Plotka wywołała lawinę. Zniknęło 150 ton ziemniaków. "To była zwyczajna kradzież"

O sprawie rolnika, który stracił 150 ton ziemniaków, zrobiło się już głośno w całym kraju. Plotka głosiła, że można je brać za darmo, jednak poszkodowany twierdzi, że była to zwykła kradzież.
ziemniaki w workach (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Kradzież czy rozdawnictwo?

W sobotę, 11 października w Dąbrowicy, w województwie podkarpackim na polu pojawiła się ogromna góra ziemniaków. 13 października w poniedziałek Piotr Gryta, rolnik i współwłaściciel lokalnej gorzelni przeżył szok. W weekend z powodu wydarzenia rodzinnego nie był świadom, że 150 ton zakupionych przez niego ziemniaków właśnie znika w workach, a nawet na przyczepkach, bo ktoś rzucił fałszywą plotkę, że warzywa można brać za darmo.

- Towar kupiliśmy w czwartek. W piątek za niego zapłaciliśmy. Przyjechał tego dnia i zrzuciliśmy go na pole, bo nie było gdzie trzymać. Produkcja miała ruszyć dopiero za kilkanaście dni. W weekend nie byłem w pracy. A kiedy dowiedziałem się, co się stało… już nie było czego zbierać - wyjaśnił "Faktowi" właściciel.

Ogromne ilości zniknęły bardzo szybko

Zakupionych od innych rolników ziemniaków było 6 tirów, łącznie 150 ton. Miały trafić do dalszego przerobu w położonej kilkaset metrów od pola gorzelni. Jednak bardzo szybko zostały rozparcelowane. - Jeden pan przyszedł i powiedział, że wziął dwa worki, bo "dostał zaćmienia", gdy zobaczył tłum ludzi. Przeprosił, wytłumaczył się i wszystko jest w porządku. Ale są też tacy, którzy zabrali dziesiątki ton - stwierdził rolnik. Telefon o całej sytuacji jeszcze w sobotę dostał też sołtys Dąbrowicy, który potwierdził, że "stało mnóstwo samochodów i ciągników".

Zobacz wideo Tomasz Bielecki: Nie wykluczałbym, że protesty społeczne spowodują renegocjację elementów Zielonego Ładu

To nie było rozdawnictwo

Plotka, że "ktoś wysypał, bo nie miał co z nimi zrobić" rozeszła się w błyskawicznym tempie. Jednak poszkodowany zdecydowanie wypowiada się o tej sprawie, wyjaśniając, że to nie był żaden społeczny gest. - To nie było rozdawnictwo. To była zwyczajna kradzież - powiedział. Straty wynoszą 60 tysięcy złotych. Właściciel jest zdziwiony, że nikt nie zapytał, ma bowiem publiczny numer, który wisi na bramie gorzelni, a w okolicy działa od 25 lat i wszyscy go znają. I chociaż nie szuka skandalu, nie zamierza zostawić sprawy bez konsekwencji.

- Jeśli ktoś wziął ziemniaki, niech się zgłosi i odda. W przeciwnym razie będzie to musiało zostać zgłoszone do prokuratury. To był mój towar. Legalny, zapłacony. To, co się wydarzyło, jest po prostu nie do uwierzenia - przestrzegł Piotr Gryta.

Plony za półdarmo

Plotka mogła trafić na podatny grunt, ponieważ w ostatnim czasie coraz częściej rolnicy decydują się na akcje rozdawania plonów. Najczęściej jednak takie samozbiory odbywają się za porozumieniem z plantatorem. Zainteresowani sami zbierają warzywa z pola, płacąc symboliczne kwoty za kilogram. Takie działania ze strony rolników to efekt nadprodukcji, która powoduje, że ceny niektórych warzyw w skupie są bardzo niskie. Wiele skupów nie chce już w ogóle przyjmować towaru, a producenci nie posiadają chłodni lub nie zamierzają ponosić kosztów składowania.

Czytaj też:Blady strach padł na producentów ziemniaków. Tanie i coraz tańsze

Źródło: Fakt

Więcej o: