Fryzjer wygrał z sanepidem. Sąd uznał, że nie musi płacić kary nałożonej za działalność w lockdownie

Na fryzjera ze Śląska Opolskiego roku sanepid nałożył 10 tys. zł kary za ostrzyżenie klienta kilka dni po wprowadzeniu wiosennego lockdownu. Sąd uznał, że nie ma podstaw do nakładania takich kar i opublikował obszerne uzasadnienie.
Zobacz wideo Mandat za spacer w sylwestra? Niejasne wypowiedzi przedstawicieli rządu

Cała historia zaczęła się 22 kwietnia. Tego dnia fryzjer z Opolszczyzny przyjął w swoim salonie klienta na strzyżenie włosów. Zrobił to pomimo obowiązującego wtedy od trzech dni lockdownu, w ramach którego rząd w rozporządzeniu zakazał tego typu działalności. Do lokalu wkroczyła policja, funkcjonariusze sporządzili notatkę (zaznaczyli przy tym, że zarówno fryzjer, jak i jego klient nie mieli założonych maseczek) i przekazali sprawę do sanepidu. 

Fryzjer dostał karę do sanepidu. Postanowił zawalczyć w sądzie o unieważnienie 

Powiatowy sanepid z Prudnika uznał, że "notatka urzędowa Policji została przez organ I instancji oceniana jako 'wiarygodne, rzetelne i stanowiące istotne, kluczowe źródło do ustalenia stanu faktycznego'" (to cytat z uzasadnienia WSA) i nałożył na przedsiębiorcę karę w wysokości 10 tys. zł (maksymalnie groziło mu 30 tys. zł kary). Ten postanowił zawalczyć w sądzie o stwierdzenie nieważności tej decyzji. 

Mateusz MorawieckiMorawiecki: Podatki obniżone. Ekonomista: Tu dajemy, a tam zabieramy

Sprawą zajmował się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu, teraz poznaliśmy uzasadnienie wyroku (o którym za chwilę). Opisywane w nim są między innymi okoliczności sytuacji z punktu widzenia skarżącego (czyli fryzjera), w którego imieniu występował pełnomocnik. Jak czytamy, tego dnia, czyli 22 kwietnia, fryzjer przyszedł do swojego zakładu, by przygotować dokumenty do ZUS i przekazać je wnuczce. "W tym czasie odwiedził go znajomy, któremu podczas pogawędki podciął włosy i na tej czynności zastali go funkcjonariusze policji. Od tego czasu nie przebywa w zakładzie fryzjerskim" - opisywał w uzasadnieniu wniosku skarżącego decyzję lokalnego sanepidu. Przedsiębiorca podkreśla też, że strzyżenie wykonywał w ramach przysługi koleżeńskiej, nieodpłatnie. Nie miał też szans wypowiedzieć się w sprawie, nie został przesłuchany, a postępowaniu dowiedział się od sanepidu jednocześnie z doręczeniem decyzji o karze. 

TVN24 rozmawiał z wnuczką fryzjera. "Dziadek działalność gospodarczą prowadzi 45 lat na rynku, wcześniej prowadził zakład na ulicy Piastowskiej. Wyuczył przez ten czas na pewno ponad setkę fryzjerów. W pracy jest od godziny 6.20, kończy przed 16. Ta praca to całe jego życie, nie potrafi inaczej spędzać czasu" - mówiła stacji Ewa Toszek, która jest też radczynią prawną. Wyjaśniała, że jej dziadek ma po prostu taki zwyczaj, że nie wypuszcza nikogo ze swojego zakładu fryzjerskiego bez ułożenia mu fryzury. 

Sąd uchylił decyzję sanepidu. Przedsiębiorca nie zapłaci kary 

Sąd pod koniec października uchylił decyzję sanepidu. Nie można bowiem ograniczać konstytucyjnych praw i wolności w rozporządzeniu, rząd mógłby za to takie ograniczenia nakładać, gdyby wprowadził formalny stan nadzwyczajny, przewidziany w konstytucji, na co się nie zdecydował. 

"Dlatego do uregulowań prawnych dotyczących ograniczeń praw i wolności człowieka i obywatela mają zastosowanie wszystkie konstytucyjne i legislacyjne zasady, obowiązujące poza regulacjami właściwymi dla stanów nadzwyczajnych z Rozdziału XI Konstytucji RP. W związku z tym w celu wprowadzenia ograniczeń wolności i praw człowieka nie można powoływać się na nadzwyczajne okoliczności, uzasadniające szczególne rozwiązania prawne oraz okolicznościami tymi nie można usprawiedliwiać daleko idących ograniczeń swobód obywatelskich wprowadzanych w formie rozporządzeń" - to fragment uzasadnienia wyroku WSA. 

Luty 2015 - demonstracja frankowiczów w Warszawie. Kredytobiorcy domagali się reakcji rządu i banków w sprawie kursu frankaFrankowicze idą do sądu. Obciążenie sędziów 'ponad ludzkie możliwości'

Sąd podkreślił też, że sanepid nie dopełnił wymogów proceduralnych przy podejmowaniu decyzji w sprawie kary, nie pozwalając stronie wypowiedzieć się co do dowodów. "Tymczasem w kontrolowanej sprawie organ nie tylko nie podjął wszelkich, ale nie podjął żadnych czynności w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego, poprzestając na bezkrytycznym przyjęciu jako poczynionych przez siebie ustaleń faktycznych treści notatki sporządzonej przez funkcjonariusza Policji" - opisuje Wojewódzki Sąd Administracyjny". 

Podkreśla jednocześnie, że same zakazy wprowadzane przez sąd miały sens merytoryczny w czasie epidemii koronawirusa. Problemem jest to, że przepisy wydano z naruszeniem konstytucji. "O ile oceniane zakazy, nakazy i ograniczenia były merytorycznie uzasadnione, o tyle tryb ich wprowadzenia doprowadził do naruszenia podstawowych standardów konstytucyjnych i praw w zakresie wolności działalności gospodarczej" - czytamy w uzasadnieniu, którego całość dostępna jest tutaj. 

Ekspert: To daje możliwość dochodzenia odszkodowania

Wyrok nie jest jeszcze prawomocny, ale eksperci, których cytuje "Rzeczpospolita", zauważają, że jest bardzo ważny, bo, po pierwsze, to pierwszy wyrok sądu administracyjnego dotyczący kwestii legalności ograniczeń wprowadzanych w czasie pandemii, po drugie, ma obszerne i jasne uzasadnienie, poza tym, to swego rodzaju precedens, a przed sądami toczą się już inne, podobne sprawy. Do tego wyrok może oznaczać szansę dochodzenia odszkodowania od państwa przez przedsiębiorców. 

"W omawianej sprawie sąd rozstrzygnął negatywnie kwestię legalności decyzji PPIS [Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej - red.]. W uzasadnieniu stwierdził jednak wyraźnie, że rozporządzenie zostało wydane wbrew konstytucji. Kodeks cywilny w art. 4171 § 1 przewiduje, że jeśli szkoda została wywołana przez niezgodne z prawem wydanie aktu normatywnego, dochodzenie odszkodowania jest możliwe po stwierdzeniu we właściwym postępowaniu jego niezgodności z konstytucją lub ustawą" - mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Tomasz Zalasiński, ekspert Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. S. Batorego.