964 - o tylu nowych zakażeniach koronawirusem poinformowało w środę Ministerstwo Zdrowia. Dzień wcześniej po raz pierwszy od dwóch miesięcy resort podał czterocyfrową liczbę nowych przypadków (1075).
Wiadomo - po weekendzie zwykle liczba nowych przypadków bywała większa. Po dramatycznych danych z ostatnich dwóch lat - często dziesiątkach tysięcy nowych zakażeń i setkach osób zmarłych dziennie - ok. 1000 przypadków i trzy przypadki śmiertelne nie robią specjalnego "wrażenia". Ale jednak nawet w tych strzępach statystyk, które jeszcze pokazuje Ministerstwo Zdrowia, widać, że coś się w polskich danych dzieje.
Rzeczone 964 nowe przypadki to jednak ponad dwa razy więcej niż tydzień tego i niemal 3,5 raza więcej niż przed dwoma tygodniami. To wszystko w warunkach, gdy COVID-19 (choć ostatnio coraz częściej określany już jako COVID-22 ze względu na znaczącą różnicę obecnego koronawirusa od "oryginału") w Polsce został w zasadzie odwołany.
16 maja, po ponad dwóch latach obowiązywania, zniesiony został w Polsce stan epidemii. Wcześniej - od 1 kwietnia - znacząco ukrócono system darmowych testów. Zamknięto mobilne punkty pobrań, bezpłatnych testów nie wykonują już także laboratoria i farmaceuci w aptekach. Darmowy test może wykonać lekarz POZ lub w szpitalu.
Od 16 kwietnia Ministerstwo Zdrowia zaprzestało natomiast codziennych publikacji danych epidemicznych w mediach społecznościowych. Statystyki wciąż ukazują się codziennie na rządowej stronie "Raport zakażeń koronawirusem", ale analitycy wskazują, że coraz trudniej jest na ich podstawie wyciągać wnioski.
Wiarygodność danych po 1 kwietnia jest bardzo niska. Co prawda raport zakażeń Ministerstwa Zdrowia ukazuje się codziennie, ale jedynie liczba zachorowań, testów i zgonów nadają się do dalszego przetwarzania. Pozostałe ważne liczby (osoby na kwarantannie, wyzdrowienia) niczego nie wnoszą, gdyż zmiana przepisów wywróciła do góry nogami system testowania i kwarantanny. Także wartości bezwzględne liczby dziennych zachorowań nie oddają stanu obecnego, gdyż są bardzo zaniżone
- komentował dla Gazeta.pl Wiesław Seweryn, członek grupy TAN, która analizuje dane epidemiczne z Polsce. Analityk zauważał także, że Ministerstwo Zdrowia zaprzestało też publikowania cotygodniowych statystyk zakażeń i zgonów z uwzględnieniem zaszczepienia oraz danych o zajętych łóżkach i zajętych respiratorach, także w województwach.
O "niemiarodajnych danych" mówił też prof. Krzysztof Pyrć z Małopolskiego Centrum Biotechnologii UJ, zaś dr Franciszek Rakowski z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania UW porównywał sytuację ze statystykami w Polsce do następstw uszkodzenia termometru.
Teraz w rozmowie z Gazeta.pl dr Rakowski szacuje, że około tysiąc zakażeń meldowanych dziennie przez resort zdrowia może oznaczać ok. 18-20 tysięcy realnych przypadków. - Ta fala zatacza już całkiem szeroki krąg - mówi naukowiec. Wskazuje, że "prawdziwie mocnej fali" w kwestii zachorowań może spodziewać się jesienią, choć nie przewiduje tak dramatycznego scenariusza (w kwestii hospitalizacji czy zgonów) jak w poprzednich latach.
Z danych analizowanych przez Łukasza Pietrzaka wynika, że tydzień do tygodnia nie urosła liczba zakażeń wyłącznie w województwie lubelskim.
Rośnie też liczba zakażeń w innych krajach Europy, np. Niemczech, Francji czy Włoszech. Jak przewidują jednak ekonomiści z banku Pekao, najpewniej powrót lockdownów nas nie czeka - a raczej kolejne kampanie szczepień czy powrót kontroli sanitarnych w podróżach. Jak zauważają, dane wciąż wskazują, iż szczepionki i odporność nabyta po przechorowaniu dają dużą ochronę przed ciężkim przebiegiem choroby.