Zbigniew Jagiełło, były prezes PKO BP, w rozmowie z "Rzeczpospolitą" odniósł się do kwestii kredytów frankowych. Jego zdaniem trzeba pamiętać, że kryzys frankowy ma swoją genezę w czasach, gdy dostęp do kredytów mieszkaniowych był niski.
Polacy szukali więc tańszego finansowania i znaleźli, za granicą. Ale uwaga. Ówcześni rządzący bardzo to wspierali. Następnie, gdy sytuacja walutowa się zmieniła, szybko się od tego odżegnywali
- stwierdził.
Stwierdził też, że zamiast problem rozwiązać, skupiono się na tym, by znaleźć kozła ofiarnego. - Banki doskonale się nadają, żeby być tym chłopcem do bicia - stwierdził.
Zbigniew Jagiełło przypomniał też, że od lat toczy się debata nad zmianą modelu finansowania kredytów mieszkaniowych. Elementem zmiany mogłoby być przejście na stałą stopę oprocentowania, w większości krajów rozwiniętych stopa zmienna jest rzadkością. - Zabrakło wsparcia ze strony instytucji nadzorujących, czyli Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego. Każda z nich zachowywała się asekurancko, nie podejmując żadnego działania w tej sprawie - ocenił rozmówca dziennika.
Zdaniem byłego szefa PKO BP podejście do kredytów hipotecznych wymagałoby fundamentalnej zmiany.
Uważam, że kredyt hipoteczny 20-25-30-letni nie jest produktem komercyjnym. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie w takim horyzoncie czasowym. Powinien zaspokajać potrzeby mieszkaniowe [...] W związku z tym instytucje państwowe powinny czuć się zobowiązane do zapewniania takiego bezpieczeństwa
- stwierdził Jagiełło.
Jego zdaniem "wszystkie pierwsze kredyty hipoteczne, do których się dopłaca (na 0,2 czy 5 proc.)", powinny znaleźć się w Banku Gospodarstwa Krajowego, "aby można byłoby je transparentnie wspierać".
- Banki komercyjne, mając dostęp do klientów, mogą im oferować uniwersalny, jednakowy produkt na takich samych warunkach, a następnie przekazywać do obsługi w BGK. Natomiast osoby, które kupują na kredyt drugie, trzecie mieszkanie, muszą już działać w realiach gospodarki rynkowej - stwierdził finansista.
W 2006 roku Komisja Nadzoru Bankowego wydała "Rekomendację S". Zaleciła w niej ograniczenie kredytów denominowanych w walucie obcej. Popularność kredytów głównie we franku szwajcarskim oraz euro była już wówczas wysoka.
Prawo i Sprawiedliwość, które było wówczas u władzy (pierwszy rząd PiS przypadł na lata 2005-2007) rekomendację skrytykował. Klub parlamentarny w oficjalnym komunikacie stwierdził, że "znaczna część średnio zarabiających Polaków nie będzie w stanie uzyskać dostępu do kredytu z powodu gwałtownego wzrostu jego kosztów".
Wprowadzanie sztucznych ograniczeń tamujących naturalny rozwój rynku kredytów nie służy polskiej gospodarce, a już na pewno nie służy obywatelom. Po wejściu w życie tych zmian nastąpi dalsza monopolizacja rynku usług bankowych, a konsekwencje odbiją się na kieszeni klienta
- pisało PiS w swoim oświadczeniu.
W 2011 roku, gdy było już jasne, że kurs franka szwajcarskiego wzrósł, a koszty rat poszły w górę, do dyskusji włączyła się Platforma Obywatelska. Donald Tusk twierdził jednak wówczas, że kredyty we franku szwajcarskim "nadal są opłacalne".