Tomasz Jaroszek: Uproszczona wersja historii jest taka, że grupa mniejszych inwestorów postanowiła zagrać na nosie dużym funduszom hedgingowym. Połączyli siły za pomocą forum internetowego Reddit i doprowadzili do gigantycznego wzrostu wartości akcji spółki GameStop. Fundusze straciły na tym spore pieniądze, bo na akcjach GameStop miały otwarte krótkie pozycje, czyli grały na spadek wartości tej spółki. Oczywiście, gdy wgryziemy się w szczegóły, okaże się, że jest dużo ciekawiej.
Czytaj też: Jak leszcze z internetu pogrążyły grube ryby z Wall Street. Został milionerem w kilka dni
Na giełdzie możemy zarabiać pieniądze na wiele różnych sposobów. Możemy po prostu kupić akcje spółki i czekać aż ich wartość wzrośnie. To podstawowy mechanizm na rynkach kapitałowych. Możemy jednak zarabiać również na spadkach i ten mechanizm nazywany jest krótką sprzedażą. Polega on na tym, że inwestor pożycza akcje, aby sprzedać je na rynku, a później odkupić taniej.
Przykładowo, pożyczam dzisiaj akcje od domu inwestycyjnego za 100 dolarów, sprzedaję je za 100 dolarów. Oczywiście – koniec końców – będę musiał zwrócić te akcje. Czekam więc aż ich cena spadnie np. do 50 dolarów, odkupuję je i zwracam pierwotnemu właścicielowi. Jak można łatwo policzyć, na takiej inwestycji zarabiam 50 dolarów (nie licząc prowizji dla brokera).
Dokładnie tak, ale nie przewidzieli, że cena akcji zostanie tak wywindowana w górę, a już na pewno nie przewidzieli, że będą brać w tym udział drobni inwestorzy z grupy WallStreetBets.
Short squeeze oznacza doprowadzenie dużych funduszy do takiej sytuacji, w której tracą bardzo duże pieniądze i są zmuszone do zamknięcia swoich pozycji.
Wróćmy do wcześniejszego przykładu. Sprzedałem pożyczone akcje za 100 dolarów, a później ich cena nie tylko nie spadła, ale wręcz wzrosła do 250 dolarów. Ponieważ na końcu będę musiał odkupić te akcje i oddać właścicielowi, to z każdym dniem, gdy ich cena idzie w górę, rośnie też moja potencjalna strata.
To zależy od tego, jak dużo mam kapitału i cierpliwości, żeby takiego short squeeze wytrzymać i poczekać aż sytuacja wróci do normy. Może się jednak zdarzyć tak, że mój dom maklerski poinformuje mnie, że kończy mi się gotówka na rachunku (przy instrumentach z użyciem dźwigni finansowej). Jeśli nie jestem w stanie przetrwać tej sytuacji, wówczas zamykam swoją pozycję po aktualnej cenie, a na całej inwestycji tracę dużo pieniędzy. Do takiej właśnie sytuacji próbowali doprowadzić mali inwestorzy indywidualni związani z forum WallStreetBets
Tu musimy cofnąć się co najmniej do 2019 roku. GameStop już od dawna był bowiem spółką, na której otwierano bardzo dużo krótkich pozycji. Wielu inwestorów jeszcze przed pandemią uznało, że jest to schyłkowy model biznesowy. Skala tej krótkiej sprzedaży była jednak tak duża, że niektórzy zaczęli wskazywać na pewne nieprawidłowości.
Michael Burry to w branży finansów człowiek-legenda. To jedna z osób, która przewidziała kryzys finansowy w 2008 roku. Burry nie tylko zauważył wówczas gigantyczną bańkę na rynku nieruchomości, ale zdecydował się zagrać przeciwko całemu sektorowi finansowemu i zarobił na tym ogromne pieniądze.
Michael Burry słynie ze swojego kontrariańskiego podejścia do inwestowania. Często działa na przekór wszystkim. Zauważył, że skala krótkich pozycji otwartych na akcjach GameStop jest wręcz przytłaczająca. Przekraczała ona 100 procent, co samo w sobie jest anomalią rynkową.
Burry zaczął więc skupować akcje spółki. Uznał bowiem, że GameStop nie znajduje się wcale w tak złym stanie i wciąż opiera się na solidnych fundamentach.
Inną osobą, która doszła do podobnych wniosków, był Keith Gill. To postać, która jest kompletnie anonimowa na Wall Street, ale cieszy się ogromną popularnością na Reddicie, czyli miejscu, gdzie narodziła się grupa WallStreetBets. Ponad rok temu Gill zainwestował w akcje GameStop 50 tysięcy dolarów, niemal wszystkie swoje oszczędności. Następnie za pomocą analiz (bardzo profesjonalnych i racjonalnych) starał się przekonać innych użytkowników forum do tego, że GameStop wciąż ma przed sobą przyszłość.
Choćby fakt, że w 2020 roku odbyła się premiera nowych konsol – PlayStation 5 i Xbox Series X. Obydwa urządzenia dysponują fizycznymi napędami. Rynek fizycznej dystrybucji gier wciąż powinien więc dość prężenie działać przez kilka najbliższych lat. Poza tym, w międzyczasie sytuacja samej spółki GameStop zaczęła zmieniać się na lepsze. W styczniu br. do firmy dołączył Ryan Cohen, znany amerykański przedsiębiorca, który z sukcesami rozwinął niejeden biznes internetowy. Wróciły więc nadzieję na to, że GameStop może zaliczyć udaną transformację.
Zgadza się. To, co stało się z kursem GameStop pod koniec stycznia to już kompletne szaleństwo, dla którego trudno znaleźć uzasadnienie. Wydaje się, że ta sytuacja zaczyna mieć charakter ideologiczny. W USA padło już zdanie, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju Occupy Wall Street 2021, ale zamiast transparentów na ulicach są inne narzędzia - rachunki maklerskie.
Bardziej kary. Inwestorom z WallStreetBets nie podobało się, że duże fundusze hedgingowe chcą „utopić” GameStop. Postanowili więc wymierzyć im "sprawiedliwość". Pojawia się również argument, że skoro sektor finansowy niejeden raz został złapany za rękę przy manipulacjach na rynku, to teraz niech sami zobaczą, jak to jest.
Częściowo tak. W ostatnich dniach słyszeliśmy o co najmniej kilku dużych funduszach, które musiały zostać dokapitalizowane, aby utrzymać swoje krótkie pozycje. Jednym z bardziej znanych był Melvin Capital. Niektórzy nie wytrzymali i skapitulowali, zamykając swoje pozycje. Trudno mówić już dziś o jakichś konkretnych kwotach, ale straty liczone są w miliardach dolarów.
Sęk w tym, że nie wiemy. Giełda polega na tym, że nie jesteśmy w stanie sprawdzić, kto robi jakie transakcje i po której stronie się znajduje. Duże fundusze hedgingowe grają zazwyczaj po dwóch stronach. Możemy być więc niemal pewni, że mniejsi inwestorzy również mieli po swojej stronie duży kapitał.
CEO RobinHooda, czyli najpopularniejszej aplikacji do inwestowania online, w wywiadzie dla Bloomberga zarzekał się, że tego rodzaju ograniczenia mają charakter obiektywny i chodzi tu o ochronę wszystkich inwestorów. Nie usłyszeliśmy jednak czy przyczyną takich działań były określone regulacje, czy też po prostu zabrakło im pieniędzy.
RobinHood co do zasady nie jest brokerem wykonującym zlecenia giełdowe, ale jest pośrednikiem, przekazującym je do brokera realizującego zlecenia. Jest jednak brokerem rozliczeniowym, więc musi mieć gotówkę jako zabezpieczenie zawartych transakcji. Blokowanie i ograniczanie kupna akcji GameStop mogło wynikać z faktu, że RobinHood potrzebował po prostu dodatkowych pieniędzy, aby te transakcje zabezpieczyć. Sęk w tym, że tego nie wiemy, bo nikt nam tego wprost nie powiedział. Aktualnie najwięcej na tych niedopowiedzeniach stracił wizerunkowo właśnie RobinHood, nazywany już przez złośliwych Szeryfem z Nottingham.
Wszystko zależy od tego, jak skończy się ta historia ze spółką GameStop. Jeśli szybko wygaśnie, to za kilka lat będziemy o niej opowiadać jako o giełdowej ciekawostce. Po raz pierwszy mieliśmy bowiem do czynienia z sytuacją, w której grupa inwestorów indywidualnych zmówiła się w tak jawny sposób w internecie i zagrała na nosie dużym graczom. Jeśli jednak takie sytuacje będą się powtarzać i pojawią się kolejne grupy inwestorów, które będą się przenosić z akcji na akcje to może się skończyć jakimiś regulacjami.
Wydaje mi się, że na Wall Street wszyscy chcieliby jednak tego uniknąć i liczą na to, że to wszystko w naturalny sposób wygaśnie. Przykład RobinHooda pokazuje bowiem, że obecnie każdy ruch przeciwko WallStreetBets jest traktowany niemal jako wypowiedzenie wojny i powoduje jedynie nasilenie działań tej grupy.
Musimy przy tym wszystkim pamiętać, że manipulacja ceną akcji GameStop przez inwestorów indywidualnych była w ogóle możliwa ze względu na fakt, że jest to relatywnie mała spółka. GameStop jest jedynie ziarenkiem piasku na wielkiej plaży, którą jest Wall Street. To nie jest tak, że grupa użytkowników Reddita mogłaby skrzyknąć się na forum i wystrzelić w górę akcje Apple czy Google. Cała sprawa jest więc oczywiście bardzo medialna, ale nie ma tak wielkiego przełożenia na cały rynek.
I to jest bardzo niepokojące.
Możemy to porównać do nauki jazdy samochodem. Gdy uczymy się jeździć, to dostajemy z reguły małe auto o małej mocy, a do tego mamy obok siebie instruktora, który czuwa nad naszym bezpieczeństwem. Musimy bowiem zrozumieć, jak działa sprzęgło i jak wykonuje się poszczególne manewry na drodze. Wreszcie – musimy też wiedzieć, co oznaczają poszczególne znaki drogowe. Jeśli naukę jazdy rozpoczęlibyśmy od sportowego auta, które w 3 sekundy rozpędza się do setki, to istnieje spore ryzyko, że nie dożylibyśmy do egzaminu końcowego.
Podobnie sytuacja ma się z giełdą. Jeśli zaczynamy od rynków charakteryzujących się bardzo dużą zmiennością, to możemy się łatwo rozbić i stracić duże pieniądze. Sytuacja, w której wartość akcji danej spółki w ciągu jednego dnia zmienia się o 20, 30, czy 50 procent, jest oderwana od fundamentów zdrowego rynku kapitałowego. A z taką właśnie sytuacją mieliśmy do czynienia w przypadku spółki GameStop. To wszystko nie ma zbyt wiele wspólnego z inwestowaniem. To przypomina bardziej wizytę w kasynie.
Sytuacja zdecydowanie temu sprzyja. Jest pandemia. Siedzimy w domu. Niektórzy z nas mają nieco więcej wolnego czasu. Do tego dochodzą też inne czynniki. Na przykład w Stanach Zjednoczonych ludzie otrzymali do ręki gotówkę w postaci czeków stymulujących. Politycy liczyli, że pieniądze te zostaną przeznaczone na konsumpcję, co wzmocni gospodarkę. Potem mocno się zdziwili, bo sporo Amerykanów poszło z tymi pieniędzmi na rynek kapitałowy lub zaczęło nadpłacać zaciągnięte kredyty. Jeśli do tego dodamy zerowe stopy procentowe niemal na całym świecie, to większe zainteresowanie rynkiem kapitałowym wydaje się dość naturalną konsekwencją.
W Stanach Zjednoczonych już od jakiegoś czasu trwa dyskusja nad tym, czy robienie z giełdy swego rodzaju zabawy, rzeczywiście sprzyja rynkowi kapitałowemu i edukacji finansowej. To, że jednym kliknięciem możemy kupić i sprzedać akcje danej spółki nie oznacza bowiem, że mamy jakiekolwiek pojęcie na temat tego, jak funkcjonują rynki finansowe.
Zdecydowanie. Szczególnie gdy pojawia się mechanizm, który nazywamy szczęściem debiutanta. Kupujemy akcje jakiejś spółki za relatywnie małą kwotę. Ich wartość rośnie, a my zarabiamy. Dorzucamy więc większe pieniądze, a ta pozycja znów rośnie. Znajdujemy się już w stanie euforii, więc wykładamy jeszcze więcej. To powoduje, że średnia cena zakupu akcji jest bardzo wysoka, choć nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, bo przed oczami mamy nasze początkowe wzrosty. Wówczas każdy poważny spadek kursu akcji może spowodować stratę większą niż zakładaliśmy. To mechanizm, który rządzi niemal każdą bańką spekulacyjną i tracą na nim z reguły ci najmniej doświadczeni na rynku.