Wielka Brytania zmaga się z falą masowej samoizolacji. To zjawisko, które na Wyspach określane jest jako pingdemia (pingdemic, od słowa ping, jakim określa się dźwięk, który wysyła rządowa aplikacja, kiedy wzywa kogoś do niewychodzenia z domu).
W ostatnim tygodniu rządowe ostrzeżenie rozbrzmiało w kieszeniach ponad 600 tys. osób. To spory wzrost, wynoszący 60 proc. w porównaniu do poprzedniego tygodnia. Równocześnie to największy wzrost liczby samoizalacji na Wyspach od stycznia.
Tak wielka skala samoizolacji przełożyła się na realne problemy wielu sklepów. Klientów znów zaczęły straszyć puste półki.
Podczas pandemii utrzymaliśmy wszystkie sklepy otwarte, ale teraz musimy zamknąć kilka i ograniczyć działanie innych
- mówi w rozmowie z BBC dyrektor jednej z firm handlujących mrożoną żywnością. Tylko w przypadku jednej firmy wskaźnik samoizolacji wśród pracowników osiągnął 3 proc., co przełożyło się na konieczność pozostania w domu kilkudziesięciu osób.
Problemy dotyczą też firm transportowych, które zgłaszają niedobór kierowców. Pracować nie mogą również dostawcy paliw. Jedna z największych sieci działających na Wyspach przyznaje, że musiała już zamknąć kilka placówek.
Cytowany przez agencję AFP przewodniczący Federacji Przemysłu Brytyjskiego ostrzegł, że firmy wyczerpały awaryjne scenariusze. W ciągu najbliższych dni grozi im konieczność wstrzymania działalności.
Masowe wezwania do samoizolacji wiążą się z równie masową falą zachorowań. Od czasu złagodzenia restrykcji, które rząd ogłosił w poniedziałek 19 lipca, dziennie pojawia się 50 tys. nowych przypadków zachorowań na koronawirusa.
Wzrost nie jest zaskoczeniem dla rządu. Minister zdrowia Sajid Javid powiedział w zeszłym tygodniu w Izbie Gmin, że w dalszej części lata liczba zakażeń może dojść do 100 tys. dziennie. Stwierdził jednak, że z uwagi na sukces programu szczepień, liczba zachorowań nie przełoży się na nadmierną presja na służbę zdrowia. "Szczepienia stworzyły mur ochronny, który oznacza, że możemy wytrzymać letnią falę" - stwierdził.