Kierowcy biją się o grosze. A Uber rośnie

Smutne jest o zdarzyło się w weekendową noc w Warszawie. Najwięcej na incydencie z cuchnącą cieszą stracili zarabiający niewiele kierowcy, a zyska zapewne i tak już wielka, szybko rosnąca, korporacja.

Na incydent z cuchnącą cieczą w roli głównej warto popatrzeć z nieco szerszej perspektywy. Uber to dużo więcej niż amerykańska spółka, która wymyśliła aplikację, dzięki której miliony osób na świecie mogą taniej podróżować po mieście samochodami przypominającymi zwykłe taksówki. To ikona nowego, wykluwającego się właśnie świata – ekonomii współdzielenia, określanej ostatnio jeszcze nowszym angielskim terminem „access economy”.

Jej istotą jest wynajmowanie a nie kupowanie. I dotyczy to zarówno relacji firmy z jej klientami, jak i z jej pracownikami. W firmach w rodzaju Ubera preferuje się więc np. samozatrudnienie, a nie umowy o pracę i korzysta się z zewnętrznych zasobów, a nie rozbudowuje się własne. W Uberze więc sami kierowcy dbają, by być ubezpieczeni w ZUS i jeszcze wchodzą w nowy biznes z własnym samochodem. Uber daje im markę i wyrafinową aplikację – dzięki temu klienci płyną do nich, jeżeli nie szerokim strumieniem, to przynajmniej w takiej ilości, że właścicielom aut chce się w ten sposób zarabiać na życie.

Przychody Ubera liczone w miliardach dolarów

Za tę markę i dostęp do aplikacji firma kasuje swoich partnerów w biznesie prowizją wysokości 1/5 ceny każdego kursu. Dzięki temu przychody Ubera są gigantyczne – choć spółka ich nie ujawnia, to np. Fortune szacuje, że po wypłacie 80 proc. ceny kursów kierowców, sięgają one już 2 mld dol. rocznie!

To też tłumaczy dlaczego Uber jest ulubieńcem instytucji finansowych i wielkich firm. W spółkę zainwestował między innymi Goldman Sachs, Google oraz znane amerykańskie firmy inwestycyjne BlackRock i Wellington Management Company. Uber to teraz potężna spółka mająca jeszcze potężniejszych sojuszników.

Czym Uber różni się od zwykłej korporacji

Tradycyjny taksówkarz w Polsce też w końcu zwykle musi sam płacić ZUS i wpłacać stałą opłatę do korporacji wysokości co najmniej około 500 złotych – dzięki tej opłacie Pani, co odbiera od klientów zamówienia wysyła do nich kierowcę zarejestrowanego w korporacji.

Opłata taksówkarza na rzecz tradycyjnej korporacji jest stała, a nie procentowa jak w Uberze. Jeżeli jeździ dużo, zarobi więcej niż w Uberze, jeżeli mało będzie w plecy – zysk zjedzą mu opłaty na ZUS i dla korporacji.

System procentowego naliczania opłat przez Ubera zachęca kierowców między innymi do tego, by pracę w Uberze traktować jako dodatek, ekstra pracę wykonywaną w wolnej chwili. To też powoduje, że kierowcy Ubera akceptują bez większych zastrzeżeń niskie stawki za kurs – w końcu oczekiwania wobec dodatkowej pracy mamy inne niż w wypadku pracy podstawowej.

Kierowcy Ubera akceptują dodatkowo niskie stawki, ponieważ zwykle nie brakuje im klientów – ci są skuteczni kuszeni niskimi cenami przejazdów. Wierzą też w to, że w każdej chwili mogą wsiąść w samochód i jeszcze więcej zarobić. W końcu od każdej złotówki Uber zabierze tylko 20 proc

Nie ma darmowych obiadów

Na pierwszy rzut oka pomysł Ubera niesie wiele korzyści. Klienci mają tańsze przejazdy, zainteresowani pracą mogą zarobić. W szerszym ujęciu jednak Uber to nie jest samo dobro.

Nie oszukujmy się – amerykańska korporacja nie oferuje kierowcom rewelacyjnych warunków pracy. Bez etatu i ze stawkami poniżej średnich cen rynkowych. Majątku na tym się raczej zrobić nie da – może gdyby jeździć non-stop, ale to niewielu wytrzyma. W sumie to fajna może oferta dla tych, co chcą dorobić, ale niekoniecznie nie dla tych, co chcą z tego żyć.

Uber, agresywną polityką cenową, zmienia przy tym cały rynek transportu miejskiego w miastach, w których działa. Te by przetrwać, również obniżają ceny. W konsekwencji cały sektor rynku zaczyna oferować wyłącznie nisko płatne miejsca pracy.

To całkowicie normalne więc, że zwykli taksówkarze się denerwują. Ich zawód umiera. Zarobki spadają. Każdy na ich miejscu, by się denerwował Choć oczywiście nie każdy wylewałby przy tym cuchnącą ciecz na samochód konkurenta.


Tekst pochodzi z blogu "Subiektywnie o giełdzie i gospodarce"