Firmy coraz bardziej zdesperowane w poszukiwaniu pracowników. Amazon płaci w Polsce 1200 zł za samo polecenie osoby do pracy

Rekordowo niskie bezrobocie i niska aktywność zawodowa Polaków sprawia, że przedsiębiorstwa mają coraz większy problem ze znalezieniem pracowników. Amazon płaci za polecenie osoby do pracy, inne firmy też mają swoje sposoby.

Na polskim rynku pracy sytuacja jest coraz trudniejsza dla pracodawców, gdyż dochodzimy do sytuacji, w której ci, którzy chcą pracować pracę już mają. Świadczy o tym niskie bezrobocie, oraz… malejący poziom aktywności zawodowej Polaków.

Czytaj więcej: Maleje liczba aktywnych zawodowo Polaków. W grupie wiekowej 15+ pracuje zaledwie co druga osoba

Nic więc dziwnego, że firmy szukają nowych sposobów na to, by zaspokoić swój popyt na ręce do pracy. Amerykański gigant e-handlu, Amazon sięgnął po całkiem sporą finansową marchewkę – każdemu pracownikowi, który poleci kogoś do pracy wypłaci 1200 złotych brutto. Oczywiście, są warunki – osoba polecona musi przepracować minimum 14 tygodni (lub 10 tygodni) i mieć 90 procentową obecność. Te warunki mogą być jednak trudne do spełnienia, gdyż Amazon znany jest z bardzo wysokich wymagań dotyczących wydajności. Rekrutację na tych zasadach prowadzą centra logistyczne Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem, we Wrocławiu, Poznaniu i Sosnowcu. Pracownicy Amazona muszą się jednak śpieszyć z polecaniem – ta „promocja” obowiązuje do końca sierpnia.

Wypłacanie pracownikom nagrody za polecenie nie jest niczym nowym. Taką metodę rekrutacji „po znajomości” stosuje lub stosowało wiele firm. Według  serwisu Bankier.pl najwięcej za polecenie nowego pracownika może dostać osoba pracująca w Luxsofcie, gdzie można liczyć nawet na 10 tysięcy złotych. Metodę rekrutacji zwaną „employeereferall” stosują najczęściej spore firmy i zazwyczaj dotyczyła ona stanowisk specjalistycznych. Nie jest to jednak jedyna metoda radzenia sobie z deficytem chętnych do pracy.

Czytaj więcej: Znaczny spadek liczby pracowników tymczasowych. Firmy coraz częściej oferują im etaty

Sieci detaliczne kuszą brakiem okresu próbnego i nie tylko

Z brakiem chętnych do pracy borykają się giganci handlu detalicznego. Kuszą pracowników nie tylko coraz lepszymi wynagrodzeniami (dochodzącymi przy odpowiednim stażu do ponad 4 tys. brutto), ale także coraz łatwiejszym „wejściem” w pracę. W Biedronce, Netto czy w Lidlu standardem są już umowy bez okresu próbnego. Przypomnijmy – okres próbny, to przewidywana kodeksem pracy forma umowy pozwalająca pracodawcy sprawdzić pracownika, a pracownikowi pracodawcę. Obecnie detaliści są tak zdesperowani, że z tej możliwości rezygnują, ryzykując choćby dłuższymi okresami wypowiedzenia.

Ponieważ te sposoby nie zawsze wystarczają, sieci kuszą też częściami etatu, przedstawiając jako swoją zaletę to, co przez lata było powodem do narzekań ze strony pracowników. Lidl teraz przedstawia się, jako firma, w której można dorobić.

W podobny  sposób szuka pracowników Tesco, które nie mogąc oferować takich stawek, jak Biedronka czy Lidl, reklamuje się jako miejsce, w którym można znaleźć „dodatkowy dochód”.

Rafał Masny: Przez trzy lata na pensje przeznaczaliśmy 15 proc. zysków, reszta szła na inwestycje [NEXT TIME]

Więcej o: