Od początku epidemii politycy straszą transportem publicznym. A danych o zakażeniach nie ma. "To już nagonka"

Od początku epidemii koronawirusa przedstawiciele rządu ostrzegają przed podróżowaniem transportem publicznym, widząc w nim poważne zagrożenie epidemiczne. Problem w tym, że tezy o tym rzekomym, ogromnym ryzyku nie potwierdzają wyniki badań przeprowadzonych przez ośrodki badawcze.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk (16 marca): "Apeluję o to, aby Polacy mogli korzystać częściej z własnych samochodów. Mam apel do samorządów: zawieście na czas epidemii opłaty parkingowe, za parkowanie w strefach miejskich. Niech ci, którzy muszą jechać do pracy, dla bezpieczeństwa własnego, pojadą autem" (źródło: portal transport-publiczny.pl).

Komunikat PKN Orlen (16 marca): "Podjęliśmy decyzję o zmniejszeniu cen paliw, tak aby Polacy, którzy muszą w tym trudnym czasie przemieszczać się, korzystali z własnych samochodów, zamiast komunikacji zbiorowej. Natomiast zachęcamy wszystkich, którzy mają taką możliwość, do pozostania w domu".

Wytyczne Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczące powrotu dzieci do szkół (początek sierpnia); jedna z rekomendacji dla rodziców: "W miarę możliwości unikaj transportu publicznego w drodze do/ze szkoły. Pomyśl o spacerze/rowerze". W późniejszej wersji wytycznych wzmianka o transporcie publicznym zniknęła, choć wciąż można znaleźć ją na jednej z infografik zamieszczonych na stronie MEN.

Rekomendacja MEN-u dotycząca transportu publicznegoRekomendacja MEN-u dotycząca transportu publicznego Źródło: gov.pl/web/edukacja

Ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski (20 sierpnia): "Boję się transportu publicznego ze szkół i do szkół. Tam naprawdę będzie dużo ludzi w jednym autobusie, w jednym tramwaju w dużych miastach" (źródło: PAP).

Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński (13 października): W Polsce na 1 listopada cmentarzy zamknąć nie możemy. Natomiast apelujemy do samorządów o większą ilość transportu zbiorowego. 1 listopada bardzo często jeździłem na cmentarze transportem zbiorowym i nie przypominam sobie tam wielkich kolejek, ponieważ bardzo dobrze lokalni gospodarze to rozwiązywali. Można to jakoś rozwiązać, bo w pandemii głównym zagrożeniem jest transport publiczny (źródło: RMF FM).

30 października rząd zdecydował o zamknięciu cmentarzy.

Powodem zamknięcia siłowni był transport publiczny? Tak twierdzi rzecznik rządu

Do chóru polityków obawiających się transportu publicznego dołączył niedawno rzecznik rządu Piotr Müller. 17 października zamknięte zostały siłownie, kluby fitness i baseny. Kilkanaście dni później na antenie Polsat News Müller zasugerował, że siłownie tak naprawdę nie są tu problemem, bowiem realne zagrożenie epidemiczne stanowią autobusy i tramwaje. - Siłownie czy kina nie musiałyby zostać zamknięte, gdyby można było do nich dotrzeć, nie korzystając z autobusów. Gdyby do siłowni, kin, czy teatrów można było dostać się z pominięciem transportu publicznego, to decyzja byłaby pewnie inna. Należy ograniczać liczbę kontaktów - oświadczył.

Nietrudno zauważyć, że podobne wypowiedzi kolejnych przedstawicieli rządu były wygłaszane przy okazji "wyłączania" konkretnych branż czy też na moment przed podjęciem ryzykownych decyzji, które mogły wiązać z ewentualnym wzrostem zakażeń. Jak choćby o rozpoczęciu roku szkolnego w trybie stacjonarnym.

- Nazywam to już nagonką. Jest to również próba odwrócenia uwagi od potknięć czy niepopularnych decyzji rządu, które próbuje przykryć się m.in. rzekomymi zagrożeniami w transporcie publicznym. Emanacją tego była szkodliwa wypowiedź rzecznika rządu. Słowa Müllera można potraktować jako nagonkę, ponieważ zasugerował on, że winnym zamknięcia siłowni w całym kraju jest transport publiczny. Na potrzeby propagandy wskazano więc palcem tego "złego". Podobne stwierdzenia mogą przynieść katastrofalne skutki zarówno w czasie epidemii, jak i już po jej zakończeniu - mówi w rozmowie z Next.gazeta.pl Karol Trammer, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Z Biegiem Szyn".

Zagraniczne badania nie potwierdzają tezy, że transport publiczny stanowi szczególne zagrożenie epidemiczne

- Te niefortunne komentarze, które pojawiły się w debacie publicznej, wynikały raczej z niewiedzy i pewnego pośpiechu. Pamiętajmy, że badania przeprowadzone we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy Niemczech jednoznacznie dowodzą, że do zakażeń w transporcie publicznym dochodzi w bardzo niewielu przypadkach, oczywiście jeśli pasażerowie stosują się do zaleceń sanitarnych. Wśród wymienionych krajów największy odsetek zachorowań - ok. 2,2 proc. z próby 100 tys. pasażerów - odnotowano w USA - tłumaczy Iwona Budych, prezeska stowarzyszenia Wykluczenie Transportowe.

Według danych zebranych między 9 maja a 28 września przez francuską Agencję Zdrowia Publicznego (Santé Publique France) tylko 1,2 proc. wszystkich ognisk koronawirusa można było połączyć z sektorem transportowym. Badania przeprowadzone przez RSSB, instytucję zajmującą się bezpieczeństwem brytyjskiej kolei, mówią natomiast, że ryzyko zakażenia się wirusem SARS-CoV-2 w pociągu wynosi poniżej 0,01 proc. Z kolei niemiecki Instytut im. Roberta Kocha opublikował w sierpniu szczegółową analizę źródeł 55 tys. przypadków zakażenia koronawirusem. 0,2 proc. z nich można było powiązać z transportem publicznym. O "szczególnym" zagrożeniu w środkach komunikacji zbiorowej nie wspominają ani WHO, ani Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Publicznego.

- Analizy poczynione przez zagraniczne ośrodki wskazują, że transportu publicznego nie należy traktować jako miejsca szczególnie niebezpiecznego, pod warunkiem przestrzegania ogólnych obostrzeń. Oczywiście nie znaczy to, że wsiadając do autobusu, pociągu czy tramwaju nie musimy się niczym martwić. Rządzący robią jednak coś innego - pokazują transport publiczny właśnie jako "maszynę" do zakażania, mniej chętnie wspominając np. o szkołach, które 1 września otwierano z wielką pompą, a które w zagranicznych badaniach okazały się znacznie bardziej niebezpieczne pod względem epidemicznym - wskazuje Trammer.

Przypomnijmy, że według obowiązujących obostrzeń w środkach transportu publicznego zajętych może być 50 proc. miejsc siedzących lub 30 proc. wszystkich miejsc. Pasażerowie mają też obowiązek zasłaniania ust i nosa i zachowania bezpiecznego dystansu. Limity w liczbie przewożonych osób wprowadzono już na samym początku epidemii.

- Nie twierdzę, że rząd ma być nieomylny, zwłaszcza że epidemia koronawirusa to dla nas wciąż nowe zjawisko. Jednak trwa ona już od kilku miesięcy, tak więc jesteśmy bogatsi o wspomnianą wiedzę z zagranicznych instytutów badawczych. Biorąc to pod uwagę, reakcją na słowa rzecznika rządu, który sam zresztą wywodzi się ze środowiska naukowego, może być tylko załamanie rąk - ocenił Trammer.

O ekspertyzach, których nie ma

Stwierdzenia wygłoszone przez Müllera i innych przedstawicieli rządu można potraktować jako zawoalowany apel o pozostanie w domu i ogólne ograniczenie mobilności społecznej. Skoro jednak takie prośby kieruje się do opinii publicznej wraz z sugestią, że w transporcie publicznym czyha na nas szereg zagrożeń, to można założyć, że są one podparte ekspertyzami, którymi dysponują rządzący.

Dlaczego więc w ich wypowiedziach nie padają nazwiska naukowców czy nazwy państwowych instytucji naukowych? Powód jest prozaiczny - o polskich badaniach dotyczących ryzyka epidemicznego w transporcie publicznym po prostu nic nie wiadomo.

- Badań podobnych do tych z innych krajów nie zleciło ani Ministerstwo Zdrowia, ani Ministerstwo Infrastruktury. Tak więc wypowiedzi zniechęcające do korzystania z transportu zbiorowego nie opierają się u nas na żadnych "twardych" danych. Niedawno skierowaliśmy zapytanie do Ministerstwa Infrastruktury dotyczące tego, czy resort zamierza przeprowadzić jakiekolwiek badania ws. bezpieczeństwa epidemiologicznego w transporcie publicznym. Pozwoliłyby one uzyskać pewność, czy rzeczywiście jest się czego bać. A jeśli okazałoby się, że nie - na co wskazują doświadczenia z zagranicy - resort w końcu powinien zająć jednoznaczne stanowisko - mówi prezeska stowarzyszenia Wykluczenie Transportowe.

To, jak bardzo po macoszemu w czasie epidemii traktuje się kwestię bezpieczeństwa w transporcie publicznym, z którego każdego dnia korzystają przecież miliony pasażerów, świetnie obrazuje też kuriozalny komunikat interdyscyplinarnego zespołu doradczego ds. COVID-19 przy prezesie Polskiej Akademii Nauk. W dokumencie wśród zaleceń dla pracodawców wymienia się wprowadzenie w jak największym zakresie pracy zdalnej, tak by rozładować tłok w środkach komunikacji publicznej. "Pamiętaj, że zatłoczone środki transportu publicznego, którymi podróżują Twoi pracownicy do pracy i z pracy do domu, są miejscem, w którym łatwo się zarazić SARS-CoV-2 lub grypą" - czytamy w stanowisku PAN.

Po interwencji Pauliny Matysiak, posłanki Lewicy i przewodniczącej Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym, prezes PAN prof. Jerzy Duszyński przyznał, że "nie są dostępne dane dotyczące ryzyka zakażenia SARS-CoV-2 w związku z używaniem konkretnego środka transportu publicznego w Polsce".

Wiceministrowie uspokajają, choć resort infrastruktury nie pochwalił się żadnymi badaniami

Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że rządowa narracja jest, nazwijmy to delikatnie, niespójna, a w mniej lub bardziej uświadomionym "straszeniu" transportem publicznym nie biorą udziału wszyscy przedstawiciele obozu rządzącego. W ostatnich miesiącach wysocy przedstawiciele resortu infrastruktury zajęli bowiem zupełnie inne stanowisko niż Szumowski, Gliński czy Müller.

Podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (2-4 września) wiceminister infrastruktury Rafał Weber poinformował, że jak dotąd w transporcie publicznym nie potwierdzono żadnego ogniska zakażeń. W połowie października o braku "dużych ognisk zakażeń" w środkach komunikacji zbiorowej wspomniał też inny z wiceministrów - Marcin Horała. - Placówki ochrony zdrowia, domy opieki społecznej, imprezy towarzyskie - tam w największym stopniu dochodziło do wzrostu zachorowań. Z danych wynika, że transport publiczny jest bezpieczny - zaznaczył w programie "Tłit" WP. Co warte podkreślenia, podobnych ocen nie usłyszeliśmy od szefa całego resortu Andrzeja Adamczyka, który jeszcze na początku epidemii zalecał podróżowanie samochodem (choć przecież nie każdy może sobie pozwolić na taką alternatywę).

Należy oczywiście zastrzec, że zapewnienia Webera i Horały padły jeszcze przed okresem najwyższych, 20-tysięcznych przyrostów zachorowań. Nie zmienia to jednak faktu, że urzędnicy nie wskazali na jakie dokładnie ekspertyzy czy raporty się powołują.

O to, czy - zgodnie ze słowami Webera - w transporcie publicznym rzeczywiście nie wykryto ani jednego ogniska zakażeń zapytaliśmy w połowie września rzecznika resortu infrastruktury Szymona Huptysia. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że "zagadnienie pozostaje pozostaje poza właściwością MI". Podobne pytanie zadaliśmy rzecznikowi GIS-u - nie otrzymaliśmy na nie odpowiedzi.

W opinii Trammera koronawirus boleśnie uwidocznił to, że transport publiczny został "osierocony" przez Ministerstwo Infrastruktury. - Resort, który bardzo chętnie ogłasza kolejne, mniej lub bardziej udane programy i koncepcje, w czasie epidemii nie zajął się tak podstawową kwestią, jak przeprowadzenie badań na temat bezpieczeństwa epidemicznego w transporcie publicznym i przekazanie ich wyników opinii publicznej - mówi.

Ekspert równie krytycznie odnosi się też do działań służb sanitarnych. - W ciągu ostatnich miesięcy sanepid ogłaszał kilkukrotnie, że poszukuje pasażerów pociągu, którym jechała osoba zakażona. No dobrze, ale czy te osoby rzeczywiście się zgłosiły? Czy zbadano, ile z nich zachorowało na COVID-19? Oczywiście tego już się nie dowiedzieliśmy. A przecież to konkretne dane, które pomogłyby zweryfikować, w jaki sposób wirus rozprzestrzenia w transporcie publicznym - tłumaczy.

W ubiegłym tygodniu zwróciliśmy się do resortów infrastruktury i zdrowia oraz GIS-u z pytaniami, czy prowadzą monitoring źródeł zakażeń z uwzględnieniem transportu publicznego i czy taka "analiza ryzyka" została gdziekolwiek opublikowana. Ministerstwo Infrastruktury odpowiedziało, że ta kwestia pozostaje poza jego właściwością. Do tej pory nie otrzymaliśmy odpowiedzi od sanepidu, do którego odesłało nas natomiast Ministerstwo Zdrowia.

Na początku sierpnia portal Konkret24 próbował dowiedzieć się w jakich miejscach istnieje największe ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa. Informacji o ogniskach zakażeń nie uzyskano jednak w Ministerstwie Zdrowia. Zamiast tego redakcja musiała zwrócić się do wszystkich 16 wojewódzkich stacji sanepidu (odpowiedziało 15 z nich). Tylko dzięki pracy dziennikarzy wiemy, że wśród 530 ognisk wykrytych między 1 kwietnia a 31 lipca ani jedno nie miało związku z transportem publicznym. Dane nie były jednak standaryzowane, a poszczególne stacje różnie raportowały występowanie ognisk - liczby te należy więc traktować poglądowo.

- Wiedza wynikająca z zagranicznych badań pozwala choćby na określenie odpowiednich rozwiązań zapewniających większe bezpieczeństwo. Na przykład nie ma większego sensu tworzenie stref wydzielonych, gdy motorniczy czy kierowca jadą w szczelnej kabinie, bo tylko zmniejsza to przestrzeń dla pasażerów. Istotne jest za to częste wietrzenie pojazdów, co przecież i tak ma miejsce podczas postojów na przystankach. Problem w tym, że takich czynników się u nas szczegółowo nie analizuje. Zamiast tego przewoźnicy i aktywiści muszą posiłkować się ekspertyzami z innych krajów, a przedstawiciele rządu sieją strach na podstawie własnego widzimisię. Działania resortu infrastruktury i sanepidu to papierek lakmusowy tego, jak naprawdę wygląda zarządzanie publiczne w czasach kryzysowych - stwierdza Trammer.

"W okresie wakacyjnym było źle, natomiast teraz z siatką połączeń autobusowych jest już tragicznie"

Już pierwsza fala epidemii koronawirusa spowodowała - zarówno na kolei, jak i w przypadku autobusów - drastyczne spadki w liczbie przewożonych pasażerów i straty finansowe przewoźników. W szczególnie dramatycznym położeniu znaleźli się przewoźnicy autobusowi, których kondycja jeszcze przed epidemią była nie do pozazdroszczenia. W całym kraju masowo zawieszano połączenia, a część PKS-ów znalazła się na granicy upadku lub ogłaszała restrukturyzację. Gdy przewoźnicy próbowali podnieść się odwołaniu pierwszego lockdownu, jesienią sytuacja się powtórzyła, a obostrzenia objęły m.in. istotne z punktu widzenia przewoźników sektory edukacji (wprowadzenie ogólnonarodowej nauki zdalnej oznaczający brak dojazdów do szkół) i turystyki (zamknięte hotele). Poważnie ucierpiały też firmy realizujące przewozy autokarowe.

- Po drastycznym spadku portfela zamówień w marcu, w okresie wakacyjnym było źle, natomiast teraz z siatką połączeń autobusowych jest już w całym kraju tragicznie. Część przedstawicieli branży, z którymi rozmawialiśmy, twierdzi, że trudno będzie im się "podnieść" jeszcze przez kolejne 2-3 lata. Negatywne komentarze wygłaszane przez polityków mogą sprawić, że nawet po zniesieniu obostrzeń, wiele osób będzie odczuwać obawy i nie powróci do transportu zbiorowego. Wielu przewoźników może jednak w ogóle nie przetrwać drugiego lockdownu, a pasażerowie nie będą już mieli do czego wracać. Część z nich przesiądzie się z pewnością do samochodów - mówi Budych.

Wskazuje też, że wsparcia finansowego potrzebują obecnie wszystkie gałęzie transportu zbiorowego, ale głównej mierze dotyczy to przewoźników autobusowych. - Podczas ostatniego posiedzenia zespołu ds. walki z wykluczeniem transportowym zapytaliśmy Ministerstwo Infrastruktury, czy zamierza takiego wsparcia udzielić. Resort odpowiedział dość jednoznacznie, że stawka za wozokilometr w ramach Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych została podniesiona ze złotówki do trzech złotych, tak więc pomoc się pojawiła. Należy jednak podkreślić, że nie jest ona adekwatna do obecnych potrzeb branży. Państwo powinno jak najszybciej wspomóc firmy realizujące połączenia autobusowe, tak by miały z czego ponosić koszty stałe, związane m.in. z leasingami, ubezpieczeniem pojazdów, opłacaniem składek ZUS i wypłatą wynagrodzeń. Dobrym rozwiązaniem byłoby również odroczenie opłat drogowych - wymienia prezeska stowarzyszenia Wykluczenie Transportowe.

Trammer podkreśla natomiast, że w przezwyciężeniu kryzysu kluczowe może okazać się to, by przekonać ludzi, którzy chcą korzystać z autobusów czy pociągów, że nie grozi im wielkie niebezpieczeństwo, i że przewoźnicy przestrzegają zaleceń sanitarnych. - Być może dzięki takiej kampanii informacyjnej, zainicjowanej np. przez resort infrastruktury, udałoby się uniknąć scenariusza, w którym część firm - nie wiemy jeszcze jak duża - po prostu upadnie. Receptą na wyjście z kryzysu nie jest na pewno dalsze uszczuplanie siatki połączeń, bo to podziała na pasażerów zniechęcająco. Trzeba raczej walczyć o to, by oferta przewozowa była jak najbogatsza - zaznaczył redaktor naczelny dwumiesięcznika "Z Biegiem Szyn".

Chcesz, żebyśmy zweryfikowali czyjąś wypowiedź? Napisz: listydoredakcji@gazeta.pl

Zobacz wideo Czy uda się uniknąć twardego lockdownu?