Żółta strefa w całym kraju, wracają problemy firm. "Nasi pracownicy krzyczą o chleb"

Wraz z dużym pogorszeniem sytuacji epidemicznej w Polsce i powrotem części restrykcji na terenie całego kraju, powracają także poważne problemy firm. - Rozumiemy, że walczymy z pandemią, ale nasi pracownicy krzyczą o chleb - mówią przedsiębiorcy.

Od soboty 10 października już 38 powiatów w Polsce ma status czerwonej strefy. Cała reszta kraju należy natomiast do tzw. żółtej strefy. Innymi słowy - na terenie całej Polski obowiązują mniej lub bardziej restrykcyjne obostrzenia, które rzutują na działalność części firm.

"Nasi pracownicy krzyczą o chleb"

W strefach czerwonych nie mogą być m.in. organizowane targi, kongresy itd. W żółtych obowiązuje limit uczestników (150 lub maksymalnie jedna na 4 m2). W bardzo poważnych tarapatach znów są np. Targi Kielce, czyli jeden z największych w Polsce ośrodków wystawienniczych. Kielce są obecnie objęte czerwoną strefą obostrzeń.

Zarówno w żółtych, jak i czerwonych strefach, w kinach, teatrach i podczas innych wydarzeń kulturalnych zajętych może być tylko 25 proc. miejsc. Od 17 października mniej osób będzie mogło uczestniczyć m.in. w weselach i innych wydarzeniach rodzinnych. Do restauracjach obowiązuje limit jednej osoby na 4 m2, w czerwonej strefie punkty gastronomiczne muszą być zamknięte po godzinie 22.

Choć te i inne restrykcje nie są dla większości branż tak daleko idące jak wiosną, już dziś pojawiają się głosy z prośbami o pomoc rządową. Tym bardziej, że sytuacja epidemiczna w Polsce pogarsza się z dnia na dzień i choć wszyscy za wszelką cenę chcą uniknąć ponownego blokowania gospodarki, wprowadzenie kolejnych obostrzeń zdecydowanie nie jest wykluczone.

Jesteśmy między młotem a kowadłem. Rozumiemy, że walczymy z pandemią, ale nasi pracownicy krzyczą o chleb. Znów na potęgę odwoływane są imprezy, targi, kongresy. Pracownicy zaczynają odchodzić, szukają bardziej stabilnego gruntu

- mówi w "Rzeczpospolitej" Dagmara Chmielewska, dyrektor zarządzająca Stowarzyszenia Branży Eventowej. 

Nowe restrykcje, bez jednoczesnego programu pomocowego dla tych sektorów, będą dla sporej grupy firm gwoździem do trumny

- komentuje w dzienniku Anna Szmeja, prezes Retail Institute.

Zobacz wideo Widmo kolejnego lockdownu. Czy gospodarka go wytrzyma?

Czytaj też: Będzie "mini dobrowolny lockdown"? Strach jest kluczowy. A co z PKB? "Miało być lepiej, a nie jest"

Czy będą nowe tarcze antykryzysowe?

Na razie o nowych tarczach antykryzysowych rząd mówi niechętnie. Jeśli już, to pojawiają się głosy o branżowych, "celowanych" rozwiązaniach - jak np. w przypadku branży turystycznej. Ponadto podnoszony jest argument, że część firm wciąż dysponuje środkami z uruchomionych na wiosnę tarcz antykryzysowych i Tarczy Finansowej PFR.

Przedsiębiorcy apelują jednak do rządu o poważniejsze działania. Branża targowa prosi premiera m.in. o abolicję składek ZUS, skrócenie terminów na zwrot podatku VAT, wydłużenie maksymalnego łącznego okresu korzystania z dofinansowań wynagrodzeń pracowników czy uniezależnienie warunków umorzenia subwencji z PFR od kryterium utrzymania poziomu zatrudnienia.

Wśród postulatów innych organizacji branżowych (m.in. Związku Przedsiębiorców i Pracodawców czy Polskiej Rady Centrów Handlowych) pojawiają się także ulgi podatkowe, obniżenie VAT dla restauracji czy zniesienie ograniczeń handlu w niedziele.

Koszty ograniczania transmisji wirusa przerzucane są niemal całkowicie na przedsiębiorców, którzy muszą mierzyć się z kolejnymi ograniczeniami, krocząco doprowadzającymi do faktycznego ponownego zamknięcia gospodarki. Można postawić tezę, że jest to rezultat całkowitego nieprzygotowania instytucji publicznych do funkcjonowania w warunkach drugiej fali epidemii

- czytamy w komentarzu ZPP.