Ekspertka obala narrację rządu ws. "obrony" Turowa. Tak rządzący wykorzystują problemy górników

W dyskusjach o Turowie za mało mówi się o przyszłości. Prędzej czy później wydobycia nie będzie i co wtedy stanie się z ludźmi? - pisze w Gazeta.pl Alina Pogoda, inżynierka górnictwa i ekspertka ds. sprawiedliwej transformacji. Jak zwraca uwagę, zagrożeniem nie jest "zamknięcie kopalni z dnia na dzień", bo to się po prostu nie stanie, lecz los pracowników i całego regionu za kilkanaście lat lub szybciej, gdy nieuchronnie zakończy się wydobycie.
Wiec wyborczy Prawa i Sprawiedliwości w Bogatyni przy elektrowni i kopalni Turów
Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl
Zobacz wideo Co rząd opozycji miałby do powiedzenia górnikom?

"Praca Polaków jest święta. Mamy najniższe bezrobocie w UE. Zamknięcie Turowa oznaczałoby wykluczenie gospodarcze całego regionu. (...) Własna energia jest niezbędnym elementem konkurencyjności gospodarki. Dlatego Zjednoczona Prawica staje w obronie naszej suwerenności" - takiego tweeta po konwencji programowej Prawa i Sprawiedliwości napisała ministerka Klimatu i Środowiska Anna Moskwa.

Czy zamknięcie kopalni Turów w ciągu następnych kilkunastu lat, nawet wcześniej niż przed 2044 rokiem (o którym mowa w kwestionowanej koncesji), oznacza katastrofę dla regionu? Czy niemożliwe jest zastąpienie jedną gałąź gospodarki inną? Dlaczego polski rząd pisze takie negatywne scenariusze?

Nie możemy zamknąć kopalni z dnia na dzień

31 maja 2023 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wstrzymał – do czasu rozpoznania skargi – wykonanie decyzji środowiskowej dotyczącej koncesji na wydobycie węgla dla kopalni w Turowie po 2026 r.

Decyzja sądu nie zamyka kopalni w Turowie i nie oznacza też natychmiastowego wstrzymania wydobycia, a tym samym zatrzymania pracy elektrowni. Mimo tego politycy Zjednoczonej Prawicy nazywają postanowienie WSA "bezprawiem i jawnym uderzeniem w polski interes" oraz zapowiadają "obronę" kompleksu energetycznego jakby u granic powiatu zgorzeleckiego faktycznie stały wrogie armie.

Kopalnia i elektrownia Turów pełni istotną rolę w polskim miksie energetycznym. Elektrownia zapewnia od 4 do 7 proc. rocznego zapotrzebowania na energię w Polsce. Nie ulega wątpliwości również, że gmina Bogatynia gospodarczo jest niezwykle uzależniona od tego przedsiębiorstwa. Zakład jest największym pracodawcą w powiecie – pracuje tu obecnie 3,5 tys. osób. Chęć obrony miejsc pracy i gniew społeczny są zrozumiałe, choć niestety wykorzystywane instrumentalnie przez polityków. Bo, wbrew temu co wmawiają nam rządzący, istnieje życie po węglu.

W Terytorialnym Planie Sprawiedliwej Transformacji (TPST), który został przygotowany przez władze woj. dolnośląskiego dla regionu Bogatyni, wyraźnie napisano: "Niezależnie od ostatecznej daty zakończenia eksploatacji węgla brunatnego, a tym samym zakończenia działalności elektrowni zasilanej tym paliwem, należy już w najbliższych latach przygotować społeczeństwo, infrastrukturę, gospodarkę, administrację do wieloaspektowych przekształceń tego obszaru, likwidujących monokulturę węglową, wykorzystujących potencjał dotychczasowych pracowników sektora wydobywczo-energetycznego, przygotowujących tereny inwestycyjne dla innowacyjnych działalności (w tym opartych o rozwiązania niskoemisyjne i energetykę z OZE) oraz kompleksowe programy przekwalifikowywania i wzmacniania kompetencji".

W związku z powyższym niezależnie od tego, czy kompleks Turów będzie działał 5, 10, 15, czy 20 lat, to region musi wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć inwestować niemałe pieniądze, które w tej chwili pobiera z podatków od PGE, w przyszłościowe gałęzie gospodarki i tworzyć nowe miejsca pracy.

Prędzej czy później?

Mimo zapewnień strony rządzącej, że kopalnia będzie działać i prężnie operować do 2044 roku, to w dokumentach strategicznych wygląda to inaczej. W Polityce Energetycznej Polski do 2040 roku (czyli głównym rządowym planie transformacji energetyki) planuje się, że w 2040 roku moc zainstalowana w węglu brunatnym będzie wynosiła 0,7 GW

Moc zainstalowana elektrowni Turów wynosi 2 GW. To oznacza, że rząd sam planuje już w latach 30. o wiele mniej wydobywać węgla i o wiele mniej wytwarzać energii w Turowie, co na pewno będzie skutkowało mniejszym zapotrzebowaniem na pracowników. 

Priorytet dla wszystkich

Celem sprawiedliwej transformacji jest zapewnienie regionom uzależnionym od węgla "miękkiego lądowania" w momencie zamykania zakładów wydobywczych i energetycznych. Niezależnie od tego, czy to się stanie za 5 czy 15 lat, już teraz warto o tym mówić i się do tego przygotowywać. W Wielkopolsce Wschodniej, w której firma ZE PAK zamyka ostatnią kopalnię węgla brunatnego już za rok, w tym momencie wdrażane są projekty, które mają zapewnić nowe miejsca pracy, zrównoważony rozwój i perspektywę wzrostu gospodarczego w regionie. Górnicy sami opracowują projekty przekwalifikowań i aktywizacji zawodowej, z których mają zamiar skorzystać w momencie zamknięcia zakładów. Pracownicy sektora górniczego i energetycznego, według licznych ankiet, w przyszłości widzą się w takich gałęziach jak budownictwo, motoryzacja, logistyka czy odnawialne źródła energii. Wielu chce założyć własne biznesy.

Turowa bronić nie trzeba, ponieważ nie zamknie się on z dnia na dzień. Na pewno nie zostanie zamknięty, zanim nie zostaną wybudowane inne moce wytwórcze potrzebne do stabilizacji systemu energetycznego. Bronić natomiast trzeba regionu przed zapaścią gospodarczą i społeczną, ponieważ gdy nadejdzie ostatni dzień wytwarzania brunatnej energii, wtedy można się obudzić z ręką w nocniku bez pracy, bez perspektyw, bez nowych inwestycji i przedsiębiorstw, a na protesty może być wtedy za późno.

Autorka: Alina Pogoda, inżynierka górnictwa i geologii, ekspertka Polskiej Zielonej Sieci ds. sprawiedliwej transformacji

Więcej o: