"Dzisiaj sabotowaliśmy Teslę. Ponieważ Tesla w Grünau tygodniowo pożera ziemię, zasoby, ludzi, siłę roboczą i wypluwa 6000 SUV-ów, maszyn do zabijania i monster trucków. Nasz prezent na 8 marca to zamknięcie Tesli. Ponieważ całkowite zniszczenie Gigafactory, a wraz z nim odcięcie technofaszystów, takich jak Elon Musk, są krokiem na drodze do wyzwolenia od patriarchatu" - czytamy w liście opublikowanym przez lewicową grupę po ataku na fabrykę.
We wtorek 5 marca podpalona została podstacja transformatorowa i maszt energetyczny w pobliżu fabryki Tesli. Pozbawiono w ten sposób zasilania hale produkcyjne, a także duży obszar wokół nich sięgający części Berlina. Pracownicy zostali ewakuowani i wciąż nie we wszystkich miejscach przywrócono prąd.
Winna temu jest niemiecka grupa Vulkangruppe, która przyznała się do sabotażu. Organizacja lewicowych ekstremistów od dawna protestuje przeciwko inwestycji amerykańskiej firmy. Od początku budowy gigafabryki, jak nazywane są w Niemczech zakłady w Gruenheide, różni aktywiści się jej sprzeciwiają. Wszystko przez to, że rozbudowa musiałby wiązać się z wycinką okolicznych drzew. Dlatego m.in. ekolodzy z organizacji "Robinwood" i "Stop Tesli" zbudowali miasteczko w koronach drzew wokół fabryki. Protest Vulkangruppe uznano jednak za przekroczenie granicy dopuszczalnych protestów.
Wściekły był przede wszystkim właściciel Tesli Elon Musk. Na swojej platformie X napisał, że jeśli sprawcy podpalenia nie są najgłupszymi ekoterrorystami świata, to ewentualnie marionetkami w rękach tych, którzy dla środowiska nie chcą dobrze. "Wstrzymywanie produkcji aut elektrycznych, zamiast tych na ropę, to ekstremalna głupota" - ocenił Elon Musk. Już wiadomo także, że ten incydent będzie kosztował jego firmę ogromne pieniądze.
- Jesteśmy głęboko zasmuceni tym, co się dzisiaj wydarzyło - przekazał niemieckim mediom rzecznik Tesli André Thierig. Ozacował, że przestoje w produkcji związane z atakiem oznaczają dla firmy "dziewięciocyfrowe straty". Przewiduje, że zakład wznowi pracę w ciągu kilku najbliższych dni, ale pewności co do tego nie ma. Nie chciał też oceniać, czy atak będzie miał wpływ na przyszłość fabryki.
Może za to wpłynąć na przyszłość aktywistów. Ich "manifest" zdenerwował niemieckie władze. Minister gospodarki Brandenburgii (w tym landzie znajduje się fabryka) Joerg Steinbach powiedział, że atak przekroczył kilka czerwonych linii i miał znamiona ataku terrorystycznego. Zwłaszcza że dotknął nie tylko fabryki, ale odczuli go mieszkańcy całego regionu i okoliczne firmy w tym spożywcze. - Może to oznaczać koniec tolerancji - powiedział.
Minister spraw wewnętrznych Brandenburgii Michael Stübgen (CDU) zagroził z kolei sprawcom surowymi karami. - To przestępcy, którzy godzą się na to, że w wyniku ich ataków ludzie zostaną skrzywdzeni lub zabici. To są przestępcy i będziemy ich ścigać wszelkimi możliwymi środkami, jakie zapewnia nasze państwo - zapewniał cytowany przez rbb24.de.
Vulkangruppe miała już na koncie motywowane politycznie podpalenia w Niemczech. W maju 2021 roku podpalono zasilacz przy budowie fabryki Tesli, a w 2020 roku Instytut Heinricha Hertza w Berlinie, który bada tematykę infrastruktury cyfrowej. O grupie wiadomo niewiele, choć niemieckie media spekulują, że powstała w 2011 roku. Berliński Urząd Ochrony Konstytucji zalicza Vulkangruppe do spektrum anarchistycznego, uzasadniając, że celem grupy jest zakłócanie porządku publicznego. "W ten sposób ma zostać zakłócone funkcjonowanie 'codziennego życia kapitalistycznego'" - podaje, cytowany przez rbb24.de. Nie wiadomo, ilu członków liczy grupa. Pozostają oni także - jak dotąd - anonimowi.