Rząd Donalda Tuska zaliczył swoją pierwszą wpadkę w kwestiach energetycznych jeszcze przed powstaniem, gdy nowa większość rakiem wycofywała się ze zmiany przepisów o budowie elektrowni wiatrowych. Teraz przed koalicją stoją o wiele większe wyzwania i decyzje.
Joanna Pandera, ekspertka ds. energetyki i szefowa think tanku Forum Energii w opublikowanym niedawno komentarzu nazywa sytuację w energetyce "węglem gordyjskim" - który nowy rząd musi przeciąć. Co dokładnie powinien zrobić?
Przed nowym rządem stoi długa lista decyzji do podjęcia. Zaniedbane remonty elektrowni, zły stan sieci dystrybucyjnych, niedokończony projekt wydzielenia aktywów węglowych i upadające górnictwo. Do tego presja obniżania cen energii elektrycznej. Każdy z tych obszarów wymaga natychmiastowych decyzji oraz dużych nakładów finansowych
- czytamy w komentarzu. Za rządów PiS podpisano tzw. umowę społeczną z górniczymi związkami zawodowymi. Ta zakłada plan wygaszania kopalń do 2049 roku. Jednak zdaniem ekspertki jest ona "niemożliwa do wdrożenia". Jednocześnie Pandera podkreśla, że "nie można narazić polskiego górnictwa na gwałtowny upadek". Dlatego proponuje strategię, która opiera się na trzech krokach: wyznaczeniu daty odejścia od węgla w 2035 r. i zastąpieniu go innymi źródłami energii, określeniu roli spółek skarbu państwa w transformacji oraz odblokowaniu sieci dystrybucyjnych.
Dlaczego koniec węgla w energetyce powinien przypaść za 11 lat - a nie jak planował to wcześniej rząd PiS dopiero w połowie stulecia? Ekspertka wymienia kilka argumentów.
Pierwszy jest finansowy. Po 2028 roku elektrownie nie będą mogły już otrzymywać od państwa wsparcia finansowego (w ramach tzw. rynku mocy) i zaczną przynosić straty. Mimo tego nie będzie mowy o wyłączeniu wszystkich nierentownych elektrowni, bo nie będzie czym ich zastąpić. "Gdyby miały decydować kryteria wyłącznie ekonomiczne, węgiel z energetyki i ciepłownictwa zniknąłby w Polsce do 2030 r." - pisze ekspertka.
Przygotowanie tego, co zastąpi węgiel, wymaga zaplanowania i wykonania inwestycji. Do połowy przyszłej dekady powinniśmy móc znacznie zwiększyć liczbę wiatraków i fotowoltaiki, mieć farmy wiatrowe na Bałtyku, a - jeśli uda się przeprowadzić program jądrowy plus minus zgodnie z harmonogramem - także pierwszą elektrownię atomową.
Pandera zwraca uwagę, że datę 2035 r. można w razie potrzeby modyfikować. W czasie ostatniego kryzysu energetycznego widzieliśmy, że kraje jak Niemcy czy Wielka Brytania przygotowywały do awaryjnego uruchomienia stare elektrownie na węgiel na wypadek, gdyby zabrakło gazu (ostatecznie okazały się w większości niepotrzebne). Dlaczego więc wyznaczać datę, jeśli bierzemy pod uwagę, że może dojść do jej zmiany? To zdaniem ekspertki "konieczne dla bezpieczeństwa energetycznego kraju i zracjonalizowania wydatków finansów publicznych". Data odejścia od węgla da sygnał dla rynku, przemysłu, odbiorców czy branży węglowej. Pozwoli też na zaplanowanie transformacji i wygaszania sektora. W przeciwnym razie odbędzie się to tak czy siak, ale bez dawania czasu na przygotowanie.
Równolegle powinny dziać się inne procesy - czytamy w komentarzu. Pierwszy dotyczy zmian w państwowych spółkach energetycznych i określenie ich roli w transformacji, drugi - inwestycji w sieci elektroenergetyczne i przystosowanie ich do zachodzących zmian. Szczególnie to ostatnie stanowi rosnącą barierę i ogromna ilość inwestycji w odnawialne źródła energii nie dochodzi do skutków, bo nie dostaje tzw. warunków przyłączenia do sieci.
Odchodzenie od węgla już od dawna nie jest kwestią "czy", lecz "kiedy" - i do tego już się zaczęło. Widać to dobrze na danych dot. produkcji energii w ostatnim roku.
W 2023 Polska wyprodukowała 63 proc. prądu z węgla, ponad 24 proc. ze źródeł odnawialnych (głównie elektrownie wiatrowe i słoneczne) i niecałe 13 proc. z innych źródeł (m.in. elektrownie gazowe). Nasze uzależnienie od węgla spadło w porównaniu z rokiem 2015, kiedy odpowiadał on za 86 proc. produkcji elektryczności (a źródła odnawialne stanowiły zaledwie 8 proc.).
Jak zmieni się to w kolejnych latach? Nowy rząd dopiero pracuje nad swoim planem transformacji. Poprzednie kierownictwo ministerstwa klimatu próbowało przeprowadzić aktualizację strategii dla energetyki, ale projekt utknął w "prekonsultacjach". Co w nim znajdujemy? Resort chciał, by do 2030 roku Polska miała 47 proc. prądu z OZE, a w 2040 roku - 51 proc. produkcji elektryczności ze źródeł odnawialnych i 22 proc. z elektrowni jądrowych. To oznaczałoby marginalizację węgla. Do roku 2030 jego udział w tak zwanym "miksie energetycznym" spadłby do ok. 34 proc., a dekadę później - 8 proc.
Rząd na razie pracuje nad swoją strategią transformacji. Wiceministerka klimatu Urszula Zielińska mówiła dziennikarzom w Brukseli, że resort potrzebuje "pół roku" na przygotowanie planu. Wynika to też z unijnego kalendarza, zgodnie z którym do połowy 2024 roku kraje członkowskie powinny pokazać swoje zaktualizowane plany klimatyczne. Zielińska stwierdziła też, że jej zdaniem Polska powinna przyspieszyć odchodzenie od węgla, nie podała jednak konkretnej daty.
Zupełnie co innego słychać jednak ze strony nowej ministerki przemysłu prof. Marzeny Czarneckiej, które resort ma odpowiadać m.in. za transformację na Śląsku. Powiedziała ona, że "kopalnie będą funkcjonować tak długo, jak będą zasoby w tych kopalniach". Pytanie co miałoby się dziać z węglem z tych kopani, jeżeli już za kilkanaście lat praktycznie nie będzie potrzebny, bo elektrownie węglowe będą potrzebne do zapewnienia kilku procent produkcji energii.
A to, że przestanie być potrzebny, jest już jasne. Nawet w (nieprzyjętej) propozycji strategii transformacji rządu PiS zużycie węgla spada szybko, z prawie 70 proc. do ponad 30 proc. w ciągu najbliższych sześciu lat i do kilku procent pod koniec lat 30. Partie nowej koalicji rządzącej deklarowały zaś, że ich plany transformacji będą szybsze i bardziej ambitne.