Rząd zaproponował budżetówce podwyżki równe prognozowanej przez siebie inflacji na 2026 rok, czyli 3 proc. Propozycja była tak oburzająca, że doszło do bezprecedensowej sytuacji - pierwszy raz w historii wspólnie sprzeciw w tej sprawie wyrazili pracodawcy oraz pracownicy. Forum Związków Zawodowych podkreśla, że to w gruncie brak realnych wzrostów płac, który poskutkuje "pogłębieniem erozji kadrowej w państwowej sferze budżetowej". A już teraz jest tam źle, o czym na Radzie Dialogu Społecznego mówiły związkowczynie z policji oraz sądów.
- Praktycznie każdy pracownik, który ma zostać urzędnikiem w sądzie musi przejść najpierw staż urzędniczy, więc na początek dostaje 3,7 tys. zł na rękę - mówi Urszula Łobodzińska wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Sądów KNSZZ "Ad Rem" w rozmowie z Next.Gazeta.pl. I brak jest obietnicy, że po jakimś czasie te zarobki znacząco wzrosną. Po zakończeniu stażu i przejściu kilku stopni awansowych na stanowisku starszego sekretarza, na którym wymagane jest wykształcenie wyższe, wynagrodzenie zasadnicze wynosi 6375 zł brutto, czyli około tysiąc dwieście złotych więcej na rękę, niż podczas stażu. Związkowczyni zauważa, że to poniżej mediany wynagrodzeń w Polsce, która w styczniu 2025 r. wyniosła 6 882,80 zł brutto. To próg, poniżej którego połowa społeczeństwa zarabia mniej, a połowa więcej pieniędzy. - Większość pracowników sądów, jest więc w tej biedniejszej części społeczeństwa, nie mówiąc już o relacji do przeciętnego wynagrodzenia - zauważa nasza rozmówczyni. Między innymi dlatego, ale również przez wzgląd na to co się dzieje w całej budżetówce, Łobodzińska uważa, że propozycja rządu by dać 3 proc. podwyżki jest "niedopuszczalna".
Tak niskie zarobki budżetówki sprawiają, że w sądach brakuje pracowników. Łobodzińska na RDS podkreślała, że coraz więcej spraw spada z agendy, z tak banalnego powodu, jak braki kadrowe. Jednym z ich powodów jest rotacja, która w sądach jest duża nie tylko przez wzgląd na płace, ale również dlatego, że to praca bardzo obciążająca psychicznie, pod wielką presją czasu i wielu ludzi ma problemy z wypaleniem zawodowym.
Odchodzi zarówno stara kadra, jak i nowi pracownicy, którzy szybko orientują się i mówią "boże, gdzie ja trafiłem za takie pieniądze?". To nie ma prawa działać, jeśli co chwilę między normalnymi obowiązkami trzeba przyuczać kogoś nowego do pracy. A nawet jak go przyuczymy, to zaraz ucieka
- mówi Łobodzińska.
Staż urzędniczy to nie jest natomiast kilka dni i po sprawie. W sądzie trwa nawet kilka miesięcy. A i tak nie przygotowuje do wszystkiego. Związkowczyni podkreśla, że koledzy i koleżanki uczą się od siebie wzajemnie. Jednak jeśli tak wiele osób odchodzi, to sądy wpadają w pętle sprzężenia zwrotnego, bo im mniej osób, które w zawodzie już pracowały, tym mniej można wyszkolić nowych urzędników sądowych.
Łobodzińska na RDS wspominała o brakach w kadrowych wśród protokolantów. Adwokat Grzegorz Ilnicki mówi nam, że w jego macierzystym Sądzie Pracy w Gdańsku kojarzy dzisiaj żadnej osoby na tym stanowisku, która była tam, gdy zaczynał swoją pracę 15 lat temu. - Łącznie z kierownikiem sekretariatu. Coś o miejscu pracy mówi to, że ludzie nie wiążą z sądem swojej docelowej pracy zawodowej. Szczególnie w dużych miastach, gdzie pensja niewiele ponad minimalną nie starcza na godne życie.
llnicki podkreśla, że praca protokolanta jest stresująca i wyczerpująca, bo to często 8 godzin siedzenia na sali sądowej w pełnym skupieniu. Widzi się czasem, że pod koniec dnia protokolanci, którzy nie piszą przecież wszystkiego słowo w słowo, notują wyraźnie mniej. A jako że protokolantów jest mało, to obciążani są zbyt dużą liczbą spraw, "których jest ogrom", mówi nasz rozmówca. Dodaje, że przy niskim wynagrodzeniu, praca ta przestaje być dla nich atrakcyjna.
W efekcie polskie sądy i polscy sędziowie są jednymi z najbardziej obciążonych w Unii Europejskiej. Składa się na to brak wykształconej i przyuczonej kadry, niedofinansowanie sądów, ale też skomplikowane przepisy, z których mnóstwo można by uprościć. Ponadto wiele spraw w ogóle nie powinno trafić do sądów, bo można je rozwiązać poza nimi.
Najlepiej paraliż polskich sądów, który z tego wynika, pokazuje chyba to, że na rozwód trzeba czekać w Warszawie ponad rok, nawet jeśli obie strony się na niego zgodziły. Nie mówiąc już o sprawach frankowych. Te terminy są strasznie długie
- mówi Łobodzińska.
Mecenas Grzegorz Ilnicki wskazuje inne przykłady paraliżu. Wspomina o zarządzeniach sędziów, które przez miesiąc albo dwa nie są wykonywane, ktoś nie dostaje pisma, ktoś nie został wezwany. - Zarządzenia te widać w systemie elektronicznym, ale fizycznie bywają nierealizowane, bo nie ma rąk do pracy. A to bardzo silnie wpływa na postępowanie - mówi. Konsekwencją tego jest to, że sędziowie nie tylko muszą rozstrzygać sprawy, ale jeszcze zarządzać całym tym kryzysem. Niestety często te próby są frustrujące dla obywateli, którzy widzą, że sądownictwo i państwo nie działa.
Sędziowie najczęściej bowiem decydują się na jedną z dwóch opcji. Dla przykładu, jeden z warszawskich sądów pracy wyznacza rozprawy - jak mówi Ilnicki - w całkiem niezłym tempie, czyli co dwa-trzy miesiące. Sędziowie zastrzegają jednak, że będą słuchać tylko jednego albo dwóch świadków, bo mają półtorej godziny. Więc gdy świadków jest kilkunastu, trzeba wyznaczyć takich rozprawy co najmniej kilka, czasem i dziesięć. Inna szkoła, to czekanie na sprawę rok albo dłużej, ale z wyznaczonymi kilkoma całodziennymi terminami w ciągu kilku tygodni. Ilnicki osobiście sympatyzuje z tą drugą opcją, ale zaznacza, że obie metody są szukaniem przez sędziów sposobu na radzenie sobie z kryzysem. Dodaje jeszcze, że im większy sąd, tym sytuacja jest, co do zasady trudniejsza. Mniejszym sądom powiatowym jest nieco łatwiej, bo często wpływa do nich mniej spraw i obciążenie sędziów i pracowników sądów jest łatwiejsze do udźwignięcia.
Chciałam się zapytać strony pracodawców, jak się prowadzi biznes w państwie, w którym sądownictwo nie działa?
- mówiła Łobodzińska na RDS.
Największe niedobory w sądach są wśród asystentów. Nasza rozmówczyni przyznała, że akurat w tej sprawie rząd chciał pomóc sędziom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji i udało się wysupłać pieniądze na ponad 1,1 tys. nowych etatów asystenckich. Problem w tym, że na te miejsca nie ma chętnych. I nie chodzi nawet o zarobki, choć te nie powalają - Łobodzińskiej, która jest asystentką sędziego z ośmioletnim stażem i i zdanym egzaminem adwokackim nie udzielono w ubiegłym roku kredytu, ponieważ za mało zarabia. Ale nie mowa o pożyczce na mieszkanie, bynajmniej. Bank nie dał jej kredytu nawet na samochód.
Wakatów jest tak dużo, że Ministerstwo Sprawiedliwości chce zatrudniać studentów. 37 wakatów w samym sądzie apelacyjnym w Warszawie, ponad 50 w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Chciałabym zobaczyć tych studentów piszących wyroki i uzasadnienia w najwyżej instancji sądu powszechnego
- mówi Łobodzińska.
Chętnych brakuje jednak głównie dlatego, że zawód asystenta sędziego nie ma przyszłości, po tym jak poprzednie władze zabrały asystentom możliwość zdawania egzaminu sędziowskiego.
Nie chcą nas dopuścić do zawodu sędziego. Jest bardzo mała możliwość zrobienia tego przez aplikację uzupełniającą, na którą jest jednak mało miejsc
- mówi nasza rozmówczyni.
- Nawet jeśli ktoś wygra konkurs na aplikację uzupełniającą, to oprócz pracy w sądzie, musi jeździć na zjazdy i szkolenia do Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, oczywiście sam opłacając dojazdy i noclegi. Praca na pełen etat i dojazdy akurat do Krakowa są bardzo obciążające, szczególnie jeśli asystent jest np. z północnej części Polski. A jeszcze pomiędzy tym wszystkim trzeba się przecież cały czas uczyć - wylicza Łobodzińska.
I dodaje, że prawnicy po studiach nie chcą do końca życia być asystentami, toteż nie decydują się na ten zawód w ogóle. Jako przykład podaje jedno z miast powiatowych, w którym było sześć wolnych wakatów. Kandydatów zgłosiło się jednak mniej, a ostatecznie przyjęto tylko jedną osobę, bo reszta nie zdała testu. Łobodzińska podkreśla, że to wszystko były osoby po studiach, z tytułem magistra prawa, dlatego nie wyobraża sobie, jak ten test mają zdać studenci, którymi rząd chce uzupełniać braki.
I dodaje, że prawnicy po studiach nie chcą do końca życia być asystentami, toteż nie decydują się na ten zawód w ogóle. Jako przykład podaje jedno z miast powiatowych, w którym było sześć wolnych wakatów. Kandydatów zgłosiło się jednak mniej, a ostatecznie przyjęto tylko jedną osobę, bo reszta nie zdała testu. Łobodzińska podkreśla, że to wszystko były osoby po studiach, z tytułem magistra prawa, dlatego nie wyobraża sobie, jak ten test mają zdać studenci, którymi Ministerstwo chce uzupełniać braki. I dodaje, że pamięta, gdy na jedno wakat asystencki było od kilkunastu do kilkudziesięciu chętnych.
Rząd PiS chciał odwrócić wprowadzone przez siebie zmiany pod koniec kadencji, ale nie zdążył. Nowe władze natomiast nie chcą naprawić błędów poprzedników. I nawet nie tłumaczą dlaczego, choć środowisko asystenckie od pierwszego spotkania prosi o możliwość zdawania egzaminu sędziowskiego po pięciu latach pracy w zawodzie asystenta, jak było kiedyś. Ministerstwa Sprawiedliwości do rozmów nie skłoniło nawet stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich, który zwrócił się do Ministra Bodnara, zgłaszając nierówne traktowanie asystentów i wątpliwości konstytucyjne co do obowiązujących przepisów.
Asystenci nie mają bowiem dostępu do pozaplikacyjnego dojścia do zawodu sędziego, choć adwokaci, notariusze i radcowie prawni po trzech latach wykonywania zawodu mogą stawać w konkursach na sędziego sądu rejonowego. - A my, pomimo tego, że duża część asystentów ma zdany egzamin adwokacki czy radcowski, a nasza praca polega na sporządzaniu projektów wyroków, postanowień i uzasadnień, nieważne ile byśmy pracowali, to nie możemy podchodzić do takich konkursów - mówi Łobodzińska.
Łodzińska dodaje, że:
nawet jeśli uda obsadzić się wszystkie wakaty asystenckie, a praca sędziów będzie szybciej wykonywana, to i tak sądy „zakorkują się" na sekretariatach, które tę całą pracę będą musiały wprowadzić w życie. A te już i tak są za bardzo obciążone
Łobodzińska podkreśla, że pracodawcy sami mówią, iż administracja nie działa i w takich warunkach w Polsce nie da się prowadzić biznesu. I zwraca uwagę, że choć zgodnie z ustawą "Rada prowadzi dialog w celu zapewnienia warunków rozwoju społeczno-gospodarczego oraz zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki i spójności społecznej", a zgodnie ze słownikową definicją dialog to "szereg rozmów, negocjacji i innych działań mających doprowadzić do porozumienia między stronami konfliktu", to podczas posiedzeń RDS nic takiego się nie dzieje. Każda ze stron przedstawia swoje stanowisko i się rozchodzimy.
Moje wystąpienie miało potrząsnąć politykami, bo oni mają te swoje tabelki, którymi się zasłaniają, ale za nimi kryje się człowiek - pracownik Państwa Polskiego
- mówi nasza rozmówczyni.
To jest już nudne i żenujące, bo co roku musimy się prosić o każdy procent tej waloryzacji
- dodaje.
I tłumaczy, że tak było za poprzedniej władzy, jak i obecnej, nieważne, kto akurat rządzi. - Gdy trwa kampania wyborcza, to ten, kto jest u władzy dosypuje nam trochę podwyżek albo jakichś nagród. Ci w opozycji obiecują, czego to oni nie zrobią z budżetówką. Po wyborach dają jakieś podwyżki, żeby uspokoić nastroje, ale potem mrożą wzrost wynagrodzeń - opisuje sytuację całej budżetówki. Jej zdaniem, nie może być tak, że płace, a co za tym idzie, stan funkcjonowania państwa polskiego jest zależny od kalendarza wyborczego i od widzi mi się polityków.
To powinna być jakaś stała. Płace muszą być uzależnione od zewnętrznych czynników, a nie od arbitralnych decyzji polityków. Dlatego my się jako cała budżetówka domagamy powiązania wynagrodzeń z przeciętnym wynagrodzeniem, co jest daną niezależną i odzwierciedlająca wzrost płac w społeczeństwie
- podsumowała Łobodzińska.