Na koniec tygodnia mamy już komplet danych z polskiej gospodarki za wrzesień i znów znalazły się w nich odczyty znacznie słabsze od spodziewanych. Uwagę zwraca przede wszystkim kondycja i nastroje polskich konsumentów - od dłuższego już czasu to konsumpcja (a nie np. inwestycje) jest kołem zamachowym polskiej gospodarki. Pytamy, co się takiego stało i czy widać szansę na poprawę?
- Miesięczne wskaźniki aktywności ekonomicznej za wrzesień w przeważającej mierze rozczarowały - przyznaje w rozmowie z nami Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP. Od razu jedna dodaje: - Warto jednak pamiętać, że miały na to znaczny wpływ czynniki o charakterze jednorazowym.
Zacznijmy od informacji, które zaskoczyły najmocniej na minus. Sprzedaż detaliczna (w cenach stałych) we wrześniu niespodziewanie tąpnęła i spadła o 3 proc. rok do roku. Spodziewano się wprawdzie spowolnienia, ale nadal miał to być wzrost na poziomie 2,1 proc. (w sierpniu było +2,6 proc.). W ujęciu miesięcznym, czyli w porównaniu z sierpniem tego roku, spadek sięgnął aż 5,7 proc. "Konsument umarł", "duże negatywne zaskoczenie!", "nie mają sensu" - tak różni ekonomiści komentowali te dane, szukając powodu niespodzianki. Na tym tle opinia zespołu PKO BP wydawała się być relatywnie pozytywna.
- Te dane były bardzo dziwne, ale można ten zaskakujący wynik dość dobrze racjonalnie wytłumaczyć. Po pierwsze, mieliśmy do czynienia z mniejszą liczbą dni handlowych, w szczególności w tym roku była jedna sobota mniej niż we wrześniu zeszłego roku. Ten efekt, według naszych szacunków, obniżył dynamikę sprzedaży detalicznej o około 3 punkty procentowe. Na marginesie: w październiku efekt różnicy dni handlowych będzie już pozytywny - wyjaśnia Piotr Bujak.
Po drugie, nie doszacowaliśmy efektu wysokiej bazy, związanego z przedwyborczym 'cudem' w postaci nietypowo niskich cen paliw. W zeszłym roku, od sierpnia do październikowych wyborów w Polsce, ceny paliw były niskie, a ich sprzedaż nienaturalnie wysoka w ujęciu realnym - Polacy kupowali na zapas
- mówił dalej, - To stworzyło wysoką bazę odniesienia na wrzesień w tym roku. Ten efekt obniżył roczną dynamikę sprzedaży o około 1,5 pkt proc. Łącznie oba te elementy zaniżyły dane o 4-5 pkt proc., gdyby nie one, mielibyśmy sprzedaż na plusie, rzędu 1,5-2 proc. - szacuje.
Nie zmienia to jednak faktu, że ożywienie ze strony konsumentów, wyraźne w pierwszej połowie roku, jakby wygasło, trend osłabł. Ma to dwie przyczyny - już nie jednorazowe. Pierwszym jest wzrost cen. - Inflacja przejściowo rośnie i spowalnia realny wzrost dochodów z ponad 12 proc. w szczycie w pierwszej połowie roku do około 6 proc. we wrześniu - zauważa Piotr Bujak. Przeciętne wynagrodzenia w firmach (to dane obejmujące około 40 proc. polskiego rynku pracy) wzrosły we wrześniu o 10,3 proc. rok do roku (do 8140,98 zł brutto). Nadal dwucyfrowo, ale już wolniej - miesiąc wcześniej ten wzrost wyniósł 11,1 proc. i takiego samego spodziewano się i tym razem.
I to właśnie sytuacja na rynku pracy jest drugim czynnikiem, który może wpływać na słabszą kondycję polskich konsumentów. Według najnowszego badania, nastroje polskich gospodarstw domowych pogorszyły się, w każdym wymiarze. Zarówno jeśli chodzi o ocenę sytuacji obecnej, przyszłości, jak i perspektywy dla inflacji - przypomnijmy, we wrześniu sięgnęła 4,9 proc.
Na rynku pracy sytuacja jest złożona i bardzo ciekawa, mamy wiele paradoksów. Bezrobocie nie rośnie, mimo że zatrudnienie wyraźnie spada i widzimy redukcję etatów na dość dużą skalę. Tylko w kryzysowych epizodach, jak po upadku Lehman Brothers i w trakcie kryzysu finansowego oraz po wybuchu pandemii zatrudnienie spadało mocniej niż w tym roku. Wydaje się, że podwyżka płacy minimalnej okazała się w tym roku nadmierna
- mówi nam Piotr Bujak. Ponieważ przez połowę roku inflacja spadała, przychody firm i ich marże także się zmniejszały. Nie spadały za to koszty, w tym te pracownicze - z powodu wspomnianego silnego wzrostu płacy minimalnej. Firmy zaczęły więc zmniejszać liczbę etatów - wygląda na to, że głównie nie poprzez zwolnienia, tylko nie zapełniając wakatów po pracownikach odchodzących na emeryturę. W ten sposób etat znika, a bezrobocie nie rośnie (na koniec września wyniosło 5 proc.) - Z informacji, które mamy od firm, wynika też, że w razie potrzeby w pierwszej kolejności rezygnują z tymczasowych pracowników zagranicznych - zauważa nasz rozmówca.
Warto tutaj zauważyć, że nie chodzi o bardzo medialne w tym roku zwolnienia grupowe. Mimo opisywanych często w mediach takich sytuacji nie widać tutaj wzrostu w porównaniu z poprzednimi latami (o czym też już pisaliśmy). Zwolnienia grupowe są, ale (przynajmniej dotąd) nie większe niż wcześniej.
Wydaje się, że wiele osób widzi to, że firmy - ich pracodawcy - radzą sobie gorzej w tym roku, że redukowana jest liczba etatów. Konsumentów może straszyć właśnie ta kwestia popytu na pracę, nawet bez wzrostu bezrobocia - poza efektem inflacyjnym i spowolnieniem wzrostu realnych dochodów
- wylicza ekspert PKO BP. Co dalej? Cóż, ekonomista nie ma dobrych wiadomości, w każdym razie nie na najbliższe miesiące. Po pierwsze, płace nominalnie będą rosnąć wolniej niż o 10 proc., do czego można się było przyzwyczaić na początku tego roku. Oczywiście, mówimy tutaj o średnim wynagrodzeniu, bo są tacy, którzy w tym roku żadnej podwyżki nie dostali. Nie mamy też jeszcze danych z gospodarki narodowej (czyli szerszego ujęcia rynku), ale w tym przypadku dynamika zmian jest zwykle podobna jak w sektorze przedsiębiorstw. Do tego dojdzie też podwyższona inflacja, która według PKO BP jeszcze lekko pójdzie w górę. - Na początku przyszłego roku osiągniemy dołek realnego wzrostu płac na poziomie około 2 proc. - szacuje Piotr Bujak. Przypomnijmy, w tym roku w szczytowym momencie były to nawet okolice 12 proc.! Prognozy na dalszą część przyszłego roku są już bardziej optymistyczne, ale o tym za chwilę.
Rzućmy jeszcze okiem na nieco inną część gospodarki. Produkcja przemysłowa we wrześniu spadła o 0,3 rok do roku - oczekiwano lekkiego wzrostu. GUS przy okazji zrewidował w dół (do -1,2 proc.) dane za sierpień. Na polskim przemyśle ciąży sytuacja Niemiec. Poważne kłopoty ma kluczowa dla tamtejszej gospodarki motoryzacja, PKB spada i szykuje się drugi rok recesji z rzędu.
Ostatni raz dwa lata spadku PKB z rzędu Niemcy miały w latach 2002-2003. Był to okres głębokiego marazmu w tamtejszej gospodarce, przeprowadzono wtedy bolesne reformy Hartza, kiedy socjaldemokratyczny rząd ciął mocno przywileje socjalne, uelastyczniał rynek pracy. Można powiedzieć, że obecnie w Niemczech jest najgorzej od 20 lat i nie jest to słabość przejściowa, jak w czasie pandemii
- zauważa Piotr Bujak. Niezbyt dobrze jest też w strefie euro, a przecież tam - do strefy euro (w tym Niemiec) trafia ponad połowa polskiego eksportu. Na polskich eksporterach, także z przemysłu, ciąży też umocnienie złotego sprzed wielu miesięcy. Im złoty mocniejszy, tym eksport mniej opłacalny.
Bardzo słabo wygląda budownictwo. Produkcja budowlana we wrześniu spadła o 9,0 proc., (znów) mocniej od oczekiwań. Budowlanka cierpi z powodu braku inwestycji. A te czekają na wyraźniejsze uruchomienie unijnych środków. Spodziewane jest to w przyszłym roku i branża już się nawet do tego szykuje. Według danych ankietowych budownictwo przygotowuje się do boomu inwestycyjnego - mówi Bujak. - Portfel zamówień na przyszły rok jest w tej branży bardzo duży na tle historycznym - zauważa. Oznacza to także zwiększanie zatrudnienia.
Te nie zawsze może bardzo dobre dane z polskiej gospodarki mają jeszcze jedną konsekwencję: w części wspierają ruch na obniżkę stóp procentowych. Z miesiąca na miesiąc i tak zresztą widać, jak Rada Polityki Pieniężnej łagodnieje. Pojawiają się nawet głosy, że do pierwszego cięcia mogłoby dojść już w marcu, kiedy RPP dostanie raport o nowej projekcji inflacyjnej. Według Piotra Bujaka takiego scenariusza nie można wykluczyć, choć jego zespół jako scenariusz bazowy przyjął obniżkę w maju. Obok projekcji Rada będzie miała też już jego zdaniem pierwsze dane, które pokażą hamowanie inflacji.
Naszym zdaniem RPP będzie działać ostrożnie i zetnie w przyszłym roku stopy o nie więcej niż 100 punktów bazowych. W czterech ruchach, po 25 pb każdy. W 2026 roku stopy spadną o 125 punktów, zatem na koniec 2026 roku główna stopa spadnie do 3,5 proc.
- prognozuje.
Teraz jest zatem nieco gorzej - choć trudno nazwać obecną sytuację w polskiej gospodarce złą - ale przyszły rok powinien pokazać wyraźne odbicie, także dla konsumentów. Inflacja po pierwszym kwartale będzie spadać, stopy procentowe także, a zatrudnienie będzie rosnąć. Odbić ma też strefa euro i Niemcy, co wspomoże eksporterów i przemysł.
W danych, które płyną z gospodarki, jest sporo szumu generowanego przez echa szoków z poprzednich lat i nietypowe zjawiska. Jeśli oczyścimy sygnały płynące z gospodarki z tych nietypowych efektów, to zobaczymy trend pozytywny. Gospodarka odżywa, bardzo ważnym elementem jest odblokowanie środków unijnych, co daje podstawy dla prognoz zakładających wyraźne przyspieszenie gospodarcze w przyszłym roku. Będzie ono trwałe i będzie generowało nowe miejsca pracy, bezrobocie spadnie jeszcze niżej, płace będą rosły zauważalnie powyżej inflacji, a do tego obniżki stóp procentowych obniżą koszty obsługi zadłużenia i ułatwią zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych
- podsumowuje główny ekonomista PKO BP.