Ten miesiąc jest wyjątkowy. Poznamy nie tylko dane o poziomie inflacji za luty, ale także nowy tzw. koszyk inflacyjny, który może sprawić, że zmienią się szacunki dotyczące wskaźnika za styczeń. Na ten moment (przed godziną 10 w środę 15 marca, czyli przed publikacją danych GUS), mamy 17,2 proc. inflacji za styczeń (czyli o tyle wzrosły ceny w styczniu w porównaniu z tym samym miesiącem 2022 roku) i średnią prognoz na poziomie 18,6 proc. za luty. Więcej na ten temat piszemy w poniższym tekście:
Pojawiają się sygnały, że Polacy niekoniecznie wierzą w to, że ceny rosną w takim tempie, jak wskazują na to dane GUS. Trudno się dziwić, bo na co dzień skupiamy się zapewne w dużej mierze przede wszystkim na cenach żywności, z których wiele rośnie mocniej niż inflacyjna średnia. Wielu może mieć też z tyłu głowy bolesny wzrost raty kredytu hipotecznego (więcej na ten temat w odniesieniu do inflacji już za chwilę). Na początku tego roku pojawił się sondaż, w którym w odpowiedzi na pytanie o poziom inflacji w 2022 roku, średnia wskazań ankietowanych wyniosła 43 proc. W takim tempie według badanych Polaków rosły ceny towarów i usług, a w każdym razie tak ten wzrost odczuwali.
Trudno dyskutować z czyimiś odczuciami, ale takie postrzeganie cen wpływać może na decyzje zakupowe Polaków. Z jednej strony, im według konsumentów jest drożej, tym mocniej mogą przycinać wydatki, z drugiej - może im być łatwiej akceptować podwyżki cen wcześniej nie drożejących produktów, bo przecież "wszystko drożeje". Do tego coraz łatwiej jest przyjąć, że chyba musi istnieć jakaś inna, "prawdziwa" inflacja, skoro ta publikowana przez GUS wydaje się zaniżona.
Tymczasem to wskaźnik, który podaje Główny Urząd Statystyczny jest tym "prawdziwym" i najpełniejszym z możliwych. Publikowane przez inne podmioty sondaże czy wyrywkowe wskaźniki cen zbieranych dla części rynku lub dla części produktów są właśnie tym: sondażami i wyliczeniami częściowymi, a nie twardymi danymi, opisującymi w pełni cenową rzeczywistość (np. dotyczącymi tylko cen żywności albo części towarów bez uwzględnienia usług). Wystarczy uświadomić sobie, że GUS miesiąc w miesiąc śledzi ponad 230 tysięcy cen (to dane na koniec 2019 roku), a ta liczba rośnie.
- Chciałabym podkreślić, że wskaźnik CPI nie mierzy naszego indywidualnego poziomu utrzymania. W ramach badania obserwujemy to, co dzieje się w gospodarstwach domowych w ciągu całego roku, ale w skali makro - mówi Next.Gazeta.pl Ewa Adach-Stankiewicz, dyrektorka departamentu handlu i usług w GUS.
Zgadzam się z tym, że analizując wydatki gospodarstw domowych w skali makro nie odzwierciedlamy struktury zakupów konkretnego gospodarstwa domowego. Nie każdy w danym miesiącu kupuje na przykład samochód czy lodówkę, ale wszystkie wymienione kategorie produktów muszą być w inflacji ujęte, bo gdzieś w gospodarce, jakaś część gospodarstw je kupuje. Liczony przez nas wskaźnik obejmuje wydatki na wszystkie dostępne towary na rynku, ale każdy z nas ma swój indywidualny wzorzec zakupów
- dodaje. Można to ująć tak, że każdy z nas ma "swoją inflację", czyli swój koszyk towarów i usług, które kupuje. Ale tego nie da się zmierzyć, a dla potrzeb statystycznych i na użytek decydentów gospodarczych i politycznych wyliczany jest wskaźnik dla całego kraju.
Czego w nim nie ma? Wskaźnik ten obrazuje zmianę cen towarów i usług konsumpcyjnych - mówimy o inflacji CPI (z ang. consumer price index - indeks cen konsumpcyjnych). Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o towary przeznaczone do bezpośredniej konsumpcji, czyli wykorzystania przez gospodarstwa domowe, na potrzeby codziennego życia. Nie ma tam np. surowców wykorzystywanych w przetwórstwie czy towarów niezbędnych do świadczenia usług ogólnych - czyli słynnych już (bo często przywoływanych przy okazji inflacyjnych mitów) lokomotyw, tankowców czy szyn.
To, co może się wydawać dość kontrowersyjne, ale tak jest we wszystkich krajach UE, to fakt, że we wskaźniku inflacji nie są uwzględniane raty kredytów. Uznaje się je za wydatki inwestycyjne, a nie wydatki konsumpcyjne. W CPI ujmowane są jedynie opłaty bankowe
- dorzuca Ewa Adach-Stankiewicz.
Żeby policzyć inflację GUS potrzebuje dwóch komponentów: koszyka inflacyjnego i danych o zmianach cen. Pierwszy z nich to wiedza o tym, jak na poszczególne kategorie produktów rozkładają się wydatki gospodarstw domowych, czyli jaką część domowego budżetu przeznaczamy na żywność, jaką na opłaty za śmieci, a jaką na kino czy fryzjera itp. Ta struktura wydatków nazywana jest "koszykiem inflacyjnym" i jest aktualizowana co roku, w marcu. Pochodzi zawsze z roku poprzedzającego rok badawczy, czyli w tym roku będzie to koszyk za rok 2022.
- Ta struktura koszyka radykalnie i szybko się nie zmienia, ale możemy dostrzec zmiany na poziomie wybranych grup towarów. Informacja ta wykorzystywana jest jako tak zwany system wag przy agregacji wskaźników obliczanych dla poszczególnych grup towarów i usług - wyjaśnia dyrektorka z GUS.
Koszyk inflacyjny pokazuje zatem procentowy udział poszczególnych grup towarów i usług w całości wydatków konsumpcyjnych gospodarstw domowych. Widać w nim, co najbardziej "waży" - i zdecydowanie pierwszym miejscu jest żywność. Według koszyka z marca 2022 r. udział tej kategorii wyniósł 26,59 proc. Rok wcześniej było to nieco więcej (27,77 proc.), a w 2020 roku mniej (25,24 proc.).
Mówiąc jeszcze inaczej: nie wszystkie zmiany cen są tak samo mocno odczuwane. Jeśli mocno zdrożeje usługa, z której polskie gospodarstwa domowe bardzo rzadko korzystają, i która stanowi niewielki odsetek ogólnych wydatków, to ten wzrost ceny nie będzie bolał tak mocno, jak drożejąca żywność, na którą przeznaczamy największą część domowego budżetu konsumpcyjnego. I właśnie to ma odzwierciedlać koszyk oraz powstający na jego podstawie system wag poszczególnych kategorii, który GUS wykorzystuje przy wyliczaniu inflacji.
Według głównego podziału mamy 12 działów:
- Żywność i napoje bezalkoholowe
- Napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe
- Odzież i obuwie
- Użytkowanie mieszkania lub domu i nośniki energii
- Wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego
- Zdrowie
- Transport
- Łączność
- Rekreacja i kultura
- Edukacja
- Restauracje i hotele
- Inne towary i usługi.
- W 2023 roku do koszyka inflacyjnego dodaliśmy dane dotyczące diagnostycznych usług medycznych, rozwijających się usług kosmetycznych i pielęgnacyjnych, także trochę usług cateringowych. Poszerzyliśmy zatem zakres zbieranych informacji. Natomiast zrezygnowaliśmy z takich usług jak naprawy niektórych produktów - mówi Ewa Adach-Stankiewicz.
A skąd GUS w ogóle wie, jaką część wydatków przeciętne gospodarstwo domowe w Polsce przeznacza na przykład na sport, a jaką na transport? Temu służy badanie budżetów gospodarstw domowych. To badanie ankietowe, cykliczne, w ramach którego zbierane są informacje o wydatkach ponad 30 tysięcy gospodarstw domowych. Gospodarstwa do badania wybiera się losowo. Rozmawiają przez telefon z ankieterem lub dostają specjalne książeczki (papierowe lub elektroniczne), w których wpisują wydatki na swoje zakupy. Poniżej przykłady z takiej Książeczki Badania Budżetów Gospodarstw Domowych z publikacji GUS (można ją zobaczyć tutaj, ta akurat publikacja ma kilka lat, więc proszę się nie dziwić wpisanym w niej przykładowym poziomom cen, a internetową wersję demo można znaleźć pod tym linkiem).
- Wiedząc, na co gospodarstwa domowe przeznaczają swoje wydatki, dobieramy do tego konkretne produkty, których ceny podlegają obserwacji. Muszą to być produkty dostępne na rynku, ale wykluczamy te o bardzo skrajnych cenach - mówi Adach-Stankiewicz.
Informacje na ten temat zbierane są na kilka sposobów. Głównym jest tradycyjna metoda, czyli sprawdzanie cen osobiście. Zbierają je ankieterzy GUS w ponad 200 rejonach (np. w Warszawie takich rejonów jest sześć) - to najczęściej miasta i przedmieścia, miejsca, w których konsumenci robią zakupy. Na liście są zarówno duże stacjonarne sieci handlowe, mniejsze sklepy, kioski czy stragany. - Ważne, żeby lista tych punktów była stała w ciągu roku. Właściciele tych sklepów wiedzą o badaniu, ankieter przychodzi oficjalnie, z identyfikatorem. Za pomocą specjalnej aplikacji notuje ceny, ta aplikacja pozwala mu poza tym skontrolować, czy nie popełnia błędu - wyjaśnia Next.Gazeta.pl przedstawicielka GUS-u.
Coraz większe znaczenie mają alternatywne metody zbierania danych. Kilka dużych sieci handlowych bezpośrednio przekazuje informacje do GUS ze swoich systemów. Poza tym swoje cenniki przesyłają też tzw. gestorzy, czyli takie podmioty, które mają znaczenie w określonym segmencie na rynku - to dotyczy np. cen ubezpieczeń. Urząd pobiera również informacje z cenników administracyjnych, w których publikowane są różne opłaty urzędowe. - Od stycznia tego roku zaczęliśmy włączać do obliczeń dane z web scrapingu - w ten sposób pozyskujemy informacje o cenach dla towarów, które często są nabywane w internecie, staramy się za pomocą odpowiedniego oprogramowania wyszukać i zanotować ich cenę oraz podstawowe cechy jakościowe - informuje Adach-Stankiewicz.
Nie mierzy się cen wszystkich produktów dostępnych na rynku, bo takie porównywanie byłoby po prostu technicznie niemożliwe. Ustalane są więc tzw. reprezentanty towarów i usług, czyli typowe lub najczęściej kupowane przez gospodarstwa domowe.
GUS nie publikuje pełnej listy reprezentantów z ich cenami. Urząd interesuje przede wszystkim zmiana tych cen, a nie ich poziom w złotych. Część z tych cen można znaleźć, na przykład w rocznikach statystycznych, ale pełnej otwartej bazy się nie prowadzi. Przyczyn jest kilka. Pierwsza jest dość prozaiczna: trudno jest po prostu utrzymać ciągłość takich danych, właściwości danego produktu mogą się zmieniać. I się zmieniają, co możemy obserwować coraz częściej jako tzw. downsizing, czyli zmniejszanie gramatury produktów.
- W tym roku wyjątkowo precyzyjnie sprawdzaliśmy tzw. listę reprezentantów, czyli wykaz towarów i usług, których ceny podlegają obserwacji. Wynika to z faktu, iż w ostatnim czasie obserwujemy zwiększoną częstotliwość zmian dotyczących wielkości opakowań, a także składu lub innych cech produktów, co w zasadzie jest zmianą jakościową produktu - wyjaśnia dyrektorka w GUS.
Poza tym, ujawnienie takiej listy mogłoby zostać odebrane jako promowanie konkretnych produktów. GUS kilka lat temu wyjaśniał, że z literatury statystycznej znane są przypadki, kiedy ceny produktów z opublikowanej listy reprezentantów były celowo utrzymywane bez zmian, a tych spoza listy - podnoszone.
By to wszystko zebrać, przeanalizować i skontrolować, potrzeba dużo pracy. Poza ankieterami niezbędni są do tego analitycy i informatycy.
Na zebranie danych o cenach za dany miesiąc mamy około 20-25 dni, a potem na przygotowanie już kompletnej informacji 10 dni roboczych. Pod koniec każdego miesiąca weryfikujemy dodatkowo informacje z cenników oraz otrzymujemy dane z sieci handlowych i innych źródeł. To wszystko trzeba połączyć, sprawdzić, skontrolować, czy nie ma błędów, odchyleń. Pracy jest więc sporo i jest to praca pod presją czasu. Dodatkowo czasami pojawia się konieczność modyfikacji założeń badania wynikająca np. ze zmian, takich jak uzależnienie ceny energii od limitu jej zużycia, które też trzeba ująć w badaniu
- opisuje Ewa Adach-Stankiewicz.
Tak zatem wygląda cały (pracochłonny) proces tworzenia jednego z najpopularniejszych - nie tylko wśród ekspertów - wskaźników gospodarczych: od ankiet sprawdzających strukturę wydatków, poprzez konstruowanie koszyka z systemem wag i zbieranie lokalnych cen po analizę i wyliczenie poziomu inflacji.
Na koniec jeszcze uwaga: inflacja określa dynamikę cen. Jeśli zatem spada, nie oznacza to, że ceny spadają, tylko że wciąż rosną, ale już wolniej. Spadek cen, czyli zjawisko, gdy w jakimś okresie ceny konsumpcyjne są niższe niż w poprzednim takim okresie, określa się mianem deflacji. W Polsce ostatnio z takimi (niewielkimi) spadkami mieliśmy do czynienia w latach 2014-2016.