Nie od 1 stycznia 2026 roku, ale - według ostatnich doniesień mediów - prawdopodobnie od 2027 r. PIP zyskać może nowe uprawnienia. Bez sądu, zwykłą decyzją administracyjną, Inspekcja będzie mogła zamienić umowę cywilnoprawną (która często de facto jest umową śmieciową) na etat, jeśli tylko zachodzi stosunek pracy. Czyli jeśli szef wyznacza ci godziny i miejsce pracy oraz zadania i obowiązki, to zgodnie z prawem powinieneś mieć umowę o pracę. Przeciwko nowym regulacjom - są teraz przedmiotem konsultacji międzyresortowego zespołu w rządzie Tuska - zaprotestowała ostatnio branża technologii informacyjnych (IT). Jej przedstawiciele uważają, że przepisy grożą destabilizacją sektora cyfrowego w Polsce. To nie pierwsze krytyczne wobec planowanych zmian głosy - przykładowo w październiku przed reformą ostrzegała Konfederacja Lewiatan, organizacja reprezentująca przedsiębiorców.
Software Development Association Poland (SoDA) reprezentująca z kolei pracodawców IT przedstawiła konkretne postulaty w sprawie oczekiwanych zmian w zapowiadanej od dawna reformie. Część ekspertów choć np. zgadza się, że dla IT nowe uprawnienia PIP rzeczywiście oznaczają większe koszty, niekoniecznie musi to skutkować poważnymi problemami sektora, jak sugeruje SoDA. Dr Iwo Augustyński z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, członek Polskiej Sieci Ekonomii, w rozmowie z naszym portalem przywołał przykład uregulowania w ten sam sposób branży usług sprzątania oraz ochroniarskich.
Tam były podobne argumenty używane: że to branże niskorentowne i jak podniosą ceny, to wypadną z rynku. Okazało się jednak, że po prostu byli zmuszeni podnieść cennik swoich usług, ale generalnie dalej funkcjonują i raczej nie słychać o masowych bankructwach, jakoś to wszystko funkcjonuje
- mówi ekspert.
SoDA zwraca uwagę, że w IT 97 proc. rynku stanowią firmy małe i średnie, w których 70-90 proc. wydatków to koszty pracy. Jeśli więc koszty pracy są niskie, to zyskują na tym odbiorcy ich usług, którzy płacą niższą cenę kosztem pracowników i podatników.
To nie jest fair, zwłaszcza że, jak sami się chwalą, duża część oferty jest skierowana za granicę. A z tego powodu nasz budżet traci
- mówi dr Augustyński. Ale po kolei.
Po pierwsze, warto zacytować głównego inspektora pracy. SoDA podkreśla bowiem, że umowy cywilnoprawne będą przekształcane "wbrew zgodnej woli stron". Sytuacja jest jednak nieco bardziej zniuansowana. PIP nie ma bowiem zamiaru masowo zmieniać umów cywilnoprawnych w etaty i będzie działał jedynie w przypadkach, gdy rzeczywiście występuje stosunek pracy, a więc umowę cywilnoprawną zawarto wbrew prawu i mamy do czynienia ze śmieciówką. Ale rzeczywiście, decyzja może być niezależna od zgody zainteresowanych. Jednocześnie wypowiedzi urzędników wskazują, że pracownicy otrzymają jakiś wybór. - Nasza propozycja jest taka, żeby reagować tylko na skargi i w odpowiedzi na nie weryfikować, czy w kwestionowanym przez zatrudnionego kontrakcie i sposobie jego wykonywania są elementy charakterystyczne dla stosunku pracy. (...) W praktyce okazało się, że uszczęśliwianie etatami na siłę się nie sprawdza - mówił cytowany w Money.pl za PAP główny inspektor pracy Marcin Stanecki.
Nie ma co więc panikować, że reforma wywróci polski rynek pracy do góry nogami, szczególnie że obywatele wciąż będą mieli coś do powiedzenia w tej kwestii. Co więcej, dr Augustyński ma wątpliwości co do sposobu wdrażania reformy. PIP jest bowiem chronicznie niedoinwestowany, a rząd właśnie zmniejszył obiecywane finansowanie instytucji. Co prawda budżet i tak wzrośnie, ale o mniejszą kwotę, niż planowano. A już teraz statystyczny podmiot może się spodziewać kontroli mniej więcej raz na 25 lat, ze względu na niedobory kadrowe. Zatem alarmy na temat nadchodzącej destabilizacji całego sektora wydają się nieadekwatne do potencjalnego rozmiaru zmian.
Na pewno budżet PIP będzie za mały, żeby sprostać tym nowym zadaniom, ciężko zatem powiedzieć, na ile nastąpią realne zmiany
- uważa nasz rozmówca. Do kwestii finansowania Państwowej Inspekcji Pracy jeszcze wrócimy.
Czytając stanowisko SoDA, można dojść do wniosku, że branża IT jest zwyczajnie nierentowna i utrzymuje się na powierzchni tylko dzięki naginaniu prawa poprzez oferowanie umów cywilnoprawnych, gdy zachodzi stosunek pracy. Bo jak zauważa dr Iwo Augustyński, regulacja, do której odnosi się organizacja, nie dotyczy zmiany prawa per se wobec sektora. Tak naprawdę zmienia się tylko forma egzekwowania tych przepisów.
Wnioski płynące z komunikatu SoDA kreują nam też obraz branży, która bez zniżek i ulg nie byłaby w stanie dalej funkcjonować, bo zjadłyby ją koszty pracy, głównie wynagrodzeń. Okazuje się jednak, że choć branża jest postrzegana jako zdominowana przez umowy B2B, to w rzeczywistości w 2024 roku w IT na umowie o pracę zatrudnione było 45,78 proc. osób, a na B2B - 46,99 proc., jak wynika z raportu Just Join It 2025 "Co z tym Eldorado?". Da się zatem prowadzić biznes w tym sektorze i prosperować, nawet gdy zatrudnia się ludzi na etacie.
Jeśli jakieś firmy są nierentowne i utrzymują się na powierzchni tylko dzięki ulgom i łamaniu prawa, to reforma wymiecie z rynku słabe i nieuczciwe firmy, tłumaczy dr Augustyński. Przetrwają tylko te, które dzięki ulgom inwestowały w rozwój, zamiast obniżać koszty pracy, i dziś przynoszą zyski. I choć może być to bolesne dla wielu osób, niekoniecznie będzie złe dla rynku, kontynuuje nasz rozmówca. Jeśli bowiem jakiś sektor, bądź jego część, działa tylko dzięki wsparciu państwa, a nie jest to sektor kluczowy dla społeczeństwa, to należy przeprowadzić rewizję wprowadzonych ulg, które miały go rozwinąć, a następnie uniezależnić go od państwa.
Nie powinniśmy czynić z preferencji podatkowych warunku koniecznego dla istnienia branży IT
- podsumowuje ekspert.
SoDA oczywiście podkreśla, jak bardzo przedsiębiorstwa innowacyjno-technologiczne są istotne dla współczesnej gospodarki. To jednak branża obejmująca szeroki zakres usług, z których jedne mogą być kluczowe, inne zbędne, a jeszcze inne szkodliwe dla państwa. Ulgi powinny być zatem bardziej celowane.
Dr Iwo Augustyński uważa, że wprowadzenie szerokich ulg dla branży w ogóle było błędem.
W rzeczywistości ten sektor nie jest taki innowacyjny, jakby się mogło wydawać. IT nie jest innowacyjne z samej tylko definicji
- mówi ekonomista. I dodaje, że jest wręcz odwrotnie, co pokazały trudności na rynku pracy z ostatnich lat oraz zmiany postcovidowe. Podnoszono wówczas argumenty, że nasze firmy to po prostu klepacze kodu i w gruncie rzeczy nie zajmują się rozwojem technologii cyfrowych. Zresztą Polacy, którzy chcą zajmować się innowacjami, nie robią tego w Polsce, tylko trafiają np. do OpenAI (twórca ChatGPT).
Jeśli ktoś chce być naprawdę innowacyjny, to w Polsce trudno mu się realizować i musi emigrować
- mówi dr Augustyński.
Argumentem przeciwko tak szerokim i szybkim zmianom jakie wysunęli przedsiębiorcy z IT jest ich niezgodność z wieloletnią praktyką państwa, które udzielało ulg podatkowych i tworzyło preferencyjne warunki dla sektora cyfrowego. Z samego faktu istnienia ulg w przeszłości nie wynika jednak konieczność ich dalszego utrzymywania, a to zdają się sugerować pracodawcy z SoDA. Jak już wspominaliśmy, takie ulgi mają konkretny cel, a jeśli sytuacja się zmienia, to przepisy również należy dostosować. Dr Augustyński uważa, że nawet jeśli kiedyś można było uznać, iż ulgi dla IT były rzeczywiście potrzebne, to nie znaczy, że te argumenty wciąż mają rację bytu. - Wszystko wskazuje, że obecnie są mniej niż bardziej aktualne - mówi nasz rozmówca.
SoDA postuluje m.in., aby zanim przepisy wejdą w życie, został przeprowadzony ich pilotaż. Organizacja domaga się też, by nowego prawa nie egzekwowano wstecz, bo "retroaktywne stosowanie sankcji wobec firm i specjalistów byłoby, jak wskazuje organizacja, naruszeniem zasady zaufania do państwa i de facto karaniem za działania zgodne z dotychczasowym prawem". Tyle że zmiany umów mają dotyczyć sytuacji, w której prawo było łamane, gdy już obowiązywało i mimo wystąpienia stosunku pracy pracownik był zatrudniany na umowie cywilnoprawnej.
Dr Augustyński ponownie podkreśla, że prawo się nie zmienia dla IT, dla nich nowością będzie tylko, że obowiązujące już w przeszłości przepisy będą egzekwowane. - Nie ma więc mowy o retroaktywnym stosowaniu ustawy, bo chodzi tylko o weryfikację stanu faktycznego względem stanu prawnego. To nie znaczy, że nie doszło do złamania prawa, bo to jeszcze nie istniało. Ono istniało i zostało złamane, a teraz będzie trzeba ponieść tego konsekwencje - tłumaczy dr Augustyński. Dodaje, że istnieje oczywiście instytucja przedawnienia się wykroczenia, ale ona również jest od dawna uregulowana. Powtórzmy więc: nie ma mowy o stosowaniu prawa wstecz, bo przepisy obowiązywały już wcześniej.
Jeśli firmy IT miałyby zamiar dostosować się, by uniknąć kary, wykorzystałyby ostatnie miesiące, by zmienić umowy śmieciowe na etaty. SoDA nie poinformowała, jakie działania podjęła w tym kierunku branża IT. Domaga się za to wprowadzenia okresu naprawczego, który będzie wynosił 90-180 dni. A to by wskazywało, że firmy będą zmieniały umowy tylko jeśli zostaną złapane na gorącym uczynku, co jest w ich przypadku logiczne, biorąc pod uwagę to, jak stosunkowo mało kontroli przeprowadza PIP, mówi ekspert.
Firmy, które, jakby nie było, nie przestrzegają prawa, nie mają prawa domagać się teraz specjalnego traktowania, żeby nagle wyprostować swoje zaległe rzeczy
- mówi dr Augustyński.
Software Development Association Poland w swoim stanowisku walczy nie tylko o swoje zyski, ale też o te pracowników. "Model B2B jest dla wielu z nich świadomym wyborem, zapewniającym elastyczność, możliwość współpracy z wieloma klientami, a także realny wpływ na własny rozwój. Narzucenie etatów oznaczałoby utratę preferencji podatkowych, ograniczenie niezależności, a dla wielu - decyzję o porzuceniu współpracy z polskimi firmami na rzecz międzynarodowych podmiotów niezwiązanych polskim prawem. To z kolei mogłoby doprowadzić do znacznego odpływu talentów, spadku wpływów podatkowych i osłabienia potencjału innowacyjnego kraju" - czytamy w komunikacie.
Argumenty na temat potencjału innowacyjnego kraju i odpływu talentów trudno brać na poważnie, bo to dzieje się od lat niezależnie od struktury zatrudnienia w IT - przykład to Polacy pracujący w OpenAI. Część pracowników IT rzeczywiście może stracić, pytanie jednak, czy w ogóle powinny im przysługiwać ulgi? Jak już wspominaliśmy, nasz rozmówca wątpi, czy one w ogóle kiedykolwiek powinny być przyznane, ale jeśli uznamy, że branża jednak ich potrzebowała, to były przeznaczone dla firm, które miały w ten sposób zbudować swoją konkurencyjność. Tymczasem korzystają z nich Jednoosobowe Działalności Gospodarcze do optymalizacji podatkowej.
Dr Augustyński tłumaczy, że podczas gdy zyskują na tym klienci IT, którzy płacą niższe kwoty za usługi, traci budżet i obywatele, którzy uczciwie odprowadzają podatki. Ekspert wyjaśnia, że jeśli ktoś jest wypychany lub sam decyduje się na kontrakt B2B, to po to, by jego pensja netto była wyższa, a nie w celu samodzielnego opłacania składek emerytalnych i zdrowotnych.
To my potem będziemy ponosili koszty, gdy te osoby przejdą na emeryturę lub zachorują. Nie po to wybiera się z dwóch opcji B2B, żeby potem płacić z własnej kieszeni składki, które są równe tym, które płaciłoby się, pracując na etacie
- mówi dr Augustyński. I zwraca dodatkowo uwagę na brak gwarancji, że osoby na B2B będą same dodatkowo odkładały na emeryturę.
Rząd stwierdził, że pieniądze z IPN, NIK oraz PIP przesunie na służby specjalne. Te otrzymają 220 mln zł więcej, niż planowano, z czego 105 mln zł straci PIP, którego budżet w ostatnich dwóch latach wzrósł najpierw z około 480 do 551 mln złotych, a następnie do 609,9 mln w tym roku. W 2026 roku budżet miał znacząco się powiększyć, o niemal 30 proc. Jednak zamiast obiecanych 787 mln zł skończy się na 689 mln zł.
W obliczu tego wszystkiego dla naszego rozmówcy niezrozumiałe jest, dlaczego rząd zdecydował się wycofać z zaproponowanej wcześniej kwoty budżetu PIP. Owszem, zasoby PIP wzrosną, ale w mniejszym stopniu, niż obiecano, a Inspekcja, jak już pisaliśmy, pozostaje niedofinansowana względem nakładanych na nią zadań.
Cięcia w PIP i sądach są ekonomicznie nieracjonalne, bo każda złotówka zainwestowana w te instytucje przynosi państwu większy zwrot w postaci wyższych dochodów podatkowych
- mówi dr Augustyński. Jego zdaniem podanie wyższej kwoty niż ta rzeczywiście wynegocjowana mogło być po prostu rodzajem strategii negocjacyjnej Nowej Lewicy. - Nakłady na PIP powinny wzrosnąć o tyle, żeby ta instytucja mogła efektywnie funkcjonować. Chodzi o to, by zdolność do kontrolowania podmiotów w Polsce była na tyle duża, aby rzeczywiście każda firma spodziewała się kontroli. Ta niekoniecznie musiałaby nastąpić, ale jeżeli ktoś łamie prawo pracy, to ryzyko wizyty PIP powinno realnie istnieć, a nie być tylko iluzoryczne - mówi dr Augustyński. Ekspert dodaje jednak, że trudno powiedzieć, ile dokładnie powinien wynosić budżet PIP. Podkreśla też ważność psychologicznych i instytucjonalnych zmian w podejściu do prawa pracy w Polsce, tak by ludzie przyzwyczaili się do jego przestrzegania m.in. poprzez rzeczywiście istniejące ryzyko kontroli.
Przesunięcie środków na służby jasno jednak pokazuje, co jest dla rządu priorytetem i nie jest to uregulowanie rynku pracy. Można zrozumieć chęć dofinansowania służb specjalnych w obecnej sytuacji, gdy Polska toczy wojnę hybrydową. Tyle że bezpieczeństwo ekonomiczne Polaków jest równie ważne, co militarne i zapewnia m.in. odporność na zewnętrzne wpływy. Obywatele mają wówczas mniej powodów, by wierzyć w dezinformację, która często bazuje na niezadowoleniu z polityki rządu, jak przekonywał niedawno dr Maciej Szlinder z Polskiej Sieci Ekonomii w rozmowie z Wojtkiem Bolińskim na kanale GilotynaTV. Wtóruje mu nasz rozmówca.
Najnowsze dane pokazują, że nasza gospodarka dobrze sobie radzi, ale zagrożenia są ogromne i w przypadku jakiegokolwiek kryzysu stabilny rynek pracy zapewnia poduszkę bezpieczeństwa pod każdym względem, nie tylko ekonomicznym, ale również politycznym, jak wskazują badania. Bo jeżeli warunki pracy są niestabilne, to generuję zagrożenia i wzrost popularności ruchów i polityków ekstremalnych
- mówi dr Augustyński. Biorąc pod uwagę, iż ludzie pracujący na śmieciówkach będą mieli minimalne emerytury, to możemy mówić o tym, że umowy te destabilizują nasze państwo również w perspektywie długoterminowej, zauważa dr Augustyński.
Decyzja o zmniejszeniu finansowania PIP pokazuje ponadto, że rząd nadal chce konkurować na rynku tanią siłą roboczą. - Ten model wciąż pokutuje wśród naszych rządzących i nie ma strategii przejścia na rozwój oparty na wiedzy. Brakuje długofalowej strategii rozwoju Polski, która by pokazywała, w jaki sposób nasza gospodarka ma się stać bardziej zaawansowana - podsumował dr Iwo Augustyński z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.
Do SoDA skierowaliśmy pytania, w których przedstawiliśmy wątpliwości dotyczące prezentowanego przez organizację stanowiska. Spytaliśmy m.in. o to, czy sektor przygotował się jakoś na nowe przepisy, czy jest nierentowny bez ulg i preferencji, o statystyki na temat struktury płacy, o to, jak długo ich zdaniem powinny obowiązywać ulgi dla branży IT. Odpowiedź zamieszczamy w oddzielnym artykule pod TYM adresem.