Satelity ICEYE pomagały przy powodzi od pierwszych dni, pokazując zasięg powodzi. Jak się jednak okazuje, technologia nie była gotowa do użycia w Polsce. Centrum Informacji Kryzysowej Centrum Badań Kosmicznych PAN pierwsze testy analiz powodziowych z użyciem mikrosatelitów radarowych planowało przeprowadzić dopiero za kilka miesięcy.
- Ten produkt został w Polsce wykorzystany w trybie awaryjnym. Planowaliśmy to zrobić w przyszłym roku, na spokojnie. Natomiast widząc, co się dzieje, w poprzedni piątek zorganizowaliśmy briefing, który w ciągu pół godziny pozwolił nam zdefiniować, co możemy dostać, jak to może działać. W efekcie jeszcze w piątek o 14 z minutami mieliśmy pierwsze akwizycje powodzi. Akwizycje, czyli satelity, popatrzyły na teren Polski i zaczęły szukać śladów powodzi. Faktyczne jej ślady zostały znalezione w sobotę. Około południa i po południu pojawiły się już pierwsze analizy - tłumaczy w rozmowie z Next.Gazeta.pl dr Jakub Ryzenko, dyrektor CIK CBK PAN.
ICEYE to polsko-fińska firma, która dostarcza Polsce zdjęcia satelitarne. Przedsiębiorstwo dysponuje największą konstelacją mikrosatelitów radarowych do obserwacji Ziemi. W ich portfolio są analizy powodziowe, które dostarczają m.in. na rynek amerykański oraz australijski. Polska podjęła współpracę z ICEYE w ubiegłym roku, co było możliwe dzięki zwiększeniu środków, które nasz kraj przekazuje na rzecz Europejskiej Agencji Kosmicznej. Do tego wrócimy. Na razie skupimy się na tym, w jaki sposób projekt pomagał przy powodzi.
Po tym, jak planowane za kilka miesięcy testy zmieniły się w terenowy chrzest bojowy systemów ICEYE w Polsce, CIK CBN PAN poprosiło o generowanie przez satelity dwóch produktów.
- Pierwszym jest mapa maksymalnego zasięgu powodzi, czyli tego, jak daleko dotarła woda. To przydaje się do szacowania szkód, bo w tym przypadku nie jest istotna kolejność przechodzenia wody, tylko fakt jej obecności - mówi dr Ryzenko.
Drugi produkt, o który instytucja musiała konkretnie poprosić, to dane na temat zasięgu wody w danym momencie. Są niezwykle istotne z punktu widzenia akcji ratowniczej, tłumaczy nasz rozmówca. Dodaje jednak, że nie można ufać tym danym w 100 proc., bo mikrosatelity mają swoje ograniczenia i nie mogą wyłapać wody, gdy jest zasłonięta koronami drzew czy budynkami.
- Niemniej niezwykle istotne jest to, że gdy jedyną alternatywą są raporty terenowe, dzięki satelitom można wyrobić sobie lepszy ogląd sytuacji. To zupełnie inny komfort działania, bo jak może brzmieć raport terenowy? Dowiemy się z niego, że woda jest wokół raportującego. Ale nie dowiemy się, czy sąsiednia ulica jest zalana, czy woda wylała na pola, czy zalewa wszystkie budynki, czy ogranicza się do terenu przed wałami. Takich informacji nie uzyskamy z raportów od kilku czy nawet kilkunastu osób. Dlatego tak ważne jest spojrzenie z góry i do tego satelity radarowe doskonale się nadają - tłumaczy dr Ryzenko.
Dokładność takiego satelity można mierzyć w metrach, ale ze względu na wspomniane wcześniej ograniczenia, w przypadku powodzi CIK CBK PAN mówi o dokładności do kilkudziesięciu metrów. To za dużo, żeby pomóc rozpoznać pojedynczą osobę odciętą od świata wskutek powodzi, ale wystarczająco, by z dużą dokładnością i nie tylko w oparciu o raporty terenowe określić gdzie sytuacja jest najpoważniejsza.
Dr Ryzenko zauważa jednak, że jeśli już zidentyfikujemy z pomocą satelity najbardziej potrzebujące regiony, możemy wysłać tam drony do poszukiwania konkretnych osób. Jak tłumaczy, w przyszłości będzie można z ich użyciem prowadzić bardziej systematyczną obserwację. Obecnie drony wykorzystywało się tylko w niektórych miejscach i raczej do koordynowania akcji ratunkowych, choć zdarzało się również, że do poszukiwania ludzi na terenach zalanych. Nasz rozmówca przypomina, że na takie sytuacje warto znać "alfabet" sygnalizacji kolorami, szczególnie że to także drony mogą wykrywać.
Nasz rozmówca zwraca też uwagę na sposób komunikacji, wypracowany już po uzyskaniu danych. Dane uzyskane dzięki mikrosatelitom były wrzucane nie tylko na rządowy geoportal oraz przekazywane do systemów GIS w urzędach wojewódzkich. Stworzono też kanał na WhatsAppie, gdzie w formie graficznej wrzucano kluczowe informacje dla strażaków. To znacząco skróciło czas ich dostarczenia, a obecne na konwersacji osoby decyzyjne mogły od razu reagować i zadawać dodatkowe pytania, co pozwalało sprawniej nieść pomoc.
Liczy się czas. Początkowo potrzebowaliśmy około trzech godzin od przelotu satelity do faktycznego posiadania informacji. W tej chwili po przelocie satelity mniej więcej po 50 minutach informacje były dostępne już dla dowódców w terenie, z którymi mieliśmy bezpośredni kontakt
- mówi dr Ryzeznko. Dodaje, że jest dumny ze swojego zespołu, który w ciągu kilku dni zdołał zoptymalizować pracę i skrócić do minimum procesy.
Dzięki temu co kilka godzin - z minimalnym możliwym opóźnieniem - ludzie mieli informację na temat zasięgu powodzi i mogli podejmować ważne decyzje
- dodaje nasz rozmówca.
Na grupie na WhatsAppie byli obecni przedstawiciele Straży Pożarnej, od komendanta głównego przez szefów sztabów kryzysowych na niektórych odcinkach. Wspierali ich dyrektorzy CIK CBK PAN oraz kilku analityków.
Dr Ryzenko wylicza, że ICEYE wygenerowało 27 obrazów aktualnej sytuacji, a mapa maksymalnego zasięgu była aktualizowana sześciokrotnie. Natomiast na samym czacie na WhatsAppie CIK przesłało ponad 100 grafik, które - choć były jedynie wycinkami z dużej analizy - pomogły w ratowaniu powodzian i skupieniu się na obszarach, które najbardziej potrzebowały pomocy w danej chwili.
Wróćmy jednak do zwiększonych w ubiegłym roku wpłat na Europejską Agencję Kosmiczną przez Polskę. To m.in. dzięki temu Sławosz Uznański będzie drugim Polakiem w kosmosie w historii. Ale dr Jakub Ryzenko zwraca uwagę, że wyższe nakłady finansowe są przeznaczone też na tzw. technologie downstream, czyli na wykorzystanie na Ziemi danych satelitarnych, nie tylko w przypadku powodzi.
- Mamy już szereg sukcesów. Gdy zwiększono składkę, podjęto również decyzję, żeby część tych pieniędzy została przeznaczona na udział w Polski w programie wykorzystania technik satelitarnych dla bezpieczeństwa cywilnego. Wówczas powstała koncepcja stworzenia Civil Security Hub - hubu bezpieczeństwa cywilnego - mówi dr Ryzenko. Dodaje, że ośrodek jest wciąż w trakcie powstawania i obecna powódź była dla niego chrztem bojowym. Operatorem hubu ma być prowadzone przez naszego rozmówcę Centrum Informacji Kryzysowej.
Ten hub ma służyć dokładnie do tego, co zobaczyliśmy, czyli do wykorzystywania innowacyjnych rozwiązań technicznych, które nie weszły jeszcze do użycia. Ma dostarczać użyteczne informacje i wspierać proces wdrażania tego rodzaju technologii rzeczy
- mówi dr Ryzenko. Jak tłumaczy, wsparcie jest o tyle istotne, że dla osoby, która nie jest przyzwyczajona do używania danych satelitarnych, nie jest łatwe wdrożenie ich do logiki działań kryzysowych.
Rolą tego habu będzie tak naprawdę mówienie obydwoma językami: technologii i językiem świata jej użytkowników. Hub ma być mostem, pośrednikiem
- twierdzi dr. Ryzenko.
Jego zdaniem ostatnie wydarzenia w Polsce są dowodem na sensowność inwestowania publicznych pieniędzy w Europejską Agencję Kosmiczną i w ogóle w sektor kosmiczny. - Informacje, które dostarczamy, trudno przeliczyć na konkretne pieniądze, ale one pozwoliły na bardziej efektywną pomoc. A kosmos może być bardzo istotnym elementem dostarczania potrzebnych informacji - mówi nasz rozmówca.
- Płynie z tego optymistyczny przekaz, że nowe technologie, mimo że są trudne dla sektora bezpieczeństwa, mogą skutecznie być w nim wykorzystywane oraz że Polska jest jednym z wiodących krajów w skali europejskiej w tej materii - dodaje dr Ryzenko. Jako przykład przywołuje rolnictwo. Polska stała się jednym z pierwszych europejskich krajów i pierwszym wśród tych średnich i mniejszych państw na kontynencie, który swoją statystykę rolną oparł na zdjęciach satelitarnych. Dołączyliśmy do takich krajów jak Niemcy, Francja i Włochy, które robią to od pewnego czasu, ponieważ mają krajowe agencje kosmiczne.