Bytom do przeniesienia? "Zapadł się o 7 metrów w 10 lat". Niepokojące zjawisko na Śląsku

Eryk Kielak
Bytom to miasto, które od kilku lat każdy rok kończy położone nieco niżej, niż w roku poprzednim. W perspektywie dekady mówimy o obniżeniu terenu nawet o kilka metrów. Taki sam problem ma szwedzka Kiruna, którą zdecydowano się "przenieść". Czy śląskie miasto czeka ten sam scenariusz?
Bytom (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Czternaście lat temu mieszkańcy dzielnicy Karb w Bytomiu przeżyli prawdopodobnie najgorsze lato swojego życia. W kilka dni ponad pół tysiąca osób musiało przymusowo opuścić swoje domy i zamieszkać w hotelach tymczasowych. Ich mieszkania przy ulicach Pocztowej i Technicznej groziły zawaleniem: ściany się rozchodziły, a fundamenty pękały. Pod dzielnicą węgiel wydobywała kopalnia Bobrek, do dzisiaj ostatnia czynna w tym górniczym mieście. Był to jeden z czynników, który doprowadził do zapadania się dzielnicy (o 18 metrów w 46 lat) i zniszczenia budynków. Dziś w miejscu tamtego blokowiska rosną kwiaty, ale problem z zapadaniem się Bytomia nie zniknął.

Zobacz wideo Transformacja energetyczna musi przejść bezpiecznie także dla ludzi

Bytom się zapada. O co chodzi?

- Na pograniczu dzielnic Miechowice i Karb, przede wszystkim tam, gdzie działalność prowadzi jeszcze funkcjonująca w mieście kopalnia, między 2011 r. a 2021 r. doszło do dosyć dużych osiadań, jak na tak krótki okres, bo maksymalnie o około 7 metrów - relacjonuje nam dr Maksymilian Solarski z Uniwersytetu Śląskiego, który przygląda się zapadaniu Bytomia. Dwa lata temu opublikował badanie dotyczące rzeźby terenu na obszarze Bytomia w okresie 1883-2011. Wynika z niego, że w tym okresie powierzchnia miasta obniżyła się średnio o 5,5 metra. Miejscami mówimy jednak o obniżeniu o nawet o 35 metrów. Co więcej, niemal 68 proc. powierzchni obszarów zabudowanych było objętych osiadaniami gruntów. 

Mamy do czynienia z dosyć dużym osiadaniem jak na tak krótki okres czasu, bo mówimy tutaj o zaledwie 10 latach. To zjawisko jest dość dynamiczne

- mówi. 

Osiadanie Bytomia to w dużej mierze wynik prowadzonej tam eksploatacji górniczej. A właściwie metody tzw. zawału stropu. Polega ona na tym, że po przejściu tzw. frontu eksploatacyjnego kopalnia nie wypełnia pustek po wyrobiskach żadnym materiałem. W przeszłości stałą praktyką było to, że tłoczono tam mieszaninę piasku i wody, ale obecnie z tego zrezygnowano ze względy na wysokie koszty. - Gdyby jednak te pustki były wypełniane, osiadania byłyby zdecydowanie mniejsze. Cały wybrany materiał, czyli węgiel i skały po jego usunięciu pozostawia za sobą puste przestrzenie. Brak ich wypełnienia prowadzi do zapadania się górotworu i osiadania terenu - wyjaśnia nam dr Maksymilian Solarski. Wśród Bytomian mówi się, że po prostu bardziej opłacalne jest wypłacenie odszkodowań po ewentualnych zniszczeniach.

Bytom płaci cenę za lata eksploatacji?

Nie należy jednak zrzucać całej odpowiedzialności na jedną kopalnię, która obecnie działa w Bytomiu. Ten proces trwa od wielu lat. W latach pięćdziesiątych XX wieku w okręgu bytomskim znajdowało się 16 kopalń. Pod Bytomiem znajdowały się bowiem bardzo bogate złoża węgla kamiennego. Wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem głębokiej eksploatacji węgla, wydobywano tu także rudy cynku i ołowiu. Robiono to tzw. metodami płytkimi. Te wyrobiska sięgają często czasów średniowiecza. Mamy więc do czynienia z nakładaniem się kilku epok działalności górniczej: współczesnej eksploatacji, eksploatacji głębinowej z XX wieku oraz z pozostałościami po dawnym, płytkim górnictwie rudnym.

- W wielu przypadkach nie znamy dokładnego przebiegu dawnych wyrobisk, które potrafią się po latach uaktywnić i może dojść do osiadania lub nawet zapadania się gruntu. W rejonie bytomskiej starówki to zjawisko jest szczególnie widoczne. Sam proces nie jest może unikalny, ale problem w tym, że Bytom jest jednym z najbardziej zniszczonych przez eksploatację górniczą miast w Polsce - tłumaczy naukowiec z Uniwersytetu Śląskiego. - Stało się ono w pewnym sensie zakładnikiem swojej dawnej potęgi gospodarczej. Funkcjonowało tu wiele kopalń, które przyczyniły się do jego rozwoju, ale jednocześnie doprowadziły do degradacji tkanki miejskiej. I to nie tylko na obrzeżach czy terenach niezabudowanych, ale również w samym centrum - dodaje.

Żadne miasto w Polsce nie zostało aż tak zniszczone jak Bytom. Wynika to przede wszystkim ze specyfiki tego miejsca. Złoża węgla były zlokalizowane bezpośrednio pod starym miastem, a nie, jak w przypadku innych ośrodków, na obrzeżach

- podkreśla ekspert. 

Bytom chcąc nie chcąc stał się przez to jednym z najbardziej wyraźnych przykładów osiadania i degradacji miasta wskutek górnictwa węgla kamiennego. Warto w tym miejscu rozróżnić osiadanie i zapadanie. W największym uproszczeniu: osiadanie to stopniowe, powolne obniżanie się terenu, natomiast zapadanie się to gwałtowne, nieprzewidywalne zawalenie się gruntu. W kontekście Bytomia mówimy, więc bardziej o osiadaniu. - Zachodzi stosunkowo powoli. W tempie kilku milimetrów do kilku centymetrów rocznie. Choć mogą się też lokalnie pojawić zapadliska, to są one rzadkie i mają charakter punktowy. Sama dynamika osiadania sprawia, że ten proces nie jest aż tak spektakularny ani gwałtowny, ale wciąż może być groźny szczególnie dla konstrukcji budynków - przestrzega dr Maksymilian Solarski.

Z podobnym problemem mierzy się szwedzka Kiruna. To miasto, gdzie znajduje największa kopalnia rudy żelaza na świecie. Prowadzona od 1900 r. eksploatacja doprowadziła do obniżenia gruntu, co zaczęło zagrażać mieszkańcom i tamtejszemu budownictwu. Szwedzi wymyślili więc, by całe miasto przenieść. I to nie żart. Prowadzona tam jest największa akcja relokacyjna na świecie. Tysiące mieszkańców będzie zmuszone porzucić swoje domy, które zostaną wyburzone. W zamian mogą otrzymać odszkodowanie lub przyjąć nieruchomość w innej części miasta. Proces ma się zakończyć w 2035 r. Czy podobny scenariusz grozi Bytomowi?

W obecnej sytuacji to raczej bezcelowe. Myślano o tym w pierwszej połowie XX wieku, kiedy perspektywy rozwoju górnictwa pod miastem dopiero się rysowały. W pewien sposób Kiruna może być porównywana do Bytomia. Jednakże skala tych miast jest nieporównywalna. W Kirunie mieszka około 20 tysięcy ludzi, w Bytomiu około 150 tysięcy. Wiec byłoby to nieporównywalnie większe wyzwanie, ale szczęśliwie nie ma takiej potrzeby

- wyjaśnia nam doktor nauk o Ziemi.

Miasto ma sytuację pod kontrolą

Bytom chce za wszelką ceną zapobiec takiemu scenariuszowi. Łukasz Respondek, rzecznik prasowy miasta tłumaczy nam, że prowadzone są "kontrole obniżenia się terenu w Bytomiu". Jest to monitorowane przez przedsiębiorców górniczych w granicach terenu górniczego danego zakładu. Sprawozdania z pomiarów i ich interpretacje są przekazywane miastu w ramach zespołu porozumiewawczego zwoływanego przez dyrektora Okręgowego Urzędu Górniczego dwa razy w ciągu roku. - Obniżenia terenu górniczego po zakończeniu eksploatacji są prowadzone do ich całkowitego wygaszenia, tj. od dwóch do sześciu lat w zależności od intensywności eksploatacji w danym rejonie oraz rodzaju eksploatacji (zawał lub podsadzka) - mówi nam przedstawiciel miasta.

- Wciąż mogą się pojawiać osiadania i zapadliska, nawet kilkadziesiąt lat po zakończeniu eksploatacji. W Stanach Zjednoczonych opisywane są takie przypadki. Zazwyczaj jednak mają one charakter bardzo lokalny. Więc nie wykluczam, że w niektórych częściach Bytomia mogą się jeszcze pojawić osiadania gruntu czy uszkodzenia konstrukcji budynków. Natomiast scenariusz, w którym całe miasto by się zapadło, jest nierealny i bardzo mało prawdopodobny - uspokaja dr Maksymilian Solarski. - Dziś funkcjonuje już tylko jedna kopalnia, więc proces ten dotyczy głównie tych terenów, gdzie eksploatacja wciąż jest prowadzona i gdzie pojawiają się efekty bezpośrednio po przejściu tzw. frontu eksploatacyjnego. Zazwyczaj po kilku dniach lub miesiącach teren zaczyna osiadać - dodaje.

Uszkodzenia, które występują obecnie, dotykają zwłaszcza starszych kamienic - głównie 100-letnich. Ich stan techniczny jest znacznie słabszy niż na początku XX wieku, gdy były budowane. Największe ryzyko dotyczy oczywiście rejonów, w których nadal prowadzona jest eksploatacja (np. Stare Miechowiece i dzielnica Karb). W pozostałych rejonach ewentualne szkody mogą się pojawić, jeśli dojdzie do silnego wstrząsu. Wtedy mogą pękać ściany.

Często też można zobaczyć stare kamienice podparte stemplami. To działanie ratunkowe, które ma na celu umożliwienie przetrwania budynku jeszcze przez kilka tygodni czy miesięcy, zanim zostanie wyburzony. Najwięcej takich wyburzeń w ostatnim czasie miało miejsce właśnie na pograniczu Miechowic i Karbia. Wcześniej stopniowo wyburzono całą północną część miasta tzw. Dąbrowę Miejską. Budynki tam po prostu nie nadawały się do dalszego użytkowania. Groziły zawaleniem i stanowiły zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców.

Co z tym może zrobić miasto? Z tego co nam przekazano - niewiele. - Jeżeli eksploatacja górnicza podziemna jest prowadzona na podstawie udzielonej koncesji, to władze miasta mogą jedynie negatywnie opiniować przedłożone plany eksploatacji i zgłaszać szkody wyrządzane ruchem podziemnego zakładu górniczego. I takie opinie nasz Urząd Miejski w tej sprawie oczywiście wydawał - wyjaśnia Łukasz Respondek. Włodarze mają jednak większy problem, niż zapaść terenu - to zapaść demograficzna.

Bytom kurczy się w oczach (także demograficznie)

Bytom należy do najszybciej wyludniających się miast w regionie. Jeszcze w 1987 r. według danych GUS miał 239 800 mieszkańców (w granicach miasta był wtedy także Radzionków). Na początku XXI w. liczba mieszkańców nadal przekraczała 200 tys. Tymczasem na koniec 2024 r. w mieście miało mieszkać 128 830 osób (choć inne szacunki mówią o 140 tys.). Oznacza to spadek o ponad 60 tys. mieszkańców w 25 lat. - Podobne jak inne duże i średnie miasta zmaga się ze zjawiskiem depopulacji, na co dodatkowy wpływ ma też poprzemysłowy charakter naszego miasta - przyznaje Łukasz Respondek. Zmiany społeczno-gospodarcze za główny powód odpływu mieszkańców z Bytomia wskazał także dr Maksymilian Solarski. 

Z potężnego ośrodka miejskiego Bytom zmienił się w miasto coraz bardziej marginalizowane - i to jest równie bolesne, jak fizyczna degradacja terenu

- przyznaje.

- Jesteśmy przekonani, że Bytom najgorsze ma już za sobą i że w zakresie jego wizerunku i zewnętrznego odbioru udało się w ostatnich latach zrobić naprawdę dużo - dodaje.

Włodarze robią co mogą, by odwrócić ten trend. Kilka lat temu prowadzono kampanię promocyjną Bytomia - "Zamieszkaj w wielkim stylu". Mieszkańców do Bytomia przyciągać mają ceny nieruchomości, ale też stylowa architektura i dogodne położenie. - Staramy się też stale podnosić jakość naszych usług publicznych: modernizujemy placówki oświatowe, rozbudowujemy bazę rekreacyjno- sportową, remontujemy mieszkania i kamienice. Nadal sporo ludzi chce w Bytomiu zostać i się tu osiedlić. Widzimy to też po kolejkach osób oczekujących na miejskie lokale. Właśnie dlatego w ostatnich latach wyremontowaliśmy 55 budynków z zasobu miasta. Po otrzymaniu obiecanego rządowego wsparcia chcemy wyremontować drugie tyle. To z pewnością bardzo korzystnie wpłynie na wizerunek Bytomia i w jakimś stopniu wyhamuje tendencje migracyjne - mówi nam Łukasz Respondek.

- W Bytomiu widać sporą zmianę. Również tę społeczną. Stało się to właśnie dzięki nowym mieszkańcom, którzy uwierzyli, że na miejsce do życia można spojrzeć w sposób niestereotypowy. To ludzie zafascynowani Bytomiem. To oni są jego najlepszymi ambasadorami - dodaje rzecznik.

Eryk Kielak
Więcej o: