Katastrofa klimatyczna w Polsce. "Do 2050 r. będzie jeszcze znośnie. Potem pełna moc uderzenia"

- Kiedyś jeździłem na konwencje klimatyczne, ale już tego nie robię. Uważam, że to czysta propaganda, która nie daje żadnych konkretnych wyników. Cele są zawsze bardzo ambitne, ale nikt ich nie realizuje. Kończy się na gadaninie - mówi nestor polskiej klimatologii, prof. dr hab. Maciej Sadowski, ekspert Instytutu Ochrony Środowiska - Państwowego Instytutu Badawczego.

Wyprawa "Szlak Wisły" Mateusza Waligóry jest pretekstem do rozmowy o problemach związanych z wodą i zmianami klimatycznymi. To również rekonesans przed wytyczeniem pierwszego, długodystansowego szlaku w Polsce. Przy okazji wyprawy publikowaliśmy już rozmowy z hydrologiem o zasobach wodnych i susz, a także o problemie śmieci nad Wisłą. Kolejna rozmowa - o zmianach klimatu w Polsce - z prof. dr. hab. Maciejem Sadowskim, nestorem polskiej klimatologii, ekspertem Instytutu Ochrony Środowiska - Państwowego Instytutu Badawczego.

Dominik Szczepański: Od kiedy zajmuje się pan klimatem?

Prof. dr. hab. Maciej Sadowski: - Mógłbym odpowiedzieć, że od chwili, gdy urosły mi włosy, bo w praktyce wszyscy się nim zajmujemy od zawsze.

Naukowo klimatem zajmuję się od początku lat 60.

Na pańskiej półce stoi książka o tytule "Zmiany klimatu są faktem". Od kiedy są faktem?

- Od zawsze. Nawet powstanie Sahary jest ich efektem. Ale rozumiem, że pan pyta o zmiany spowodowane przez człowieka. W Polsce były znane już przed II wojną światową, gdy mocno nagłaśniano choćby problem pustynnienia Wielkopolski. Z kolei leśnicy bardzo dawno temu zaczęli się skarżyć na zmiany w drzewostanie.

Od kiedy zatem śledzimy to, co robimy z klimatem?

- Jeżeli bierzemy pod uwagę cały świat, to odpowiedź jest prosta - konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu dotycząca zwalczania zmian klimatycznych została podpisana w 1992 r. Ale przecież to wszystko było przygotowywane dużo wcześniej.

Już w latach 60. Klub Rzymski sygnalizował, że dzieje się coś niepokojącego. Niezależnie od siebie powstawały wówczas pierwsze scenariusze klimatyczne w USA i w Rosji. W latach 80. pracowała komisja Brundtland. Przygotowała raport będący podstawą zwołanego w 1992 r. Szczyt Ziemi, na którym to podpisano wspomnianą konwencję. Można więc powiedzieć, że świat zmianami klimatu zainteresował się nieco ponad pół wieku temu. Ale głos naukowców długo nie był słyszany.

Dlaczego?

- Z powodu działań lobby paliwowego, które sprzeciwiało się wszystkiemu, co mogłoby zagrozić wydobywaniu ropy. Szczególnie mocne naciski miały miejsce, gdy Stanami Zjednoczonymi rządził George Bush senior. Szefem sztabu w Białym Domu był wtedy John Sununu, człowiek niezwykle sceptyczny w stosunku do naukowców mówiących o zmianach klimatu. Miał władzę i nie pozwalał na wprowadzenie prawa, które wiązałoby Stanom Zjednoczonym ręce w sprawie emisji gazów. Był bardzo agresywny, nie chciał rozmawiać, jakby wszystko wiedział najlepiej.

Sununu tłumaczył później, że tak naprawdę nikomu nie zależało na ograniczeniach w emisji gazów i wszyscy czekali tylko aż pierwsze państwo wyłamie się z porozumienia. Pod tym względem, mówił, jego kraj nie był przynajmniej hipokrytą.

- I w zasadzie nic się nie zmieniło. Stany Zjednoczone do dziś nie chcą narzucać sobie żadnych ograniczeń, wycofały się przecież z porozumienia paryskiego. A skoro one mogą, to, przewiduję, zaraz dołączą do nich inne kraje.

No dobrze, a jak jest w Polsce? Wierzymy w katastrofę klimatyczną?

- Polacy są różni i pytania sondażowe też. Z badań CBOS w 2009 r. wynikało, że 40 proc. Polaków uznaje zmiany klimatyczne i chce z nimi walczyć.

Z sondażu Kantara sprzed roku wynika natomiast, że 72 proc. Polaków uważa, że zmiany klimatyczne są poważnym problemem. Jednocześnie połowa biorących udział w badaniu powiedziała, że ma niewielki wpływ na to, co dzieje się z klimatem.

- I właśnie o to chodzi. Wierzymy w katastrofę klimatyczną do czasu, gdy przychodzi do konkretnej sytuacji, w której Kowalski musiałby wyłożyć na ratowanie klimatu pewną sumę, to okazuje się, że nie jest zbyt chętny.

Świadomość społeczna rośnie, to fakt, proszę popatrzeć na młodzieżowe strajki klimatyczne. Byłoby o nich jeszcze głośniej, gdyby pandemia w nich nie przeszkodziła. Młodzi wiedzą o katastrofie klimatycznej, myślą o niej i chcą coś zrobić. Sprawą dorosłych jest wyraźne i uczciwe przedstawienie problemu. 

A co ze starszymi?

- Nie bardzo wiedzą, o co chodzi. Podobnie jest w wielu miejscach na wsi, gdzie dalej wrzuca się do pieca wszystko, jak leci. Kiedy próbowałem rozmawiać o tym z rolnikami, usłyszałem, że komu przeszkadza palenie butelek. Tłumaczyłem, że cząstki spalonego plastiku spadną na podwórko i będą je wdychać. Ich kury zaczną to dziobać, potem zniosą jajka, a oni te jajka zjedzą. I wcale nie będą one zdrowsze przez to, że kura chodziła sobie po podwórku.

Przekonał ich pan?

- Na początku było trudno, ale z czasem sami się zorientowali, że coś się zmienia. Zaczynali zwykle od stwierdzenia, że, rzeczywiście, ziemniaków jest jakby mniej. W trzecim roku badań sami już wiedzieli, że zmiany są faktem i im przeszkadzają. Zaczęli się przystosowywać i mówili, że przerzucają się na sorgo. Tak było na Podlasiu.

Ale już na Górnym Śląsku świadomość była większa. Zorganizowaliśmy spotkanie ze związkiem gmin. Myślałem, że pogadamy dwie godziny, a rozmawialiśmy dziewięć. Zgłaszali problem z dostępnością do wody. Nie wiedzieli, jak radzić sobie z rolnikami, którzy chcą budować się na terenach zalewowych, a potem, gdy rzeka wylewa, zgłaszają się po odszkodowania.

Jaka będzie Polska w 2050 roku?

- Najbliższe 30 lat będzie okresem raczej wilgotnym, a temperatura wzrośnie o ok. pół stopnia Celsjusza. Ulewny deszcz będzie spływał po glebie i odpływał rzekami, zamiast zasilać ziemię. Dlatego ważne, żeby się na to przygotować i zacząć zatrzymywać wodę. Jeśli temperatura wzrośnie bardziej, to może to zachwiać cyrkulacją - deszczu będzie wtedy mniej, a katastrofa klimatyczna przyspieszy.

Ale ze scenariusza, który wydaje mi się najbardziej prawdopodobny, wynika, że do 2050 r. w Polsce będzie jeszcze znośnie. Dopiero potem z pełną mocą odczujemy konsekwencje.

Możemy zrobić krok w tył, zatrzymać to, co nadchodzi?

- Nie, to utopia.

A gdybyśmy jutro zamknęli wszystkie fabryki i samochody zamienili na elektryczne?

- Jest za późno. Od dwustu lat wysyłamy dwutlenek węgla do atmosfery, a czas jego życia to ok. 120 lat.

Od pół wieku przyglądam się kolejnym porozumieniom klimatycznym, przez lata sam jeździłem na konwencje, ale już tego nie robię. Uważam, że to czysta propaganda, która nie daje żadnych konkretnych wyników, a działania państw uczestniczących w konwencjach są w lwiej części pozorowane. Cele są zawsze bardzo ambitne, ale nikt ich nie realizuje. Kończy się na gadaninie. 

Do Porozumienia paryskiego przystąpiło prawie 190 krajów, które zgodziły się zrobić, co konieczne, żeby temperatura nie zwiększyła się o więcej niż dwa stopnie Celsjusza. To wszystko nieprawda?

- Zgodziły się, ale jak to chcą zrobić? Który kraj przyjął konkretne rozwiązania? Odpowiem. Gabon. Emitujący kroplę w oceanie dwutlenku węgla.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, mam ogromny szacunek do ludzi, którzy próbują coś zmienić, ale z mojej kilkudziesięcioletniej obserwacji wynika, że nikt nie wymyślił jeszcze, jak realnie wpłynąć na postępujące zmiany klimatu.

Przez chwilę myślałem, że w tej rozmowie będzie coś optymistycznego.

- Świadomość nadchodzącej katastrofy klimatycznej mamy większą, ale możliwość przeciwdziałania na poziomie światowym jest minimalna, jeśli nie zerowa.

A był kiedyś taki moment, w którym mogliśmy zawrócić z kursu kolizyjnego z klimatem?

- Obawiam się, że nie, bo wszyscy zwracali uwagę na pieniądze. Pamiętam, jak kiedyś koledzy ze Stanów tłumaczyli mi, dlaczego nie mogą zmniejszyć emisji gazów, których źródłem jest transport: po amerykańskich drogach jeździło wówczas 22 mln samochodów osobowych i jeśliby zredukowali ich liczbę tylko o 10 proc., to żaden rząd by tego nie wytrzymał. Tak się tłumaczyli.

Zawsze - i dalej tak jest - ważniejsza niż klimat była gospodarka i polityka wewnętrzna. Dobrostan ludzi. Nikt jeszcze nie wymyślił rozwiązania zmieniającego tę hierarchię.

Aczkolwiek nie mogę też powiedzieć, że świat się nie zmienia. Coś się w końcu dzieje. Chociażby fotowoltaika - nabiera ogromnej mocy, niedługo sami będziemy zaskoczeni, co może zdziałać energia słoneczna. Także elektromobilność. Jeszcze niedawno była traktowana jako hobby inżynierów i naukowców.

Możemy przesunąć te zmiany? Kupić sobie trochę czasu? 

- W niewielkim stopniu. Zmian nie przesuniemy, ale możemy złagodzić ich wpływ przez dostosowanie gospodarki i człowieka do negatywnych skutków tych zmian. Pozostaje nam stopniowe redukowanie emisji i adaptowanie się do zmieniających się warunków. Ten drugi kierunek uważam za ważniejszy i bardziej realny.

W ciągu ostatniej dekady w Polsce zanotowano rekordowe temperatury w kilku miesiącach. W kwietniu 2012 - 32,5 stopnia Celsjusza. W czerwcu 2019 - 38,3. W sierpniu 2015 - 39. We wrześniu 2015 - 36,8. W listopadzie 2018 - 26,2. Większość rekordów zimna pochodzi sprzed pół wieku. Niektóre są jeszcze starsze. Co nam mówią te dane? Skąd się biorą kolejne rekordy ciepła?

- Do tej pory mieliśmy przyzwoite źródło chłodu w Arktyce. Teraz lód znika i zmienia się cyrkulacja powietrza. Gradient termiczny między północą a południem jest mniejszy. Kiedyś dmuchało od Atlantyku, teraz wieje z południa. A jak dmuchnie porządnie, to ciepło utrzymuje się długo. Zimy są mniej mroźne, śniegu jest coraz mniej. Coś tam jeszcze nieraz spadnie, ale z jeżdżenia na nartach za dużo przyjemności w Polsce już nie będzie.

Skoro zmiany są faktem i są nieodwracalne, to jak mamy z nimi żyć?

- Mówiąc brutalnie - polubić, na ile się da. Każdy z nas może oszczędzać wodę. Nie tylko golić się z zakręconym kranem, ale myć samochód i podlewać działkę deszczówką. W miastach wodę możemy zbierać na dachach, a samą przestrzeń miejską zazieleniać - sadzić niskie trawy i drzewa. Dzięki temu będzie nieco chłodniej. Jest jeszcze jedno rozwiązanie - utrzymywanie kanałów wentylacyjnych. Takich korytarzy, dzięki którym miasto może się przewietrzyć. Zwracano na to uwagę przed wojną. Potem też, bo żyli jeszcze przedwojenni architekci. Teraz już mało kto na to patrzy, wszędzie wciska się budynki, goniąc za pieniędzmi. W Warszawie napływ świeżego powietrza ograniczyły nowe osiedla np. osiedle Marina.

Pan mówi, żebyśmy oszczędzali wodę, ale co to zmieni, skoro 70 proc. wody w Polsce zużywa przemysł - głównie kopalnie i elektrociepłownie.

- Proszę doliczyć jeszcze rolnictwo. Kiedyś to analizowaliśmy i przygotowaliśmy proporcje wykorzystywania wody, zapewniające nam samowystarczalność i harmonię: rolnictwo 30 proc., przemysł - maksymalnie 20 proc. Reszta - dla ludzi. Kolejna utopia. Kto zabroni przemysłowi nadużywać wody?

Polska jest przygotowana na katastrofę klimatyczną?

- Polska nie jest przygotowana na żadną katastrofę. Pomimo rosnącej świadomości działania kolejnych rządów były krótkowzroczne. Nikt nie traktował klimatu poważnie. Teraz coś zaczyna kiełkować, ale co z tego wyjdzie? 

A będą w Polsce miejsca, które zaczną wysychać bardziej niż inne?

- Susza w Polsce rozkłada się po przekątnej - od rejonów Zamościa, przez Kielecczyznę, gdzie zdarza się, że trzeba pogłębiać studnię do stu metrów i dalej – przez łódzkie, aż po Wielkopolskę, która pustynnieje od XIX wieku. Wtedy Prusowie wycięli Puszczę Notecką. Potem wodę zabierały kopalnie w Koninie, Pątnowie, Adamowie i teraz jest tam naprawdę źle. Ten region kraju pustynnieje.

Obawiam się, ludzie obudzą się dopiero, gdy zabraknie im wody. Wcześniej nie zaczną się awanturować.

Pretekstem do naszej rozmowy jest Wisła i marsz Mateusza Waligóry. Co czeka polskie rzeki?

- Jeśli przyjmiemy schemat gwałtownych i krótkich opadów oraz długich okresów suszy pomiędzy nimi, to nie tyko Wisła, ale wszystkie inne rzeki będą miały problem. Z Wisłą jest o tyle dobrze, że jej źródła i dopływy są w górach, gdzie częściej pada, więc nie powinna wyschnąć, ale trudno mi sobie wyobrazić, że kiedyś będzie nadawała się do żeglugi.

Za to rzeki, których źródła nie są w górach, zmienią się. Notecią nie da się już pływać, Bugiem kiedyś spławiano drewno, a teraz trudno przepłynąć tratwą w niektórych miejscach. Jezioro Gopło obniżyło się o kilka metrów. Inne jeziora się cofają albo zarastają, bo trafia do nich coraz więcej nawozów, dzięki którym rozwija się roślinność. Mam takie jeziorko na Warmii, które obserwuję od dziesięciu lat. Ma 200 metrów średnicy, leży w lesie, kiedyś można było się w nim kąpać, teraz brzegi ma zarośnięte, a trzciny pojawiają się nawet na jego środku.

I co pan sobie myśli o tym wszystkim?

- Jest taka książka Davida Wallace’a-Wellsa "Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu". Autor opisuje kolejne zjawiska, które będą się nasilać i dotykać coraz to nowych zakątków świata.

Moje pierwsze pytanie po lekturze brzmiało: cholera, czy ludzie powinni mieć dzieci? One kiedyś będą musiały się zmierzyć ze zjawiskami, których ich przodkowie nie musieli przeżywać.

Nie powinni?

- Ja nie mam. Ale nikomu nie odmówiłbym przyjemności posiadania dziecka, bo jest to niehumanitarne. Zastanowiłbym się jednak, gdzie to dziecko będzie się wychowywało.

Co pan proponuje?

- Daleka Kanada może być bezpieczna. Tak samo Skandynawia. Syberii nie wspominam bo to ma złe konotacje. Chyba, że zacznie się wojna o zasoby Arktyki.

 ***

*Prof. dr hab. Maciej Sadowski – nestor polskiej klimatologii. Ekspert Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego. Od prawie sześćdziesięciu lat zajmuje się hydrometeorologią, klimatologią i polityką ochrony klimatu. Był członkiem Rady Programowej Climate Institute w Waszyngtonie. Uczestniczył od 1988 r. w przygotowywaniu procesu negocjacyjnego i negocjacjach tzw. protokołu z Kioto. Był kierownikiem Ośrodka Ochrony Klimatu, szefem polskiego zespołu merytorycznego w trakcie konferencji klimatycznej w Poznaniu.