Trzaskowski w potrzasku. Musi pogodzić niemożliwe. To "skrajnie nieuczciwe"

- To jest po prostu skrajnie nieuczciwe, żeby mówić o niepodnoszeniu podatków w obecnej sytuacji, bez jednoczesnego mówienia o mrożeniu dotychczasowych wydatków - mówi dla Next.Gazeta.pl Michał Hetmański z Fundacji Instrat. Przed Rafałem Trzaskowskim trudna decyzja, na temat tego, o jaki elektorat walczyć - o wyborców lewicy czy Sławomira Mentzena.
Rafał Trzaskowski i Sławomir Mentzen podczas debaty
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Karol Nawrocki podpisał już osiem postulatów Sławomira Mentzena, choć dla niego nie był to tak duży problem, jak dla kandydata PO. Co prawda PiS przez lata kreował się na rząd wydający sporo na socjal i czasem był nazywany lewicowym, to jednak konserwatywne poglądy wyborców obu grup sprawiają, że przepływ wyborców Mentzena do Nawrockiego jest bardziej naturalny, o czym pisał Onet.

Rafał Trzaskowski ma większy zgrzyt. To kandydat deklaratywnie liberalny, ale liberalizm w swojej kampanii odmieniał w sposoby bliższe wyborcom Konfederacji niż lewicy. To jednak nie przysporzyło mu wiarygodności, bo po co głosować na Trzaskowskiego, gdy jest Sławomir Mentzen? Teraz więc kandydat PO stanie w rozkroku, gdy w sobotę o 19.00 spotka się z Mentzenem - zawalczyć o wyborców Konfederacji, o tych z lewicy czy może zmobilizować własny elektorat do głosowania w II turze? Tę ostatnią opcję pozostawiamy jego sztabowi, przyjrzeliśmy się jednak głównym postulatom podatkowym, które mogę przyciągnąć do Trzaskowskiego wyborców z obu stron ideologicznego sporu. 

Zobacz wideo Politycy boją się podwyższać podatków i tak szykują sobie pętlę na szyję

Sławomir Mentzen nie zgadza się na podniesienie podatków. To karta pułapka?

"Nie podpiszę żadnej ustawy, która podnosi Polakom istniejące podatki, składki i opłaty lub wprowadza nowe obciążenia fiskalne dla Polaków" - tak brzmi pierwszy z ośmiu postulatów Sławomira Mentzena, jedyny, który odnosi się do podatków. To w zasadzie karta pułapka, zarówno dla Rafała Trzaskowskiego, jak i Karola Nawrockiego. W perspektywie najbliższych lat będziemy bowiem inwestować po kilkaset miliardów złotych rocznie w zbrojenia (4,7 proc. PKB rok w rok). Czy da się to pogodzić z niepodnoszeniem podatków? 

To jest po prostu skrajnie nieuczciwe, żeby mówić o niepodnoszeniu podatków w obecnej sytuacji, bez jednoczesnego mówienia o mrożeniu dotychczasowych wydatków. Nazywajmy rzeczy po imieniu

- mówi nam Michał Hetmański, prezes i współzałożyciel Fundacji Instrat. 

Jak tłumaczy, mamy do sfinansowania nie tylko wojsko, ale też inwestycje w infrastrukturę (CPK), transformację energetyczną (atom), edukację i ochronę zdrowia. Jeśli nie mamy zamiaru zmieniać nic w systemie podatkowym, to uczciwie trzeba powiedzieć, że te pieniądze będzie trzeba znaleźć poprzez cięcia budżetowe. - Musielibyśmy przystąpić do kilkuletniej fazy niepodnoszenia wynagrodzeń w sektorze publicznym, pozwolić na dalszy drenaż mózgów z naszego niedofinansowanego szkolnictwa i edukacji, musielibyśmy znów martwić się o odpływ pracowników medycznych, bo to dzięki podniesieniom nakładów na ochronę zdrowia mieliśmy pieniądze na podwyższenie głodowych pensji pielęgniarek. Zamrożenie systemu podatkowego takim, jakim jest, nie pozwoli sfinansować żadnej z tych kluczowych rzeczy - twierdzi nasz rozmówca. 

Zarzekanie się, że nie potrzebujemy zmian w systemie podatkowym, bazuje na naiwnym wyobrażeniu, że w Polsce jakoś dominuje państwo. To jest tylko częściowo prawdziwe wyobrażenie

- mówi Hetmański. 

Lewica chce podatku katastralnego

Adrian Zandberg i Magdalena Biejat zgarnęli łącznie w pierwszej turze prawie 10 procent głosów. Rafał Trzaskowski zatem nie może też tak po prostu przejść obok tych wyborców. Kandydatce Nowej Lewicy obiecał już zresztą, że rozpocznie rozmowy o reformie finansowania ochrony zdrowia, że wesprze program budownictwa społecznego oraz zadeklarował koniec dopłat do kredytów. To kolejne rzeczy, których nie da się zrobić bez ruszenia systemu podatkowego. Trzaskowski, walcząc więc zarówno o wyborców lewicy, jak i wyborców Konfederacji, stąpa po cienkim lodzie. Tych pierwszych oprócz złożonych obietnic mogłoby przekonać też wprowadzenie podatku katastralnego od trzeciego i każdego kolejnego mieszkania, o co postulowali zarówno Biejat, jak i Zandberg.

Kataster to podatek w wysokości danego procentu od wartości mieszkania. Ma on przede wszystkim przekierować pieniądze z rynku nieruchomości na inne inwestycje, tym samym uwalniając zasób mieszkaniowy w Polsce. Michał Hetmański nie pokłada jednak dużych nadziei w tym podatku. 

Majątek zgromadzony w mieszkaniach w skali PKB w Polsce to nie jest tak dużo, jak w innych krajach, jak na przykład w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. Paradoks jest taki, że opodatkowując je nawet od trzeciego mieszkania wzwyż, wcale nie zebralibyśmy dużej kwoty z tego tytułu

- mówi ekspert. 

Celem podatku katastralnego niekoniecznie są jednak duże wpływy. Wręcz im jest ich mniej, tym lepiej, bo to oznacza, że mieszkania przestają być aktywem inwestycyjnym i służą do mieszkania, a nie zarabiania na nich. Ekspert twierdzi jednak, że ten efekt będzie tylko tymczasowy, a długoterminowo nie zwiększa to puli mieszkań. To da się zrobić tylko poprzez zaangażowanie państwa w budownictwo społeczne. 

Nadal jednak jeśli chodzi o podatki od nieruchomości, sporo powinniśmy zmienić, przekonuje Hetmański, bo to nie tylko brak katastru mrozi zasoby inwestycyjne Polaków w nieruchomościach. 

Ważniejsze od katastru jest wyrównanie opodatkowania pomiędzy dochodami z najmu oraz z giełdy, z rynku finansowego

- mówi Hetmański. 

I tłumaczy, że obecne opodatkowanie najmu nieruchomości na zryczałtowanej stawce około 10 proc. to dwa razy mniej niż wynosi podatek Belki, czyli podatek od zysków kapitałowych w wysokości 19 proc. - To jest pierwsza zmiana, którą powinniśmy wprowadzić, żeby zniechęcać inwestorów indywidualnych do inwestowania w mieszkania - mówi Hetmański. 

Na obu tych zmianach zyskałaby przede wszystkim giełda - tłumaczy ekspert - na którą najpewniej trafiłyby pieniądze, których dłużej nie opłacałoby się lokować w nieruchomościach. Kataster ma więc swoje uzasadnienie i sens, ale raczej jako podatek, który uwolni potencjał inwestycyjny zamrożony w mieszkaniach. Nie zwiększy jednak znacząco liczby mieszkań na rynku i nie zapewni dużych wpływów budżetowych. 

Skąd pieniądze na te wszystkie wydatki?

Zdaniem Michała Hetmańskiego trzeba najpierw uczciwie podejść do dyskusji na temat tego, czy podatki dochodowe dla różnych grup są wystarczająco wysokie lub niskie. Jego zdaniem spokojnie możemy dołożyć dodatkowy próg na poziomie 35-40 proc. Wpływy z tego tytułu nie wpłyną znacząco na budżet. Mogą jednak wprowadzić większą sprawiedliwość społeczną, dziś bowiem polski system podatkowy jest degresywny, mówi ekspert. 

W podatkach dochodowych jest jednak pewna dziura, którą można załatać. - Mamy wyobrażenie, że ostatni próg podatkowy 32 proc. jest wysoki. W praktyce jednak większość osób, która w niego wpada, jest na samozatrudnieniu i cieszy się dzięki temu niższymi podatkami i składkami. I to jest największa dziura podatkowa. To ten system należy uszczelnić. W związku z tym, że B2B jest korzystniejsze, Polska traci bardzo dużo wpływów - mówi ekspert. I wylicza, że od lat liczba netto umów o pracę w Polsce nie rośnie. Dlaczego? Właśnie przez nowe formy zatrudnienia, które są dla podatników korzystniejsze, więc, co naturalne, wybierają właśnie je. 

Największe wpływy do budżetu zapewnia jednak podatek VAT, przed laty tymczasowo podniesiony do maksymalnej kwoty 23 proc. Do dzisiaj jednak nie wróciliśmy do poprzedniej stawki 22 proc. Trudno się jednak dziwić, bo największe wpływy do budżetu z tytułu podatków to właśnie VAT (około 60 proc. wpływów z podatków i około 45 proc. wszystkich wpływów, jak podaje demagog.org), którego podwyżkę łatwiej przełknąć podatnikom, niż podnoszenie podatków dochodowych, jak mówił w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim dr nauk ekonomicznych Radosław Piekarz.

Michał Hetmański jednak stanowczo sprzeciwia się podwyższaniu VAT, w związku z jego regresywnym charakterem. Płacą go przede wszystkim najbiedniejsi, bo to w ich przypadku stanowi największą część dochodów. VAT to podatek od konsumpcji, jeśli zatem ktoś wydaje całe swoje oszczędności, to odprowadza od nich do 23 proc. VAT. Osoby zamożniejsze nie wydają całej pensji na jedzenie czy ubrania, więc VAT dotyczy tylko jakiejś części, a nie całego ich dochodu. To, czego nie wydali, nie jest po prostu opodatkowane VAT-em. Biorąc pod uwagę, że już teraz procentowo osoby niezamożne płacą więcej od zamożnych, zwiększenie VAT byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe, tłumaczy Hetmański. 

Gdzie jeszcze można szukać pieniędzy, jeśli chodzi o podatki?

Warto byłoby też rozważyć podatki sektorowe, jak podatek miedziowy czy cyfrowy. Mamy też sporo do zrobienia w sprawie akcyzy za tytoń i alkohol, które z czasem stają się relatywnie coraz tańsze, bo szybciej rosną zarobki niż ceny alkoholu

- mówi Hetmański. 

Ponadto wydatki możemy finansować nie tylko dzięki zbieranym podatkom, ale też z wpływów spółek Skarbu Państwa oraz z długu publicznego, czyli poprzez sprzedaż obligacji. Jednak przy rosnących wydatkach na obronność, przy konieczności sfinansowania elektrowni atomowej i CPK, przy potrzebach ochrony zdrowia i systemu edukacji, zmian w podatkach i podnoszenia niektórych z nich, po prostu nie unikniemy - podsumowuje ekspert. 

Więcej o: