatego, że Polska cały czas radzi sobie zadziwiająco dobrze, biorąc pod uwagę wszystko, co się dzieje wokół. Szczególnie nasz przemysł, tak silnie powiązany z tym, co się dzieje w niemieckiej gospodarce, która jest przecież w bardzo złej kondycji - mówi Zielonka. 

Lepsze niż spodziewane wyniki polskiej gospodarki wynikają z tych samych czynników, dzięki którym przeszliśmy stosunkowo łagodnie kryzys 2008 roku oraz pandemię. Pozwoliła nam na to dywersyfikacja przemysłu. Nasza gospodarka nie opiera się bowiem na usługach jak w większości państw strefy euro. To pozwala nam na szybką i sprawną adaptację do tego, co się dzieje na rynkach. Notujemy więc zaskakująco dobre wyniki, jeśli chodzi o wzrost PKB

- podsumował Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan. 

Kacper Kolibabski
Więcej o: