Xi Jinping zaskoczył deklaracją ws. klimatu, ale Chiny mogą na tym zarobić. Pytanie, co zrobią USA

Przywódca Chin w ubiegłym tygodniu zaskoczył zapowiedzią, że kraj ten - największy emitent CO2 na świecie - do 2060 roku stanie się neutralny węglowo. Co do tej zapowiedzi pojawiają się różne wątpliwości, ale jeśli Chiny ją zrealizują, tylko w tej dekadzie dorzucą do swojego PKB 5 proc. wzrostu. Tyle że po drugiej stronie ktoś może stracić.

Deklaracja Xi Jinpinga podczas forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ była niespodziewana. Kraj już wcześniej zapowiadał, że chcą do 2030 roku osiągnąć szczyt emisji dwutlenku węgla, ale twardego określenia daty neutralności węglowej jak dotąd nie było. Teraz celem jest 2060 rok. Oznacza, że do atmosfery ma nie być emitowane więcej CO2, niż może być z niej usunięte.

Chiny chcą być neutralne węglowo w 2060 r.

To w praktyce pociąga to za sobą konieczność znacznego obniżenia emisji, a Chiny są największym emitentem dwutlenku węgla na świecie. Według danych organizacji Global Carbon Project, w 2018 roku wypuściły do atmosfery około 10 miliardów tego gazu. Dla porównania, drugie w zestawieniu Stany Zjednoczone zanotowały roczną emisję CO2 na poziomie 5,4 miliarda ton - czyli o niemal połowę mniej, a Polska 334 miliony ton (co daje nam 18. miejsce na świecie na liście największych emitentów).

embed

Chińskie emisje stanowią około jedną trzecią globalnych, deklaracja złożona przez Xi Jinpinga może mieć ogromne znaczenie dla hamowania tempa globalnego ocieplenia. Pojawiły się wyliczenia, jak duże będzie to znaczenie. Wykonali je eksperci z Cambridge Econometrics, brytyjskiej firmy doradczej, która zajmuje się modelowaniem w zakresie polityki, społeczeństwa i środowiska. Według nich, oznaczać to będzie globalny wzrost temperatury w tym stuleci niższy o 0,25 stopnia Celsjusza, a do tego podniosłoby to PKB Chin o dodatkowe 5 proc. w dalszej części tej dekady. W opublikowanym na łamach portalu Carbon Brief tekście przytaczają bardzo ciekawe wnioski ze swoich modeli. 

Chiny się wzbogacą na cięciu emisji, inwestycje dorzucą do PKB

Po pierwsze, z ich wyliczeń wynika, że by osiągnąć swój cel, Chińczycy będą musieli gwałtownie obniżyć emisje CO2. Nie podali jednak jak na razie żadnych szczegółów co do tego, w jaki sposób chcą to osiągnąć, według Cambridge Econometrics, oznacza to ogromne inwestycje, a te z kolei mogą podnieść ich produkt krajowy brutto o wspomniane 5 proc. 

Wygląda na to, że Chiny będą musiały przemodelować nie tylko swoją energetykę, ale i całą gospodarkę. Obecnie około 85 proc. wykorzystywanej przez nie energii pochodzi z paliw kopalnych, a 15 proc. ze źródeł odnawialnych - ten miks energetyczny będzie zapewne musiał zostać odwrócony. Kraj jest też największym globalnym konsumentem węgla, pochłaniając połowę globalnej podaży tego surowca. W dodatku liczba zasilanych węglem elektrowni w Chinach rośnie. Do tego dochodzi popyt na ropę naftową, Chiny to drugi największym konsumentem ropy na świecie po Stanach Zjednoczonych.

To wszystko może też pociągnąć za sobą zmiany w innych krajach. Zmniejszenie konsumpcji paliw kopalnych oznacza straty dla państw produkujących ropę i gaz, co, według analityków z Cambridge Econometrics, może obniżyć łączny PKB pozostałych krajów o 1 proc - oczywiście przy założeniu braku reakcji na działania Chin. Jednak i tak w takim scenariuszu silne przyspieszenie w Chinach sprawi, że ogółem globalny PKB wzrośnie. 

Nie tylko w ten sposób chińska droga do zeroemisyjności może wpłynąć na innych. "Działania w Chinach mogą również powodować efekty 'uboczne' w pozostałej części świata. Widzieliśmy to już w przypadku paneli słonecznych, gdzie wysoki poziom popytu w Chinach spowodował spadek cen na całym świecie" - pisze w artykule na Carbon Brief Hector Pollitt z Cambridge Econometrics.

Globalny spadek emisji CO2

Według niego oznacza to, że nawet jeśli żadne państwo poza Chinami nie wprowadzi żadnych nowych polityk klimatycznych w odpowiedzi na deklarację Xi, emisje C02 i tak spadną poza Państwem Środka, ekspert szacuje je na nawet ponad 500 milionów ton CO2 mniej co roku. Analizy Cambridge Econometrics wskazują, że deklaracja Chin oznacza, że wzrost globalnej temperatury w tym stuleciu może być o 0,25 stopnia Celsjusza niższy, czyli sięgnąć 2,35 stopnia powyżej poziomu sprzed epoki industrialnej. Podobne szacunki przytaczają też badacze z Climate Action Tracker, którzy szacują "oszczędność" na 0,2-0,3 stopnia Celsjusza.

To oczywiście ciągle za mało, by osiągnąć globalny cel paryskiego porozumienia klimatycznego, które zakłada ograniczenie wzrostu temperatur światowych o nie więcej niż 2, a najlepiej 1,5 stopnia w porównaniu do czasów przedindustrialnych. Ale zawsze to coś i to całkiem istotne "coś". 

Co zrobią inni? 

Artykuł przytacza też możliwe negatywne - w każdym razie dla niektórych - konsekwencje zapowiedzi Chińczyków. W samych Chinach oznaczają one poważne wyzwanie dla sektora energetycznego i wydobywczego i jego pracowników, w szczególności zatrudnionych w kopalniach węgla. Do tego zmiany u tak wielkiego konsumenta surowców wpłyną na ich ceny, w tym ceny ropy naftowej. Tanie paliwo z kolei może sprawić, że poza Chinami zainteresowanie samochodami elektrycznymi się zmniejszy. 

Pamiętajmy, że opisywany model nie uwzględnia ewentualnych reakcji innych państw. Xi Jinping rzucił światowym liderom poważne wyzwanie. W tej sytuacji oczy będą zwrócone przede wszystkim na Stany Zjednoczone i z politycznego punktu widzenia o to zapewne między innymi Xi chodziło - zwłaszcza, że amerykański prezydent przemawiał w ONZ tuż przed nim. Donald Trump postanowił wycofać USA z porozumienia paryskiego, ale to wycofanie formalnie może wejść w życie nie wcześniej niż 4 listopada. Tymczasem 3 listopada w Stanach odbędą się wybory, w których obecny prezydent walczy reelekcję. Sondaże wskazują na możliwą wygraną rywala Trumpa, Joe Bidena. USA nie określiły jeszcze daty redukcji emisji. Taką datę podała Unia Europejska jako całość, deklarując neutralność klimatyczną - nie tylko węglową - do 2050 roku, węglową może osiągnąć już na początku 2040 roku. Polska do tego unijnego celu jak na razie się nie zobowiązała. 

Zobacz wideo Korolec: Bawimy się w symbole i ograniczamy nasz dostęp do funduszy europejskich