Rząd zapowiada rewolucję w Kodeksie pracy. Nowy tygodniowy czas pracy ma ulec skróceniu. Na stole leżą dwie propozycje - tydzień pracy będzie trwał 35 godzin (w przypadku skrócenia dnia pracy o godzinę) lub 32 godziny (przy pracy od poniedziałku do czwartku).
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej chce, aby krótszy tydzień pracy został wprowadzony jeszcze w tej kadencji rządu i nie powodował obniżenia pensji pracowników. - Czterodniowy tydzień pracy za tę samą płacę jest możliwy i będziemy o niego walczyć. Pracujemy, żeby żyć, a nie żyjemy, żeby pracować - mówiła 1 maja szefowa tego resortu Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Natomiast pod koniec kwietnia wiceszef MRPiPS Sebastian Gajewski zapewniał, że postulat czterodniowego tygodnia pracy jest traktowany poważnie. - Z tego powodu zleciliśmy już Centralnemu Instytutowi Ochrony Pracy (CIOP) badania dotyczące właśnie możliwości wprowadzenia 4-dniowego tygodnia pracy oraz wariantów, w których mogłoby się to odbyć - mówił w rozmowie z PAP.
Postulat krótszego tygodnia pracy pochodzi od Lewicy. Pomysł poparł m.in. jeden z liderów partii Razem Adrian Zandberg. - Myślę, że rzeczywistość będzie wymuszać w wielu sprawach ponowne przyjrzenie się tym obszarom. Uważam, że jeśli chodzi o czas pracy, to już jest czas, żebyśmy szli w tym kierunku. Stopniowo, krok po kroku, my mamy gotową ustawę, przygotowane od A do Z kompleksowe rozwiązanie do wprowadzenia w czasie jednej kadencji w sposób płynny, bezpieczny dla gospodarki - mówił w lutym w "Porannej rozmowie Gazeta.pl".
Zandberg wyjaśniał, że skrócenie czasu pracy powinno odbywać się stopniowo. - Do końca tej kadencji ludzie powinni pracować 35 godzin w tygodniu. Powinniśmy schodzić sukcesywnie po godzinie, dwie rocznie, żeby łatwo było to zakotwiczyć w planach firmy, żeby wiedziały, na co się piszą przez kolejne cztery lata. W 2027 roku - 35 godzin pracy - podkreślał polityk.