Objechał Polskę rowerem elektrycznym. Czy mogą zastąpić samochody? "To już się dzieje!"

- Bałem się zbudowania zbyt wielkich oczekiwań. Wśród osób podróżujących na rowerach jest takie przekonanie, że jak lubisz naturę, ciszę i spokój, to "tylko" wschodnia Polska - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Mateusz Waligóra. Podróżnik pokonał 3500 kilometrów wzdłuż granic Polski rowerem elektrycznym. Opowiada też o zaskoczeniu tym, jak "elektryki" skrajnie polaryzują środowisko rowerowe i czy mogą zastąpić samochody.
Mateusz Waligóra w czasie podróży rowerem elektrycznym dookoła Polski
Fot. Materiały prasowe / Karolina Krasinska

Co widać z siodełka roweru, gdy objeżdżasz Polskę dookoła?

Mateusz Waligóra: Po pierwsze ogromną różnorodność. Zaczynałem od Pustyni Błędowskiej, później góry, wschód Polski, gdzie nie podróżowałem wcześniej prawie wcale, rzeki, wybrzeże i morze. Odkrywałem wyjątkowe miejsca, do których na pewno będę chciał wrócić.

Zobacz wideo Miasto dla ludzi czy dla samochodów?!

Co robiło wyjątkowe wrażenie?

Pogórze przemyskie, miejsce planowanego Turnickiego Parku Narodowego. Te polany, otwarte przestrzenie. Tam na pewno chcę pojechać kolejny raz. A przyznam, że przed wyprawą miałem pewne obawy wobec tej części Polski.

Obawy? Dlaczego?

Dwa powody: po pierwsze bałem się zbudowania zbyt wielkich oczekiwań. W Polsce wśród osób podróżujących na rowerach jest takie przekonanie, że jak lubisz naturę, ciszę i spokój, to "tylko" wschodnia Polska, Podlasie, puszcze, pola. A często bywa, że jak wizerunek czy wręcz mit jakiegoś miejsca jest pompowany, można się później nim rozczarować. Ja starałem się te oczekiwania hamować.

I jaki był efekt?

Wróciłem oczarowany.

A druga obawa?

Ta dotyczyła sytuacji na wschodniej granicy, tego, co zobaczę, czy samo kręcenie się tam rowerem nie przysporzy mi kłopotów. Regularnie widywałem patrole wojska, straży granicznej. Ale przy pierwszym spotkaniu funkcjonariusze Straży Granicznej mówili, że nie powinno być problemów, ostatecznie tylko raz zostałem wylegitymowany, gdy zajechałem nad sam Bug - którego swoją drogą nigdy wcześniej nie widziałem. 

Granica, migranci, to był też jeden z głównych temat rozmów z napotkanymi ludźmi. Dużo było historii o tym, że ktoś słyszał o przechodzeniu migrantów w tym czy innym miejscu. Ale na pytanie, czy samemu to widzieli - nikt nigdy nie odpowiedział twierdząco. Nie było też mowy o strachu ani obawach. Ten temat, który w mediach jest pełen grozy, tam nie robił większego wrażenia, był czymś codziennym.

Część twojej podróży prowadziła wzdłuż Odry - niedługo po powodzi na południu. To wpłynęło na twoją podróż?

To był bardzo dziwny czas, bo na północnym wschodzie Polski panowała susza, a w tym samym momencie na drugim krańcu powódź zatapiała ludziom domy. I to też był ważny temat rozmów. Tam, gdzie byłem, ziemia była zbyt twarda, żeby rolnicy wyjechali na pole, a na południu zalewało miasta. Ogromny kontrast.

Był to też krytyczny moment mojej podróży, gdy ja byłem na Podlasiu i zastanawiałem się, czy nie przerwać jej - bo moi rodzice mieszkają w Nysie, gdzie powódź wprowadziła kompletny chaos. Na szczęście udało się ich ewakuować, a ostatecznie ich ulica była jedną z nielicznych w całej okolicy, której nie zalało. 

Czy po wyprawach na biegun, Everest i pustynię Gobi jest jeszcze miejsce do zaskoczeń na Podlasiu albo Pomorzu?

Zaskoczeniem, a może czymś, co za każdym razem odkrywam ponownie przy samotnej podróży, jest otwartość ludzi. Nawet w dwie osoby już jest się grupą, ale kiedy podróżujesz sam, ludzie chętnie nawiązują rozmowę. Doskonale pamiętam na przykład pana Staszka, który stał przy drodze i tylko kątem oka zauważyłem, że macha do mnie. Gdy zawróciłem, żeby z nim porozmawiać, był wzruszony. Mówił, że tylu rowerzystów tam jeździ, a nikt nie chce mu się zatrzymać. Mam wrażenie, że gdy spotykamy się i rozmawiamy twarzą w twarz, to jesteśmy dla siebie dobrzy, ciekawi siebie. 

Ale miałeś też sporo interakcji nie twarzą w twarz, a w Internecie - relacjonując swoją podróż. I tam chyba było różnie?

Nie zdawałem sobie sprawy, że rower elektryczny tak polaryzuje ludzi, że ten podział w środowisku rowerzystów jest tak skrajny. Reakcje przeciwników rowerów elektrycznych były natychmiastowe i nie pozostawiały żadnego pola do dyskusji. Kiedy chciałem o coś zapytać na facebookowych grupach rowerowych, to na hasło "elektryk" zaraz pojawiały się komentarze: to nie jest prawdziwy rower, spadaj na grupę dla użytkowników hulajnóg, nie nazywaj się rowerzystą. 

Ale takie osoby patrzą na innych tylko ze swojej perspektywy. Bo ktoś "ma 55 lat i jeździ bez wspomagania, to na pewno ty też możesz". Świetnie, że oni mają kondycję i zdrowie do pokonania długich tras, ale każdy jest inny. Przydałoby nam się trochę więcej empatii.

A twoim zdaniem rower elektryczny zdał egzamin?

Myślę, że jest jeszcze trzecia grupa i ja się do niej zaliczam, czyli osoby może trochę sceptyczne, ale otwarte na próby i doświadczenia.

Ta wyprawa była przecieraniem szlaków. Przed ruszeniem w drogę nie znalazłem informacji o nikim, kto przejechałby Polskę dookoła rowerem elektrycznym. Później trafiłem na jedną taką osobę, ale ona jechała w nieco inny sposób - z asystą.

Uważam, że rower elektryczny z powodzeniem sprawdza się w mieście, zastępując samochód, ale chciałem zobaczyć, jak da sobie radę na długiej wyprawie. Zauważyłem braki nie tyle dotyczące samego roweru, ile infrastruktury dla niego. Bo na przykład na stacjach benzynowych - także firm tak wiele mówiących o zielonej transformacji i elektromobilności - nie ma na zewnątrz gniazdek do podładowania roweru. I nie chodzi nawet o specjalną ładowarkę jak do samochodu, tylko zwykłe gniazdko - takie samo jak do podłączenia czajnika, czy telefonu.

Skąd twoim zdaniem może się brać taka polaryzacja wokół - jakby nie patrzeć - środka transportu?

Co ciekawe nie jest to nowość, bo kontrowersje towarzyszyły rowerom od początku. Pierwsze rowery były nazywane "szatańskim wynalazkiem". Później, gdy zaczęto je modyfikować i wprowadzono na przykład biegi, pojawili się puryści, którzy mówili, że z przerzutkami to "nie jest prawdziwy rower". Więc ci, którzy dziś w ten sam sposób mówią o elektrykach, kiedyś sami zostaliby wykluczeni, bo mają zmienne biegi. 

Rower miał też swoją rolę w emancypacji kobiet, a krytycy uważali wtedy, że sprowadza je "na złą drogę". Zaś feministki mówiły, że daje im wolność i niezależność, a nawet, że żaden z wynalazków ludzkości nie przyczynił się tak bardzo do emancypacji kobiet. 

Myślisz, że dziś rower elektryczny może dawać wolność tym, którzy z tych czy innych powodów nie mogą korzystać ze zwykłych rowerów?

To już się dzieje! Ja sam jestem tego przykładem. Gdybym mógł odbyć tę wyprawę na zwykłym rowerze, to tak bym zrobił. Ale prawda jest taka, że po wielu podróżach, które odbiły się na moim zdrowiu, z problemami z układem nerwowym i płucami - mógłbym sobie zaszkodzić. Zamiast odkryć Podkarpacie i Podlasie, wrócić nad Bałtyk i Odrę, zostałbym w domu.

Także mój ojciec wiele lat jeździł rowerem na co dzień, ale z wiekiem jego zdrowie i kondycja się pogorszyły. Wsiadł na rower elektryczny i znów jeździ, a ja widzę, że samochód coraz częściej stoi w garażu.

Czyli jest też aspekt ekologiczny.

Sam nie nazwałbym roweru elektrycznego "ekologicznym". Potrzebuje prądu, baterii. Wszystko zależy od perspektywy, od tego, do czego go porównamy. Czy jest bardziej ekologiczny od zwykłego roweru? No nie. Ale w porównaniu do samochodu - jak najbardziej.

...

Mateusz Waligóra okrążył Polskę wzdłuż granic w ramach wyprawy RE:CYCLING!. Podróżnik, który zdobył biegun południowy oraz dotarł na szczyt Mount Everestu z poziomu morza, od kilku lat przemierza Polskę i wytycza nowe szlaki nad Wisłą. Po serii wypraw pieszych, w 2024 roku pokonał 3500 km dookoła Polski na rowerze elektrycznym. A przy okazji podróży zwracał uwagę na problem elektroodpadów, starych baterii i nie tylko. Archiwalne relacje z wyprawy znajdziesz na Facebooku podróżnika oraz w Gazeta.pl.

Więcej o: