- Węgierscy przywódcy są tak zmęczeni Zachodem, że tęsknią za Wschodem. A kiedy Viktor Orban tam jedzie, rozwija się dla niego czerwony dywan - mówi m.in. politolog w rozmowie z Deutsche Welle. Poniżej cały wywiad Andrasem Hettyey'em.
Andras Hettyey*: Jest absolutnie symboliczne. Węgry są całkowicie izolowane w ramach własnych systemów sojuszniczych, zarówno w NATO, jak i w Unii Europejskiej. Dzieje się tak pomimo faktu, że Orbanowi udało się utworzyć grupę Patrioci dla Europy w Parlamencie Europejskim. Decydującym czynnikiem jest brak lub minimalny kontakt na poziomie politycznym z głównymi krajami UE, Niemcami i Francją, a różnice zdań w większości kwestii są znaczne.
- Wręcz przeciwnie. Uważam, że węgierski rząd nie chce mieć nic wspólnego z politykami lub partiami, które nie myślą tak jak on. Jedynymi partnerami, jakich obecnie ma, są rząd Fico na Słowacji, ewentualny rząd FPÖ w Austrii, partie Grupy Patriotów w Parlamencie Europejskim, której Orban był współzałożycielem, oraz Donald Trump. Wszyscy inni są do pewnego stopnia zdyskwalifikowani. Być może jedynym wyjątkiem jest Emmanuel Macron, z którym Orban utrzymuje swego rodzaju szorstką przyjaźń. Nikt inny się nie liczy.
- Decyzje Orbana dotyczące polityki zagranicznej są często interpretowane z perspektywy krajowej, tj. że Orban robi to, co jest popularne wśród węgierskich wyborców. Albo, że Orban określa węgierskie interesy na podstawie analizy kosztów i korzyści. Nie sądzę, by te wyjaśnienia były zasadne. Myślę, że emocjonalna alienacja, która rozwinęła się w trakcie ciągłych ataków na węgierskie przywództwo polityczne, odgrywa znacznie większą rolę. Zwolennicy Fideszu mówili o zalewie nieuzasadnionej krytyki praktycznie od czasu pierwszego rządu Orbana w latach 1998-2002, kiedy to Orban był wielokrotnie nazywany nacjonalistą i szowinistą w niemieckiej prasie. Potem przyszło jego zwycięstwo w wyborach w 2010 r. i lata wrzawy wokół ustawy medialnej, kryzysu migracyjnego i oczywiście uzasadnionej zachodniej krytyki demontażu demokracji. Niezależnie od przyczyny, jasne jest, że alienacja istnieje i poważnie wpływa na orientację węgierskiego przywództwa politycznego.
- Węgierskie przywództwo ma poczucie, że zawsze znajduje się w sytuacji, w której ludzie próbują stawiać Węgry pod pręgierzem jakiejkolwiek krytyki. To nieuchronnie prowadzi do tłumionego gniewu, który miesza się ze wstydem, gdy są ponownie krytykowani. Ten cykl gniewu i wstydu oznacza, że węgierskie interesy, które są definiowane jako racjonalne i pryncypialne, są w rzeczywistości bardzo emocjonalne i skonstruowane. Przykład: Orban powinien był jako pierwszy zagłosować za przystąpieniem Szwecji do NATO, ponieważ kraj ten ma jedne z najnowocześniejszych sił zbrojnych w Europie, a przystąpienie do NATO byłoby absolutnie w interesie bezpieczeństwa Węgier. Zamiast tego zamieniło się to w operę mydlaną z wieloma epizodami tylko dlatego, że Szwedzi poczynili nieprzyjemne uwagi na temat węgierskiej praworządności.
- Tak, myślę, że tak właśnie jest. Ale jest też fakt, że na Węgrzech sam Viktor Orban decyduje o ponad osiemdziesięciu procentach kwestii związanych z polityką zagraniczną. W innych krajach istnieją wpływowe lobby partyjne, partnerzy koalicyjni, silna opozycja i krytyczna prasa, które również utrzymują politykę transatlantycką i europejską na określonym kursie. Na Węgrzech nie ma takiej przeciwwagi.
- Orban nie tylko wierzy, ale także wyczuwa, że Azjaci są na fali wznoszącej i że Węgrzy muszą grać razem z nimi. A jeśli ktoś to zakwestionuje i powie, że są tam tylko złe dyktatury i że Węgry nie powinny tego ignorować, wtedy znowu objawia się ta emocjonalna alienacja. Węgierscy przywódcy są tak zmęczeni Zachodem, że tęsknią za Wschodem. A kiedy Viktor Orban tam jedzie, rozwija się dla niego czerwony dywan, panuje wzajemny szacunek i nikt nigdy nie krytykuje węgierskiej sytuacji politycznej.
- Uważam, że jest gorzej: polityka zagraniczna Węgier jest na kursie, na którym nic się nie zmieni. Już dawno przestaliśmy podkreślać wszystko, co łączy nas z Zachodem. Ani wspólnych aspektów historycznych, ani wspólnych sukcesów, ani wspólnych zadań. Jeszcze dwa lata temu krytykowaliśmy tylko UE, a nie NATO. Teraz przyszła kolej na NATO: cokolwiek robi - wszystko jest źle. Ale odpowiadając na pytanie: Orban nie jest niczyim koniem trojańskim. Nie pozwoliłby nikomu mówić, co ma robić, to obce jego osobowości.
- Oczywiście, chciał też zaistnieć i pojawić się w serwisach informacyjnych. Ale ponieważ od samego początku było wiadomo, że Orban u Putina nic nie wskóra, to dla Zachodu był to policzek. Stwierdzenie Orbana, że kanały komunikacji muszą pozostać otwarte, nie ma sensu, ponieważ są one otwarte. Ale można też zapytać, co oznacza "misja pokojowa" w kontekście kraju, który nie ma zamiaru uczestniczyć w konferencji pokojowej i jak dotąd nie udało mu się obalić tezy, że rozumie tylko język siły.
- Nie widzę na to realnych szans. Stosunki z CDU uległy znacznemu pogorszeniu około 2019/20 roku. Na Węgry nie przyjeżdżają już politycy chadecji, a teraz i CSU również prowadzi tę samą politykę. Pokazywanie się razem z Orbanem może to doprowadzić do utraty głosów wśród wyborców. Europejski mainstream już zrezygnował z Orbana, czekają na zmianę na Węgrzech.
*Dr Andras Hettyey (ur. 1983), od 2024 r. jest wykładowcą w Katedrze Teorii Politycznej i Badań nad Demokracją Europejską na niemieckojęzycznym Uniwersytecie Andrassy w Budapeszcie. W latach 2001-2008 studiował historię i germanistykę na Uniwersytecie ELTE w Budapeszcie, a także stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Andrassy. W latach 2012-2023 Hettyey pracował na Uniwersytecie Administracji Publicznej (NKE) w Budapeszcie, gdzie ostatnio był wykładowcą na Wydziale Stosunków Międzynarodowych i Dyplomacji. Jego badania koncentrują się na węgierskiej polityce zagranicznej od 1990 r., a w szczególności na stosunkach niemiecko-węgierskich i roli emocji w stosunkach międzynarodowych.
Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle.