Problem tzw. second screen to sytuacja, w której konsumpcja treści wideo (oglądanie TV, streaming) odbywa się przy jednoczesnym korzystaniu z urządzenia mobilnego. Dla przedstawicieli Generacji Z i Millenialsów jest to już niemal naturalny stan skupienia, a raczej jego braku. Nasz mózg, wbrew popularnym mitom, nie jest bowiem wielozadaniowy. Jesteśmy w stanie szybko przełączać uwagę, ale nie potrafimy równie efektywnie przetwarzać dwóch narracji jednocześnie.
Efekt? Nie nadążamy za fabułą. Jeśli film lub serial wymaga od nas większego skupienia, analizy detali czy wyłapywania niuansów w scenach pozbawionych dialogów, to prawdopodobnie przegra on z rolką na Instagramie czy powiadomieniem z WhatsAppa.
Giganci streamingu, z Netfliksem na czele, doskonale zdają sobie sprawę, że oglądając ich produkcje, jednocześnie patrzysz w ekran swojego smartfona. Posiadają gigantyczne ilości danych na temat zachowań użytkowników. Wiedzą, w którym momencie pauzujemy, przewijamy, a w którym tracimy zainteresowanie i wyłączamy dany serial.
Jak donoszą kolejne źródła z branży rozrywkowej, na które w swoich publikacjach powołują się m.in. "The Guardian", Vox oraz Fast Company, platformy zaczęły wywierać presję na twórców, by dostosowali swoje dzieła do nowej rzeczywistości. Skoro widz nie patrzy na ekran, musi usłyszeć, co się dzieje.
Doprowadziło to do powstania specyficznego stylu narracji, który krytycy nazywają "telewizją ambientową" lub "filmem do prasowania". Zasada jest prosta: fabuła musi być zrozumiała nawet dla kogoś, kto zerka na ekran telewizora raz na trzy minuty.
Objawia się to m.in. przez przesadną ekspozycję w dialogach. Bohaterowie w nienaturalny sposób opisują swoje stany emocjonalne, plany oraz to, co właśnie się zdarzyło. Zamiast pokazać, że postać jest smutna poprzez grę aktorską, niewerbalne gesty, odpowiednie światło bądź muzykę, inny bohater zapyta wprost: "Dlaczego jesteś taki smutny z powodu tego, co stało się wczoraj?".
Kolejnym problemem jest brak niedopowiedzeń. Widz nie ma już przestrzeni na interpretację. Wszystko musi być podane na tacy, aby uniknąć frustracji osoby, która przegapiła kluczową scenę, bo w tym czasie pisała komentarz pod wideo na TikToku. Do tego dochodzi też repetytywność, czyli ciągłe powtarzanie kluczowych informacji przez różne postaci, aby mieć pewność, że dotrą do odbiorcy.
Idealnym przykładem tej transformacji, na który wskazują krytycy, jest ewolucja serialu "Stranger Things". O ile pierwsze sezony hitowej produkcji Netfliksa budowały napięcie tajemnicą i klimatem, o tyle ostatnie odsłony produkcji stały się podręcznikowym przykładem formatowania pod second screen.
W finałowym sezonie bohaterowie nieustannie werbalizują swoje plany. Grupy postaci tłumaczą sobie nawzajem (a w rzeczywistości widzowi, który scrolluje TikToka), co dokładnie zamierzają zrobić i jak działa dany element świata przedstawionego. Dialogi zmieniły się w instrukcje obsługi. To nie kino, ale "radio z obrazkami". Widz może słuchać serialu jak podcastu, a i tak będzie wiedział, o co chodzi.
Co ważne, nie jest to problem unikalny jedynie dla Netfliksa ani pojedynczego tytułu. Podobny dryf w stronę narracyjnej "łopatologii" widać w innych głośnych produkcjach. "Wiedźmin" coraz częściej tłumaczy zasady swojego świata dialogami zamiast obrazem, "The Rings of Power" od Amazona werbalizuje motywacje bohaterów z obsesyjną wręcz dokładnością.
Nawet flagowe seriale HBO, takie jak drugi sezon "The Last of Us" i późniejsze sezony "Westworld", porzuciły subtelność na rzecz ekspozycyjnych monologów. To jasny sygnał, że nie mamy do czynienia z kaprysem jednego studia, lecz z branżowym standardem.
To nie jest błąd w sztuce scenopisarskiej. To celowa strategia biznesowa. Skomplikowana fabuła w stylu nieodżałowanego "Dark" czy pierwszych sezonów "Westworld" dziś jest ryzykowna. Wymaga bowiem 100 procent uwagi widza. A uwaga to obecnie towar deficytowy. Produkcja, która pozwala na scrollowanie Instagrama, ma wyższy wskaźnik retencji (utrzymania uwagi widza) niż ambitne produkcje.
Paradoksalnie, "ogłupianie" treści jest odpowiedzią na nasze własne zachowania. I tak błędne koło się zamyka. Producenci serwują nam coraz banalniejsze fabuły, bo wiedzą, że nie potrafimy skupić uwagi na ambitniejszej treści. Z kolei my oglądamy filmy i seriale "jednym okiem", bo nie wymagają one od nas większego wysiłku intelektualnego.
Skoro wiemy już, jak media dostosowują się do naszej podzielonej uwagi, warto zadać pytanie: dlaczego w ogóle dzielimy tę uwagę? Co jest tak magnetycznego w 6-calowym ekranie, że wygrywa on z kinowymi hitami za miliony dolarów?
Tu wkraczamy w obszar neurobiologii i psychologii behawioralnej. Smartfon nie jest już tylko narzędziem komunikacji. Jest, jak określają to specjaliści od uzależnień, "cyfrowym smoczkiem" dla dorosłych i "jednorękim bandytą" w kieszeni każdego nastolatka.
Kluczem do zrozumienia fenomenu jest dopamina, czyli neuroprzekaźnik odpowiedzialny za układ nagrody. Aplikacje takie jak TikTok, Instagram (Reels) czy YouTube Shorts zostały zaprojektowane w oparciu o mechanizm zmiennej nagrody (variable reward schedule). To ten sam mechanizm, który uzależnia hazardzistów od automatów do gier.
Kiedy pociągasz za wajchę (przesuwasz palcem po ekranie), nie wiesz, co dostaniesz. Może to być nudny filmik (brak nagrody). Może to być reklama (kara). Ale może to być niesamowicie śmieszny mem lub interesująca ciekawostka (duża nagroda).
Mózg uwielbia tę nieprzewidywalność. Jak wskazują badacze, oczekiwanie na nagrodę uwalnia więcej dopaminy niż sama nagroda. Dlatego syndrom "jeszcze jednej rolki" jest tak potężny.
Ciągłe poszukiwanie przyjemnych emocji poprzez publikowanie treści i przeglądanie mediów społecznościowych wprawia układ dopaminowy w stan przeciążenia. Z czasem system odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności i nagrody ulega rozregulowaniu
- tłumaczy Needa Qureshi, neurodietetyczka i autorka badania "Dopamine and social media: The science behind scrolling for hours". "Gdy układ dopaminowy jest wielokrotnie nadmiernie stymulowany, produkcja dopaminy ulega obniżeniu. Badania obrazowe mózgu u osób uzależnionych od internetu pokazują zmniejszony poziom dopaminy jako efekt chronicznego przeciążenia" - dodaje.
Drugim obliczem tego uzależnienia jest tzw. doom-scrolling, czyli kompulsywne przeglądanie negatywnych wiadomości. W świecie pełnym kryzysów nasz mózg fiksuje się na złych informacjach. Smartfon daje nam iluzję kontroli. Wydaje nam się, że jeśli przeczytamy jeszcze jeden artykuł o zagrożeniu, będziemy lepiej przygotowani. W rzeczywistości jedynie podnosimy poziom kortyzolu (hormonu stresu).
Badania przeprowadzone przez firmę OnePoll na zlecenie marki Heineken rzucają przerażające światło na naszą codzienność. Studium, które objęło 17 000 dorosłych osób z różnych kręgów kulturowych (m.in. USA, Indie, Brazylia, Niemcy), wykazało, że przeciętny użytkownik spędza wpatrzony w ekran telefonu średnio 5 godzin i 48 minut dziennie. To 88 dni w skali roku. Niemal trzy pełne miesiące.
Jeszcze bardziej alarmujące są dane dotyczące najmłodszych, opublikowane w ubiegłorocznym raporcie NASK "Nastolatki 3.0". Przeciętny polski nastolatek spędza ze smartfonem w ręku średnio 5 godzin i 36 minut dziennie (w dni powszednie). W weekendy czas ten rośnie do ponad 6 godzin. Co najbardziej niepokoi, cyfrowa inicjacja drastycznie przyspiesza. Dzieci zaczynają regularnie korzystać z sieci jeszcze przed ukończeniem 9. roku życia.
Jednak, co najbardziej alarmujące, rodzice nie mają nad tym kontroli. Czas, o którym mówią dzieciaki, nie jest spójny z tym, co o czasie spędzanym online mówią ich rodzice. Rozbieżności między tym, co deklarują nastolatki, a opiniami rodziców, można zauważyć też np. w kwestii ustalania zasad korzystania z internetu. Rodzice bardzo często nie wiedzą, co ich dzieci robią w sieci
- zauważa dr Agnieszka Ładna, współautorka raportu i ekspertka NASK.
Matematyka jest tu brutalna. Jeśli przyjmiemy średnią długość życia na poziomie około 85 lat i utrzymamy obecne trendy konsumpcji mediów cyfrowych, dzisiejsi nastolatkowie spędzą na scrollowaniu 16 lat swojego życia. Wyobraźmy to sobie: 16 lat ciągłego przesuwania kciukiem po ekranie. To niemal tyle, ile zajmuje edukacja od podstawówki do magistra.
16 lat życia to cena, którą przyjdzie nam zapłacić za darmową rozrywkę. To czas, w którym można by nauczyć się kilku języków, zwiedzić świat, zbudować biznes lub po prostu być obecnym w życiu bliskich. Być może warto przeliczyć ten koszt na nowo i zadać sobie pytanie: czy kolejna rolka jest warta ułamka naszego życia, którego już nigdy nie odzyskamy?