Musiałek: Kaczyński nie będzie za Morawieckiego umierał, ale wywali go, jak ludzie zaczną kryzys kojarzyć z nim

Grzegorz Sroczyński
Polska prawica jest czerwona, rewolucyjna, ziobrystowska i wściekła. WŚCIEKŁA. To przede wszystkim. Więc jak zaczynasz niuansować i pisać teksty o narodowej zgodzie, to nikogo to już nie obchodzi - z Pawłem Musiałkiem z prawicowego Klubu Jagiellońskiego rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Przejadą się na tym?

Paweł Musiałek: Możliwe. Tylko pamiętaj, że PiS nie podjął żadnej formalnej decyzji w sprawie aborcji, zrobił to Trybunał Konstytucyjny. To, że poziom podporządkowania tej instytucji Kaczyńskiemu jest wysoki, nie oznacza, że wyborcy "dobrej zmiany" - a wielu z nich jest przeciwko zakazywaniu aborcji - przerzucą całe negatywne emocje na PiS. Politycy prawicy mogą się nawet delikatnie dystansować od wyroku, czego nie mogliby robić, gdyby ta zmiana nastąpiła poprzez nowelizację ustawy. Poza tym będą wskazywać na poprzedników.

Na poprzedników?

Będą mówić, że wyrok TK nie jest żadną zmianą linii orzeczniczej, tylko wpisuje się w dotychczasową linię, co zresztą jest prawdą. Gdyby dziś z Trybunale byli Zoll i Rzepliński, pewnie głosowaliby w tej sprawie tak samo jak Pawłowicz. Przecież w 1996 roku SLD przepchnęło przez Sejm liberalizację ustawy antyaborcyjnej i Trybunał to w 1997 roku skasował. Nawet gdyby PiS nie przejął Trybunału, to wyrok w innym składzie sędziowskim mógłby być identyczny, jeśli spojrzeć na dotychczasowy dorobek prawny tej instytucji.

"Grzeczne już byłyśmy", "wypierdalać", "to jest wojna". Kaczyński tego chciał?

Oczywiście łatwo założyć, że Kaczyński jest szatanem i chce Polskę zniszczyć, więc na pewno o to mu chodziło. Dotąd bardzo odżegnywał się od tematu aborcji zarówno podczas obecnych rządów, jak i w okresie 2005-07, kiedy nie dał zgody na inicjatywę antyaborcyjną Marka Jurka. Nawet jeśli chciał przepchnąć tą sprawę pokątnie przez TK wykorzystując pandemię, to nie znaczy od razu, że chciał celowo "wkurwić" kogokolwiek. Być może dał się przekonać, że to "sprawa o cywilizacyjnym charakterze" i "teraz albo nigdy".

Zobacz wideo W Warszawie trwają protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. "Wypier****ć!" [nagrania z Pl. Inwalidów i ul. Mickiewicza]

Czy Morawiecki może zostać zderzakiem, jeśli z powodu pandemii będziemy mieli totalną zapaść? "Nie dał rady, zmieniamy premiera".

Zielonego pojęcia nie mam. Istnieje pokusa, żeby strzelać nazwiskami i udawać, że jest się mądrzejszym niż w rzeczywistości, ale nawet Kaczyński nie zna odpowiedzi na to pytanie. Jeśli w Polsce będzie gorzej niż u naszych sąsiadów, to PiS może się na pandemii przejechać. A jeśli nie, to powiedzą: "Zobaczcie, co się dzieje w Czechach i na Słowacji, wszędzie jest źle. Dlaczego oczekujecie od nas cudów? Przecież to nie my wyhodowaliśmy tego wirusa!".

I elektorat to kupi?

Państwo polskie jest dziurawe tak samo, jak było, tutaj niewiele nie zmienia. I elektorat to wie. Jak czekałeś dwa lata w kolejce do reumatologa, to co z tego, że teraz w TVN zobaczysz, że karetki z covidowcami też stoją w kolejce? Dla większości to nie jest żadna nowość. Oczywiście, jak ofiar bez pomocy lekarskiej będą tysiące, to nastroje się zmienią radykalnie. Uważam, że to scenariusz możliwy, ale na szczęście wciąż nie bazowy. Oni zresztą początkowo radzili sobie z pandemią całkiem nieźle. W sytuacjach kryzysowych mamy oczywiście improwizację, a nie procedury - i to niezależnie, kto jest u władzy - ale jak na standardy polskiego państwa ta improwizacja była dotąd udana.

Udana?

Morawiecki im to ogarnął. Wiem z opowieści znajomych, którzy pracowali nad tarczami antykryzysowymi, że spali na karimatach w ministerstwie i orali po kilkanaście godzin dziennie. To był gigantyczny wysiłek dla całej polskiej administracji publicznej. W krótkim czasie państwo potrafiło przejść w tryb awaryjny i to dość sprawnie, prognozy unijne pokazują, że Polska zaliczy mniejszy spadek PKB niż inne kraje Europy, statystyki zdrowotne też były niezłe.

Były. Wydali 150 mld zł, żeby zrobić porządny lockdown i kupić trochę czasu. Te cztery kupione miesiące miały być po to, żeby się przygotować na drugą falę, ogarnąć szpitale i uniknąć tych dantejskich scen na jesieni. I co? Co się stało, że Morawiecki najpierw ogarniał, a potem przysnął?

W pewnym momencie zaczęli udawać, że mają wszystko pod kontrolą. Początkowo polityka prowadzona przez rząd była dobra, bo w miarę uczciwa, Szumowski komunikował nie tylko to, co robią, ale też to, czego nie wiedzą. Trochę się odkrył i społeczeństwo to doceniło. Jak władza potrafi powiedzieć „nie wiem”, to sama czuje pokorę wobec rzeczywistości i nie śpi. A potem była kampania wyborcza i rząd przyjął fatalną strategię komunikacyjną, która wyglądała mniej więcej tak: „My wszystko kontrolujemy, jest świetnie, a jak ktoś w to nie wierzy, to wróg”. Poza tym oni te trzy miesiące przejechali na trzecim biegu, bo tego chcieli ludzie.

Ludzie?

Chcieli zapomnieć. Elektorat i rządzący wspólnie uwierzyli, że już po pandemii. I było to związane z gigantyczną zmianą nastrojów społecznych. Wyczerpał się potencjał solidarności w polskim społeczeństwie. Łatwo było w marcu deklarować, że będziemy dbać o najsłabszych, o nasze babcie, dziadków, będziemy siedzieć w domach, ale jak ktoś dwa miesiące w domu posiedział, stracił pracę albo zamówienia, to w październiku takim kozakiem już nie jest. To nie może zostać wypowiedziane wprost: „Jestem egoistą”, bo w dzisiejszym świecie królową emocji jest empatia, więc się mówi: „E tam, ta pandemia to bzdura, plandemia”, albo: „Chcą nas stłamsić, maseczkami zadusić”. Ale gdyby ci wszyscy „koronaidioci” potrafili swoje emocje zakomunikować bez ozdobników, to by powiedzieli: „Przepraszam, ale wyczerpałem już swój potencjał solidarności, nie jestem w grupie ryzyka, więc chcę żyć tak, jak żyłem".

Widziałem szokujące badania, które zrobili dwaj specjaliści psychologii politycznej - dr Ścigaj i prof. Czech - dotyczące teorii spiskowych w czasie pandemii. Spiski się teraz niesamowicie dobrze sprzedają. Coraz więc wyborców - także pisowskich - uważa, że kryzys jest wywołany celowo, a rządy wykorzystują koronawirusa do ograniczenia demokracji. Pandemia uruchomiła w nas nowe ścieżki myślenia, dość niebezpieczne, które mogą mocno uderzyć w status quo w polskiej polityce. To może oznaczać kiedyś dużą zmianę - nie sądzę, że na lepsze - ale na razie wszystko idzie po staremu. PiS się dobrze w tym wszystkim umościło, potrafią sprawnie te piłki Platformy odbijać. Przecież 15 tysięcy zakażeń dziennie mamy nie dlatego, że Jarosław Kaczyński przyszedł bez rękawiczek na zaprzysiężenie Rady Ministrów, albo że Morawiecki palnął coś głupiego i Polacy przed telewizorami stwierdzili: „Aha, Kaczyński bez rękawiczek chodzi, no to ja sobie pojadę na wesele”. Ludzie chcieli zapomnieć, pojechać na te wesela i na wakacje. W dodatku to, co się teraz dzieje w szpitalach jest efektem 20 lat zaniedbań, a nie tego, że rząd sobie pospał trzy miesiące.

Rządzą pięć lat.

I wiele rzeczy mogli zrobić, ale w pięć lat nie da się podwoić liczby lekarzy. Na sto tysięcy Polaków przypada 238 medyków, to najgorszy wynik w całej Unii. „Kupili czas, powinni w te trzy miesiące zrobić więcej”. Zgodzę się. Tyle że przez trzy miesiące można nawet siedem fantastycznych reorganizacji w szpitalach przeprowadzić, wte i wewte optymalizować strukturę, żeby ją przygotować na drugą falę pandemii, a i tak karetki będą wozić trupy od drzwi do drzwi szpitali, bo po prostu brakuje lekarzy, pielęgniarek, salowych. Mam pretensję do polityków, że przed wejściem Polski do Unii ścigali się na obietnice, która partia potrafi szybciej otworzyć rynki pracy na Zachodzie. I teraz w samej tylko Anglii pracuje 10 tysięcy polskich lekarzy. Puszczenie tego na żywioł było wielkim błędem. Chwilowo zmniejszyliśmy bezrobocie ale długofalowo wyhamowaliśmy rozwój. 

Czyli Morawiecki na wiosnę nie zostanie zderzakiem?

Na dziś w to nie wierzę. Kaczyński w Morawieckiego za dużo zainwestował, bo wie, że ten facet został ulepiony z innej gliny niż to całe towarzystwo z PC.

Innej czyli jakiej?

Takiej, że on jednak ogarnia. A wierni działacze, którzy przeszli z Kaczyńskim cały szlak bojowy od Lenino aż do Berlina, kiedy Morawiecki sobie wygodnie zarabiał w banku, i którzy razem z Kaczyńskim cierpieli pod zbrodniczym reżimem Michnika - oni nie ogarniają. Oprócz swojej diabolicznej części Kaczyński ma też propaństwową część osobowości, za rzadko uruchamianą, ale jednak. I na podstawowym poziomie on wie, że na prawicy brakuje ludzi, którzy potrafią sprawnie rządzić całym państwem. Nie będzie za Morawieckiego umierał, ale wywali go dopiero wtedy, jak ludzie zaczną kryzys pandemiczny personalizować w postaci Morawieckiego, mocno kojarzyć z jego twarzą. Na razie nic takiego się nie dzieje.

Morawiecki wylatuje, zostaje drugim Marcinkiewiczem, który chodzi po antypisowskich mediach, narzeka i kompromituje Kaczyńskiego. Możliwe?

Nie. Bo wiele zależy od tego, z jakiego środowiska wychodzisz i ile inwestujesz w nowe. To podobna sytuacja jak z Glińskim. Oni kupili bilet w jedną stronę. Jeżeli siedzisz w środowisku bankierów, artystów, działaczy NGO-sów albo liberalnych profesorów socjologii i wchodzisz do PiS-u, to jeszcze nic nie zrobiłeś, a od razu jesteś w dawnych miejscach skreślony. Dostajesz z liścia, zanim jeszcze buzię otworzysz. Absolutna infamia towarzyska, jakby ktoś zespuł powietrze w salonie - trzeba wywietrzyć razem z gościem. Przy obecnym nasileniu polaryzacji w polskiej polityce ktoś taki jest skazany na PiS. I Morawiecki to wie. Gdyby został zderzakiem, to po prostu pójdzie pokornie do drugiego szeregu. Na pewno znajdzie się dla niego miejsce.

A on w ogóle nadal jest delfinem, czy nie jest? Już niezależnie od pandemii.

Nawet gdyby Kaczyński na głowie stanął, zrobił go prezesem partii, namaścił, to Morawiecki nie będzie prawdziwym liderem prawicy w Polsce. Totalnie odstaje od typowych działaczy i od ludu pisowskiego. Psychologia mówi, że przede wszystkim chcemy mieć do czynienia z ludźmi takimi, jak my, bo to nas utwierdza w przekonaniu, że nasze życiowe wybory były dobre. Myślę, że Morawiecki wywołuje w wielu działaczach PiS pytania, na które oni znają odpowiedź, ale nie chcieliby sobie tego mówić nawet przed lustrem. On ich uwiera.

"Ma oratorskie zdolności zbliżone do syntezatora mowy Iwona" - tak napisałeś.

No, ma w sobie taką sztywność, zastanawiam się też nad jego inteligencją emocjonalną, ale nie o to chodzi. Trudności w poszerzaniu władzy nie wynikają z deficytów Morawieckiego. Najważniejsze jest słabe społeczne poparcie białej prawicy, którą Morawiecki reprezentuje.

Biała prawica?

Chodzi o coś, czym ja na przykład jestem i wiele osób z mojego środowiska. Taki konserwatyzm propaństwowy. Zamiast podawać definicję, podam nazwiska: Jan Rokita, Antoni Dudek, Piotr Zaremba, przez długie lata Rafał Matyja. Z polityków: Mateusz Morawiecki, Jadwiga Emilewicz, Michał Dworczyk, Krzysztof Szczerski, Jarosław Gowin, Kazimierz Ujazdowski, Marek Biernacki, Paweł Kowal. Można też nazwami partii: Polska XXI, Partia Konserwatywna, Polska jest Najważniejsza, Polska Razem - wszystkie te projekty białej prawicy łączyło to, że nie miały wyborców.

Dlaczego nie miały?

Bo w nas nigdy nie dominowała prawdziwa emocja prawicowego ludu, czyli złość. Co prawda ludzie białej prawicy na jakimś etapie życia też mieli poczucie wykluczenia z salonu, nie byli tam wpuszczani, ale to ich nie zbudowało. Nie uważają, że głównym celem prawicy powinno być wyczyszczenie Polski z wpływu liberalnych elit. A czerwona prawica, która tym się różni od białej, że ma wyborców, przede wszystkim chce rozpędzić uwolskie złogi.

Jakie, przepraszam? Uwolskie?

No, złogi z Unii Wolności.

A przypomnij mi, proszę, kiedy to było? W mezozoiku czy w środkowym triasie?

I co z tego, że to są stare spory, jeśli nadal świetnie działają i mobilizują? Prawica III RP w swojej masie jest czerwona i budowana na innej emocji.

Jakiej?

Tak naprawdę główny podział polityczny w Polsce polega na dwóch odmiennych sposobach zarządzania tym samym problemem, którym jest nasza postkolonialna mentalność. Chodzi o kompleks niższości wobec Zachodu. I mamy dwie recepty na leczenie tego głębokiego kompleksu polskiej duszy. Jedni uważają, że kuracja powinna polegać na zanurzeniu się w europejskości po czubek nosa, wszystko co swoiście polskie traktowane jest jako garb, który trzeba odciąć, bo inaczej będziemy wiecznie tkwić w takiej nie do końca skończonej nowoczesności. A po drugiej stronie barykady są ci, którzy w odpowiedzi na ten sam kompleks chcą się z kolei zanurzyć po czubek nosa w polskości i powiedzieć: "Jestem jaki jestem i to jest najlepsze na świecie".

No ale co z tego wynika?

Że mamy dwie skrajnie różne odpowiedzi na ten sam kompleks postkolonialny. Jeden Polak próbuje się wyzwolić poprzez przesadne naśladownictwo, chce być lepszym Francuzem niż Francuz, zaczyna grasejować, odginać paluszek od filiżanki, co oczywiście czyni go postacią karykaturalną. A drugi wychodzi do Europy w klapkach i białych skarpetkach, wyjmuje pęto kiełbasy z Lidla i mówi: "No i co, macie mnie za chama? To ja zaraz wam prawdziwe chamstwo pokażę, wysikam się pod Wieżą Eiffla". Obie postawy wynikają z tej samego problemu – ogromnego głodu szacunku i uznania, bo historia naszego narodu spowodowała, że nie dostajemy tego w pakiecie z dowodem osobistym. Jedynym punktem styku tych dwóch wektorów musiałoby być spotkanie się na kozetce u psychoanalityka, tylko chyba nikt dziś nie dojrzał do tego, żeby stwierdzić, że ta kozetka jest mu potrzebna.

Przez długi czas - mniej więcej przez pierwsze 20 lat III RP - działała na nas opowieść europejska: chcemy być jak Zachód. Pamiętaliśmy tego wujka w Niemczech, który puste puszki po Coca-Coli przywoził, a my je stawialiśmy na regałach jako ozdoby. Jak Polacy zaczęli wyjeżdżać, pracować, jak się trochę ogarnęli finansowo, to zorientowali się, że ten Zachód nie jest taki wspaniały jak z opowiastek, szczególnie że wujek od puszek trochę zdziadział. I zaczął się bunt podmiotowości, chęć wyjścia z roli pouczanego ucznia, który regularnie ma zdawać egzaminy z europeistyki stosowanej. PiS świetnie to wyczuł, wskoczył na tę łódkę i do dziś na niej płynie. W ludziach głosujących na tę partię istnieje wielka potrzeba aspiracji, co jest rzadko dostrzegane.

Aspiracji?

Żeby się wyzwolić z poczucia gorszości. Mam doganiać Zachód? Upodabniać się? Znowu czegoś ode mnie chcecie, że niby ja z moimi poglądami nie pasuję? A gówno! Jestem the best i się wreszcie odwalcie. PiS jest partią, która daje ludziom poczucie sprawstwa. I widać to w badaniach. Po ich dojściu do władzy mieliśmy spory przyrost odpowiedzi pozytywnych na pytanie: "Czy uważasz, że masz wpływ na to, co się dzieje w przestrzeni publicznej?". I przecież nie chodzi o to, że ci ludzie mają teraz realną władzę. Po prostu czują, że mogą być sobą i nikt ich na szczytach władzy nie poucza, że źle trzymają nóż i widelec i nie śmieje się, że mają szparę między zębami.

Mówiłeś, że prawica jest w Polsce czerwona.

Czerwona, bo rewolucyjna. Jak Kaczyński zakładał Porozumienie Centrum też był białą prawicą, a potem zrozumiał, że na resztę życia może utknąć na kanapie. PiS się przepoczwarzył i stał partią ludową, Kaczyński przejął elektorat Samoobrony, czyli chłopską frustrację potransformacyjną, przejął też elektorat LPR-u, czyli frustrację spowodowaną zmianami cywilizacyjnymi i kulturowymi. A z kolei jądro pisowskie było antyokrągłostołowe. Efekt tego dziwnego konglomeratu jest taki, że ludzie PiS-u mogą mieć bardzo odmienne poglądy - a nawet niekoniecznie muszą mieć poglądy prawicowe - a to, co ich łączy, to poczucie krzywdy i odrzucenia. I że salon - ten czy inny - kiwał im paluszkiem z wyżyn.

Czyli polską prawicę legitymizuje to, że liberalne elity ją krytykują i odrzucają? "Tylko jak jesteśmy odrzucani przez salon, to czujemy, że jesteśmy sobą" - tak brzmi ta taśma psychologiczna? Tak?

Jakoś tam warunkowo się z tym zgodzę. "Jeżeli mnie krytykuje Michnik i TVN, no to uff, znaczy, że dobrze powiedziałem".

No ale to oznacza, że prawica jest niewolnikiem salonu, bo to salon wyznacza jej zachowania i dostarcza poczucia spójności.

I wice versa. Salon też potrzebuje tego pisowskiego ludu, bo wtedy jest zajebisty i ma misję cywilizacyjną. Bez tego to po co on jest?

To niepojęte, że my o tym w ogóle rozmawiamy w 2020 roku. O Unii Wolności.

Ale co cię dziwi? Im dalej od Powstania Warszawskiego, tym mocniejsze emocje i większe spory.

Serio dla prawicy to nadal ważne, że Geremek znał francuski i nie wahał się go użyć?

Elektorat może już Geremka nie pamiętać, ale to nie ma znaczenia, bo jak będzie potrzeba, to się go przypomni w TVP. PiS-owi sprzyjają międzynarodowe wiatry. Te nasze dawne spory i chwyty świetnie pasują do obecnych światowych trendów: dobry lud kontra wstrętne elity. Po prostu okazało się, że nasze stare transformacyjne emocje są bardzo kompatybilne z tą całą zmianą technologiczną. One na swój sposób są nowoczesne.

Nowoczesne?

W tym sensie, że pasują do schematów, które dziś wyznacza najmocniejszy trend: polaryzacja. Nasze transformacyjne spory zastały zassane przez współczesną machinę polaryzacyjną mediów społecznościowych, a następnie sprofesjonalizowane. Niepoprawnymi optymistami są ci, którzy wciąż liczą na ucywilizowanie się prawicy w przyszłości z powodu wyczerpywania się sporu o genezę III RP. To się nie stanie. Nadal będzie działał proces wzajemnego nakręcania się uczestników sporu, co wspierają zmiany technologiczne. Siedzisz w Facebooku lub na Twitterze i sobie podbijasz bębenka. Media też to zrozumiały, połowa się z tego utrzymuje.

Czyli polska polityka została ufundowana w okresie plejstoceńskim i to się już nie zmieni, bo łyknęły to teraz algorytmy i nas w tym uwięziły? Za 50 lat nadal będziemy mówić o "uwolskich złogach"?

Podejrzewam, że kostiumy będą jednak inne, ale spór może dotyczyć tego samego. Zresztą jeśli już mówisz o okresie plejstoceńskim, to ja się zgodzę - te wojny są strasznie stare. Rokita kiedyś napisał, że spór Sarmatów z tymi, którzy chcą Polskę europeizować, sięga w Polsce trzystu lat. Oni już wtedy brali się za łby o to, jak europeizować Polskę, ile brać zachodnich wzorców, czy nie powinniśmy bazować na tym, co nasze i swojskie. Więc co cię tu dziwi? Jeśli coś się ciągnie od 300 lat i dotąd się nie zużyło, to będzie nadal działać. Tym mocniej, im bardziej demokracje się polaryzują. Jedne kraje się będą polaryzować wokół historycznych sporów o kwestie rasowe, a my wokół naszej nawalanki "kontusz" kontra "frak". Pewnie wynika to z naszego położenia - takiego Zachodu, ale jednak w wersji wschodniej - i oczywiście z religijności Polaków, która hamuje pewne procesy modernizacyjne. 

I co dalej z polską prawicą?

Ona nie będzie już lepsza. Natomiast dość łatwo może być gorsza. Bliskość ideowa, a przede wszystkim bliskość mentalna przeciętnych działaczy PiS z Ziobrą jest większa niż przeciętnych działaczy PiS z ekipą Morawieckiego.

Czyli że to Ziobro tak naprawdę jest delfinem?

W sensie mentalnościowym - tak. On bardziej pasuje niż Morawiecki, bo czuje tę pisowską zaprawę, potrafi rozpoznać tę chemiczną strukturę, która polską prawicę trzyma w kupie.

Że my jesteśmy tą starą gwardią prześladowaną przez salon?

A przede wszystkim on potrafi lepiej zagrzać do boju: "Słychać wycie? Znakomicie!". Ponadto potrafi zbudować jedność w swoich szeregach. Porównajmy to z partią Gowina, która jest stopem różnych, niekoniecznie wyłącznie szlachetnych metali. W przypadku Ziobry mamy stal, ta ekipa za Zbyszkiem rzuci się w ogień. To są młodzi ludzie, a mam wrażenie, że żyją sporami transformacyjnymi jeszcze bardziej niż 60-latkowie. Oni nawet lepiej zinternalizowali tamte boje i tamte prawicowe mity niż to starsze pokolenie, do którego zaliczają się Morawiecki z Gowinem.

Bo młode otoczenie Morawieckiego to raczej podśmiewa się z tych "uwolskich złogów"?

Tak, ale swoim gronie i po cichu.

Bardzo chciałbym się mylić, bo Morawiecki to człowiek z mojej bajki, któremu kibicuję, ale z tego nic nie będzie. On może nawet zostać formalnym prezesem, natomiast nie wierzę, że potrafi porwać działaczy pisowskich, żeby oni uznali jego przywództwo.

To po co w ogóle im ten Morawiecki?

Już mówiłem: on ogarnia. Ci PiS-owcy, którzy mają trochę oleju w głowie jednak wiedzą, że facet daje radę, nawet jak nie jest "nasz". Tam panuje mniej więcej takie myślenie: no dobrze, jakieś tam stołki w agencjach, to niech obsadza nasz Staszek czy Henio, co „chce się sprawdzić w biznesie”. Ale wyżej musi być jednak ktoś, kto umie rządzić. Oni w PiS mają pełną świadomość, że ich kadry nie są takie, żeby można było przebierać. Obecna konstelacja partyjna, w której Morawiecki kontroluje i tak dużą część rządu, to być może maksymalny wpływ, jaki biała prawica w Polsce może osiągnąć. 

To co się będzie zmieniać w polskiej polityce?

Idzie jeszcze większa polaryzacja. Jak popatrzysz na elektorat najmłodszy, to oni są przecież strasznie spolaryzowani. Młodzi faceci głosują za Konfederacją, młode dziewczyny na partię Razem. Uważam, że to niebezpieczne społecznie, bo mamy do czynienia z młodymi ludźmi, którzy się totalnie mijają światopoglądowo. Młodzi Polacy zawszy byli trochę antysystemowi, każdy znał za młodu jakiegoś korwinowca czy innego kuca, ale zdawało się, że to na chwilę, że z tego się wyrasta. A teraz się już nie wyrasta, bo klimat niespecjalnie sprzyja łagodzeniu poglądów i budowaniu cywilizowanej prawicy. Jeśli nawet przyjdzie jakaś nowa prawica, która nie będzie już nawiązywać do mitów Okrągłego Stołu, to na pewno nie będzie to siła próbująca budować jakąś wspólnotę narodową. Nie będzie to prawica ani państwowa, ani inkluzywna, za to może mieć w sobie jeszcze więcej temperamentu. I dla konserwatystów - również tych religijnych - może to być duże rozczarowanie. Ten cały "alt-right", który w Polsce zaczyna się trochę objawiać w Konfederacji czy wśród ziobrystów, to w swoim oryginalnym wydaniu zjawisko bardzo zsekularyzowane. Wbrew pozorom młodzi ludzie głosujący na Konfederację wcale nie chodzą do kościoła – zdaje się, że według badań nawet większość z nich nie chodzi. Możemy się śmiać z narodowców, ale dla nich argument, że coś jest niezgodne z katolicką nauką społeczną przynajmniej był do rozważenia. Jeśli w debacie z Krzysztofem Boskiem dziś jeszcze powiesz: "No ale, stary, to co ty robisz jest niezgodne z katechizmem, który każe kochać innych ludzi", to wywołasz u niego poczucie, że powinien się do tego jakoś ustosunkować. A za 10 lat - spokojnie to sobie wyobrażam – przyszłe gwiazdy prawicy powiedzą: "No i c..j?".

"Lepszej prawicy nie będzie" - taki jest tytuł twojego tekstu na stronach "Klubu Jagiellońskiego".

Dlatego zachęcam, żeby się cieszyć tym, co jest.

W sytuacji, w której życie społeczne nam się mocno rozpada, ludzie będą odczuwać dojmujący głód tożsamości zbiorowych. I jakąś nową propozycję w końcu dostaną, ale to nie będzie tożsamość ogólnonarodowa, tylko różne jeszcze mocniejsze tożsamości, które definiuje się poprzez polaryzację. Model biznesowy przyjęty przez największych graczy technologicznych, którzy na polaryzacji zarabiają, bo to pomaga przytrzymywać naszą uwagę, powoduje, że dziś nic już nie wspiera innego scenariusza. On nikomu się już nie opłaca. Ani politykom, bo mogą grać na czystych emocjach i nie muszą pisać programów, ani mediom, bo mocno nagrzani obywatele więcej klikają, ani samym ludziom, bo otrzymują poczucie psychologicznej ulgi, kiedy mają wroga, którego można dojechać w internecie. Sam na naszym portalu widzę, co się klika, które teksty się rozchodzą lub nie. Dajemy w "Klubie Jagiellońskim" mnóstwo rzeczy, które mają pozytywny charakter, nikogo nie hejtują, nie obrażają. Ale jeżeli coś nie łapie takiej emocji, no to przegrywa, nikt tego nie czyta. My w "Klubie Jagiellońskim" będziemy to dalej robić, bo po prostu uważamy, że Polsce potrzeba środowisk, które te bańki światopoglądowe będą przekłuwać, a nie pompować. Ale ludzie coraz mniej chcą słyszeć o jakichś pomysłach wyjścia z klinczu, nie chcą już niuansowania. Coraz częściej oczekują opowiedzenia się.

***

Paweł Musiałek (1987) jest politologiem, członkiem zarządu konserwatywnego Klubu Jagiellońskiego i dyrektorem Centrum Analiz. Ekspert ds. polityki zagranicznej oraz polityki energetycznej. Współpracownik czasopisma "Pressje". Przygotowuje rozprawę doktorską na temat sporu o polską politykę zagraniczną w ostatnich latach.