Będzie "mini dobrowolny lockdown"? Strach jest kluczowy. A co z PKB? "Miało być lepiej, a nie jest"

Maria Mazurek
Gwałtowny przyrost zakażeń, rekord zgonów - tempo rozwoju jesiennej fali epidemii koronawirusa w Polsce jest porażające. Ponad 100 powiatów ma stać się żółtą lub czerwoną strefą koronawirusową. To około jedna trzecia wszystkich powiatów w kraju. Pełnego lockdownu nie ma, ale to, co dzieje się obecnie, i tak wpłynie na gospodarkę. - Miało być lepiej, a nie jest, dodatkowo ludzie widzą, że ich wynagrodzenia rosną wolniej i perspektywa podwyżek też jest niezbyt duża, bo firmy oszczędzają - zauważa Marcin Mazurek z mBanku. Kluczem jest strach - którego odrobina w walce z powstrzymaniem pandemii się przysłuży, ale będzie to też mieć swoją cenę.
Zobacz wideo Prof. Anna Boroń-Kaczmarska: Nowych szpitali na szybko się nie wybuduje

Miało być już lepiej - i nie jest. Gospodarka odbijała, prognozy szły w górę, zakażenia na poziomie kilkuset w skali kraju. Oczywiście, eksperci spodziewali się drugiej fali zakażeń, ekonomiści także ją zakładali. Tyle że to, co obserwujemy w ostatnich dniach, wygląda dość przerażająco.

Koronawirus gwałtownie przyspiesza. Co z gospodarką? 

Zaledwie w poniedziałek przekroczyliśmy pułap 2000 nowych potwierdzonych przypadków zakażeń - dokładnie 2006, we wtorek było ich już 2236, w środę już 3003, a dziś, w czwartek, potężny skok do 4280. Co za tym idzie, rośnie liczba hospitalizowanych osób, zajętych respiratorów i zgonów chorych na COVID-19. 

Jak na razie rząd zakłada - w znowelizowanej właśnie przez Sejm ustawie budżetowej na ten rok - że PKB skurczy się o 4,6 proc. (wcześniej, przed pandemią, zakładano 3,7 proc. wzrostu w tym roku). Rząd jest ostrożny, prognozy ekonomistów z banków komercyjnych bardziej optymistyczne - oscylują wokół 3 proc. spadku.

Jednak jesienna fala koronawirusa w Polsce (i nie tylko) jest znacznie poważniejsza niż ta z wiosny i lata, a pandemia niesie ze sobą tyle niewiadomych, że można zacząć zadawać pytanie: co jeśli? Co jeśli tempo wzrostu zakażeń, a w szczególności hospitalizacji, nie będzie w najbliższym czasie spadać albo, co gorsza, przyspieszy? Jak to wpłynie na gospodarkę i tak pogrążoną w głębokim kryzysie? Czy prognozy trzeba będzie znów zmieniać? 

- Trudno się łudzić, że to, co się teraz dzieje, nie będzie miało żadnego wpływu na aktywność gospodarczą. Czyli w czwartym kwartale zapewne będzie albo płasko kwartał do kwartału, albo nawet zobaczymy niewielki spadek PKB w tym ujęciu. Jak na razie wciąż czujemy się z naszą prognozą dość komfortowo - mówi Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku. Jego zespół zrewidował swoją prognozę spadku PKB w tym roku do 3,1 proc. z 4,2 proc. 

Podobnie uważa główny ekonomista Pekao SA. - Rewizje prognoz wynikały z tego, co działo się w trzecim kwartale. W lecie zobaczyliśmy bardzo silne odbicie po drugim kwartale, który zresztą był trochę lepszy, niż zakładano. My naszą prognozę - czyli spadek PKB o 2,4 proc. w tym roku - podtrzymujemy. W samym czwartym kwartale gospodarka jednak się cofnie, rok do roku spadek PKB naszym zdaniem wyniesie 2 proc., a z tego, co widać teraz, ryzyka dla tego kwartału są w dół - mówi Ernest Pytlarczyk. - Przede wszystkim efekty tarcz antykryzysowych materializowały się w drugim i trzecim kwartale, teraz już wygasają. W kolejnych miesiącach oczekujemy jednak pogorszenia sytuacji na rynku pracy, choć na tle europejskim polski rynek pracy odznacza się pozytywnie - wyjaśnia. 

embed

O prognozach dotyczących PKB Polski pisaliśmy więcej tutaj: Jak mocno tąpnie PKB Polski? Wysyp optymistów i jeden zatrwożony rodzynek [WYKRES DNIA]

10 milionów Polaków w koronawirusowych strefach

Do tego dochodzi jeszcze kwestia obostrzeń. W Polsce mamy 314 powiatów (a także w ramach gmin 66 miast na prawach powiatu). Od czwartku ponad 100 z nich ma według zapowiedzi trafić do jednej z dwóch stref, które odzwierciedlają skalę zakażeń koronawirusem: żółtej lub czerwonej. Wśród nich są duże miasta, w tym jedne z największych w Polsce (na czele z Warszawą), gęsto zamieszkane. To znaczy, że restrykcjami (niezbyt drastycznymi wprawdzie) objęty został istotny odsetek ludności Polski - to aż około 10 milionów osób. To musi wpłynąć - i wpłynie - na gospodarkę. 

Według ekonomistów same ograniczenia, które obecnie wprowadza rząd w różnych strefach, mogą być wprawdzie postrzegane przez obywateli jako uciążliwe, ale bezpośrednio nie wpływają istotnie na PKB, wydatki firm i konsumentów. To nie oficjalne restrykcje teraz będą kluczowe. I także tutaj eksperci są zgodni. 

Bardzo dużo zależy od tego, jak ludzie zareagują na wzrost zakażeń, czy się przestraszą. Ja myślę, że się przestraszą. Aktywność "pod dachami" będzie mniejsza. Widzimy już lekki spadek w danych o wydatkach za ostatnie dwa tygodnie. Może to wynikać z tego, że pogoda się zmieniła, jest zimniej, w ogródkach trudniej przebywać, a ludzie być może mają opory, żeby jeść wewnątrz restauracji

- zauważa Ernest Pytlarczyk. 

Podobne obserwacje ma główny ekonomista mBanku.

Już w ostatnich danych GUS o koniunkturze widać było, że ten optymizm zaczynał się psuć i można śmiało zakładać, że on się popsuje jeszcze bardziej: wyczerpały się te wszelkie dodatki, które konsumenci mogli dostawać, a do tego, wraz ze wzrostem zakażeń wraca niepewność. Miało być lepiej, a nie jest, dodatkowo ludzie widzą, że ich wynagrodzenia rosną wolniej i perspektywa podwyżek też jest niezbyt duża, bo firmy oszczędzają. I to jest kolejny element: prawdopodobnie wejdziemy w drugą rundę oszczędności firm, choć w mniejszej skali niż poprzednio.

- mówi Marcin Mazurek. Kilka dni temu, w wywiadzie dla PAP, Jakub Borowski z Credit Agricole Polska podkreślał też wagę statystyk dotyczących liczby osób objętych kwarantanną. Jak na razie jest to około 170 tysięcy - bez eksplozji, ale jeśli ta liczba się zwiększy, także może to mieć wpływ na działalność niektórych firm, w końcu nie każdy może pracować z domu. "To z pewnością będzie negatywnie wpływało na nastroje i skłonność gospodarstw domowych do konsumpcji. Nawet jeśli nie będzie lockdownu, to fakt, że sytuacja epidemiologiczna będzie się pogarszać i liczba osób przebywających na kwarantannie będzie rosła, negatywnie odbije się na nastrojach konsumenckich, których profil w najbliższych miesiącach będzie przypominał literę W" - wyjaśniał w wywiadzie.

Kluczem jest strach

Jak podkreślają eksperci, kluczem może być tutaj strach, który też oczywiście zadziała obusiecznie: z jednej strony, może wspomóc walkę z rozprzestrzenianiem się wirusa, bo jeśli zaczniemy bardziej obawiać się zakażenia i jego konsekwencji, to być może zaczniemy też dokładniej przestrzegać zaleceń dotyczących noszenia maseczek, mycia i dezynfekcji rąk oraz dystansu społecznego. 

Cała nadzieja na powstrzymanie epidemii w Polsce w tym, że przestraszymy się zakażeń i zmienimy swoje zachowania. Są już pewne sygnały tego. To na przykład duży popyt na auta używane, zresztą nie tylko w Polsce, bo także w Stanach Zjednoczonych. Ludzie szukają izolacji od transportu publicznego. Choć statystyki nie sugerują, że klimatyzowane pociągi są miejscem, gdzie dochodzi do zarażeń

- podkreśla główny ekonomista Pekao SA. Z drugiej strony, ten strach może też wpłynąć na zachowania konsumenckie, a to przełożyć się na tempo wychodzenia gospodarki z koronakryzysu. - Zmiana przyzwyczajeń konsumentów wpływa na gospodarkę tak, że pełne ożywienie jest mało prawdopodobne - dopóki nie będzie szczepionki - dodaje Ernest Pytlarczyk. 

Ludzie boją się śmierci, nie zakażeń. Wirus zatacza wokół nas coraz ciaśniejsze kręgi. Jest ryzyko, że te obawy zmaterializują się nagle, że Polacy znowu będą więcej przebywać w domach i gromadzić oszczędności, nawet jeśli rząd nie wprowadzi dodatkowych obostrzeń. Taki punkt zwrotny może pojawić się nagle, bez stopniowego ograniczania wydatków. Po prostu "pstryk!" i wchodzimy w nowy sposób funkcjonowania. W Szwecji też spadła konsumpcja, a tam obywatele w dużej mierze sami przecież poddali się ograniczeniom

- zauważa z kolei Marcin Mazurek. No i teraz pytanie: czy Polacy rzeczywiście się przestraszą na tyle, by, mimo braku (jak na razie) poważniejszych restrykcji, ograniczyć swoją aktywność pozadomową? Część obserwatorów ekonomicznych i rynkowych widzi taką możliwość. "Szykuje się mini dobrowolny 'lockdown'. Zamknięcie lokali gastronomicznych o 22, maseczki na zewnątrz, zwiększenie WFH [work from home, czyli praca z domu - red.], itd. To zatrzyma bardziej ludzi w domu i ograniczy kontakty. Za 2-3 tygodnie powinno to dać 'jakiś' efekt. Ale bez wpływu na makro się nie obędzie" - napisał (na prywatnym koncie) na Twitterze Mikołaj Raczyński, dyrektor w jednym z funduszy inwestycyjnych. 

Jak na razie jednak ten wpływ makroekonomiczny, jak sądzą eksperci, nie wydaje się zbyt duży, więc odrobina strachu nie powinna wiązać się z istotnym ryzykiem dla gospodarki.  

Czy drugi lockdown jest możliwy?

Politycy, eksperci i ekonomiści podkreślają, że drugi lockdown, z obostrzeniami na miarę tych z wiosny tego roku, jest teraz niemożliwy. Ponowne zamknięcie gospodarki oznaczałoby ogromne koszty, a poza tym wygląda na to, że dla takiego kroku nie ma obecnie akceptacji społecznej. - Powszechny lockdown, jeżeli nie byłby akceptowalny społecznie i nie łączył się z samoograniczeniem obywateli, byłby nieefektywny - twierdzi Ernest Pytlarczyk. Jego zdaniem, żeby rząd zdecydował się na taki krok, w Polsce skala epidemii musiałaby sięgnąć tej z Izraela.

- W Polsce przekładałoby się to na 30 tys. zakażeń dziennie. To, co mamy teraz, to moim zdaniem za mało, by wybitnie wpłynęło na aktywność ekonomiczną. Istotne jest to, że Niemcy, jak się wydaje, mają koronawirusa pod kontrolą, bo mają fenomenalnie rozwinięty system testowania. To dla nas gospodarczo ważne, bo my eksportujemy do Niemiec - uważa. 

I jeszcze jeden wątek: pomoc państwa. O konieczności wdrażania kolejnych pakietów pomocowych mówią bankierzy centralni na zachodzie - jak szef Fed Jerome Powell i szefowa EBC Christine Lagarde. W Polsce tarcze antykryzysowe powoli przestają wpływać na gospodarkę, choć ani PFR, ani NBP nie wystrzeliły jeszcze wszystkich naboi i mogą działać dalej, gdyby była taka potrzeba.

Wprawdzie szef Polskiego Funduszu Rozwoju zapewniał w środę, że wcześniejsze kroki dają bufor finansowy firmom, ale eksperci uważają, że kolejna odsłona tarczy jest prawdopodobna. Tyle że będzie ona już wyglądać inaczej i pieniądze będą inaczej wydawane: nowa tarcza byłaby bardziej chirurgiczna, przeznaczona dla konkretnych sektorów czy branż, które są najbardziej zagrożone.