Francuska kopalnia grozi katastrofą milionom ludzi w Europie. "Bomba zegarowa"

Przemysł produkuje ogromne ilości toksycznych śmieci, z którymi nie wiadomo co zrobić. Francuskie składowisko tego typu odpadów grozi zanieczyszczeniem wody pitnej dla milionów ludzi w Europie.
odpady chemiczne
MunlikaD / Shutterstock

Tykająca bomba zegarowa w nieczynnej kopalni

Stocamine leży w mieście Wittelsheim we francuskiej Alzacji. Dawniej znajdowała się tu fabryka potażu będącego m.in. ważnym składnikiem nawozów. Obecnie jednak kopalnia pełni znacznie mniej chwalebną funkcję. Jest składowiskiem niebezpiecznych, wysoce toksycznych odpadów przemysłowych z innych części kraju. Problem w tym, że powyżej szybów kopalnianych znajduje się jedna z najważniejszych warstw wodonośnych w Europie, a ryzyko przedostania się groźnych substancji do wody pitnej jest bardzo wysokie.

Tysiące ton toksycznych śmieci w jednym miejscu

42 tysiące ton toksycznych śmieci, a nad nimi alzacka warstwa wodonośna, która zasila górny Ren, a więc jedną z najważniejszych rzek w Europie. Substancje, jakie wykryto w pozostawionych w nieczynnej kopalni resztkach, powiązano z masowym wymieraniem dzikich zwierząt i niszczeniem ekosystemów. Staną się także wielkim problemem dla milionów ludzi, jeśli skażą wodę. Warstwa wodonośna mieści się 5 metrów pod powierzchnią, a niżej ciągnie się stara kopalnia. Jej wielkość może robić wrażenie - to aż 125 km tuneli ciągnących się 500 metrów w dół. Od momentu jej zamknięcia, przez wiele lat różnego rodzaju firmy składowały tu pozostałości swojej działalności. Zgromadzony materiał zawiera takie trucizny jak arsen, cyjanek, rtęć i inne metale ciężkie, a może nawet nielegalne odpady (jak sugerują niektóre raporty). Niestety ich "wieczny" grób może się okazać tymczasowy.

Zobacz wideo Porzucili 68 tys. ton odpadów. Zostali zatrzymani

Katastrofa ekologiczna na wyciągnięcie ręki

Skały się przemieszczają, osuwają pod ciśnieniem sąsiednich kopalń i korodują pod wpływem upału. Ściany zapadają się w tempie 2 cm rocznie, ugina się sufit, a niektóre pojemniki z odpadami już teraz mogą być niedostępne. 17 czerwca sędzia podtrzymał rządową decyzję o tym, żeby pozostawić odpady w kopalni i zalać je betonem, co ma uniemożliwić wyciek. Osoby, które protestują przeciwko takiemu rozwiązaniu, nazywają to wprost "bombą zegarową dla przyszłych pokoleń". Ekolodzy uważają, że jest to lekkomyślne, bo nie wiadomo, jak w przyszłości będą zachowywać się skały. Protestujących czasem jest niewielu, pojawiają się jednak regularnie, podobnie jak Policja. - Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później woda, którą pijemy, zostanie nieodwracalnie zanieczyszczona - powiedział Yann Flory, który jest prawdziwym weteranem protestów - od 1989 roku zorganizował ponad 20 demonstracji.

Niepokojące prognozy na przyszłość

Badania wskazują, że przez kolejne 300 lat woda będzie stopniowo zalewać kopalnię. Jeden z pomysłów to uszczelnienie dołów, nie ma jednak pewności, że to wystarczy. Z kolei usunięcie odpadów kosztowałoby około 65 milionów euro. Organizacja Alsace Nature wniosła sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, stwierdzając, że pozostawienie toksycznych śmieci to zagrożenie dla zdrowia publicznego. Początkowo odpady miały być składowane tylko przez 30 lat. - Mieliśmy nadzieję, że składując odpady pod ziemią, znajdziemy rozwiązanie, które pozwoli nam przetwarzać te odpady i dzięki postępowi technologicznemu będziemy mogli je w taki czy inny sposób poddać recyklingowi. Ale prace nad tym nigdy nie ujrzały światła dziennego - stwierdził jeden z inicjatorów przedsięwzięcia i były górnik kopalni. W 2002 roku wybuchł trwający wiele dni pożar, którego skutkiem były chmury toksycznych oparów. - Musimy fundamentalnie zmienić sposób, w jaki radzimy sobie z odpadami. Nie możemy wyrzucać niebezpiecznych odpadów do środowiska – one i tak wrócą - podsumował Marcos Buser, jeden z geologów badających tę kwestię.

Czytaj też: Śnięte ryby w Odrze. Odkryto w niej groźnego wirusa. Apel do mieszkańców. Tym razem to nie złota alga

Źródło: Guardian

Więcej o: