Kupił wyspę, by stworzyć miasto przyszłości. Niepokojąca wizja milionera. "Kodowany kolorami apartheid"

Kacper Kolibabski
Milioner Balaji Srinivasan próbuje w San Francisco przejąć władzę, by wprowadzić tam oparty na koszulkach "kodowany kolorami apartheid". Kupił też wyspę, na której planuje zbudować Państwo Sieciowe. To kontrowersyjna idea, którą Srinivasan lansuje już do ponad dekady, a która była krytykowana jako technologiczny neokolonializm.
Balaji Srinivasan, zdjęcie ilustracyjne
fot. Steve Jennings/CC 2.0

Balaji Srinivasan może nie należy do najbogatszych z najbogatszych, bo jego majątek jest szacowany na "ledwie" 150 milionów dolarów, ale jego poglądy budzą kontrowersje porównywalne do zamożniejszych kolegów z Doliny Krzemowej. Jest zwolennikiem Państwa Sieciowego (The Network State), które krytycy nazywają formą współczesnego kolonializmu. Takie państwo miałoby się opierać na blockchainie, co dla Srinivasana jest naturalnym rozwinięciem jego działalności w branży kryptowalut. Jeden z jego projektów, Earn.com, pozwalał wysyłającym maile płacić kryptowalutami za odczytywanie wiadomości, czytamy na Inc.com. W ten sposób moglibyśmy być pewni, że osoba, do której wysłaliśmy maila, otworzy go i się z nim zapozna. Aż dziwne, że ten pomysł się nie przyjął, prawda? Srinivasan w ostatnim czasie skupia się jednak głównie na idei Państwa Sieciowego. W ubiegłym roku doprowadziło to do czegoś, co dziś nazywane jest w niektórych kręgach nieco na wyrost, ale jednak, bitwą o San Francisco. 

Zobacz wideo Techno-apokalipsa. W co wierzą Elon Musk i Peter Thiel [Co to będzie odc.48]

Miasto w chmurze, które narodzi się samo

Swoją flagową koncepcję Balaji Srinivasan przedstawił w magazynie Wired w 2013 roku w tekście "Oprogramowanie reorganizuje świat". Rozwinął ją natomiast w 2022 roku w 262-stronnicowym manifeście "The Network State". Zastanawia się w nim, czy możliwe jest powstanie nowego miasta, a być może nawet państwa, w chmurze, co miałoby być efektem procesu gromadzenia się, łączenia i wewnętrznej migracji internetowych społeczności. 

Jego zdaniem, jeśli wystarczająco duża liczba osób będzie decydować się na takie rozwiązania, to miasta, a nawet państwa w chmurze mogą same się objawić. W efekcie stworzyłyby "startupowe narody". Nie jest jasne, gdzie miałyby powstać takie państwa-miasta, Srinivasan twierdzi, że mogą być to pływające platformy albo regiony wyznaczone na mocy globalnego porozumienia.

To czasy, gdy jeszcze popularne było sharing economy, a w Uberze wielkie nadzieje pokładał też Balaji Srinivasan. I choć idea współdzielenia nie umarła i sama w sobie wydaje się rozwiązaniem niektórych naszych problemów, to czas pokazał, że gdy biorą się za to milionerzy z Doliny Krzemowej (a nie jest to oddolna inicjatywa), projekt zaczyna przypominać pierwotne założenie, tyle że w krzywym zwierciadle.

To o tyle ciekawe, że choć Srinivasan mówi o organicznym powstawaniu nowych form organizacji społecznych, to nie wspomina o tym, że stanie się to poprzez platformy internetowe należące do gigantów technologicznych, co 12 lat później jest już dość oczywiste. To ukryte założenie można wyczytać między wierszami, gdy milioner pisze o tym, jak ważne będą aplikacje np. do zamawiania rzeczy przez internet. Aplikacje, których architektura, jak już dobrze dziś wiemy, wpływa na to, w jaki sposób zamawiamy jedzenie, umawiamy się do lekarza oraz randkujemy i która jest zależna od big techów. 

Nowy wspaniały świat czy dobrze znany kolonializm w nowej odsłonie?

Temat Państw Sieciowych wrócił razem z Trumpem (który zresztą w 2017 roku rozważał kandydaturę Srinivasana na komisarza FDA, organu zajmującego się jakością oraz dopuszczaniem do obiegu żywności i jedzenia). Prezydent USA obiecał bowiem wydzielić kawałek Nevady, gdzie stworzy "specjalną strefę z ultraniskimi podatkami i z minimalną liczbą regulacji". 

Krytycy Srinivasana (np. Dave Troy i Slavoj Zizek) zauważają, że w gruncie rzeczy Srinivasan postuluje autorytarną technokrację, w której władzę oddajemy korporacjom. Te przecież odniosły sukces, więc mają większy merytoryczny mandat niż demokratycznie wybrane władze, by rządzić ludźmi. Raymond Craib oraz Brooke Harrington uważają, że to technokolonializm, mający na celu zastąpić wybranych w głosowaniu liderów korporacyjnymi dyktatorami, którzy działaliby w interesie akcjonariuszy. 

Bitwa o San Francisco

Powrót do krytyki Państwa Sieciowego to nie tylko zasługa Trumpa. Balaji Srinivasan również miał w tym swój udział, gdy w 2024 próbował przejąć władzę w ratuszu w San Francisco, co opisywał jako cel  kampanii politycznej finansowanej przez sektor technologiczny. Taki postulat pojawił się we wspominanym manifeście milionera z 2022 roku. Na czele ruchu w San Francisco stanął Garry Tan, obecny prezes Y Combinator, inkubatora startupów, w którym w 2013 roku Srinivasan bodaj pierwszy raz publicznie mówił o Państwie Sieciowym. Balaji zapewnia ideologiczną podbudowę, podczas gdy Tan buduje struktury w mieście, które mają pozwolić im przejąć władzę. 

Garry Tan wprost powiedział, że w swojej wizji nawiązują do "czegoś w rodzaju technologicznego syjonizmu", czytamy w "New Republic". Swój ruch porównał do tych zapoczątkowanych przez biblijnego Abrahama, Jezusa Chrystusa, Josepha Smitha (założyciela mormonizmu), Theodora Herzla ("duchowego ojca" państwa Izrael) i Lee Kuan Yewa (byłego autorytarnego władcę Singapuru).

Srinivasan wyjaśnił natomiast, że chciałby stworzyć "nowe polityczne plemię" wyróżniające się szarymi koszulkami i lojalnością mieszkańców wobec firm technologicznych. Jego członkowie mieliby specjalne identyfikatory, które pozwalałby na dostęp do ekskluzywnych, kontrolowanych przez nich obszarów miasta. Szarzy mieliby zawiązać sojusz z policją i finansować cotygodniowe "bankiety policyjne", by zyskać poparcie funkcjonariuszy. 

Co to znaczy? To, jak powiedziałem, bankiety. To znaczy, że syn, córka, żona, kuzyn, no wiesz, rodzeństwo każdego policjanta, powinien dostać pracę w firmie technologicznej zajmującej się bezpieczeństwem

- tłumaczył milioner w podcaście "Moment of Zen". 

Policja w zamian za dodatkowe jedzenie i pracę miałaby przysięgać lojalność Szarym, wcześniej jednak w serii pytań ustalane byłyby ich poglądy polityczne.

Krótko mówiąc, w grę wchodzi mnóstwo faszystowskiego cosplayu

- czytamy w "New Republic"

Srinivasan roztacza też wizję 50-tysięcznej parady Szarych, na której mile widziani byliby wszyscy... z wyjątkiem niebieskich, czyli liberalnych wyborców, którzy jego zdaniem są odpowiedzialni za problemy miasta (razem z bliżej niezdefiniowaną ideologią "woke"). Niebiescy nie mieliby też dostępu do części miast kontrolowanych przez Szarych, w przeciwieństwie do Czerwonych, tj. wyborców republikańskich. Swój "kodowany kolorami apartheid" - jak pisze "New Republic" - Srinivasan porównał do brutalnej wojny gangów z Los Angeles: Cripsów i Bloodsów. 

W poszukiwaniu utraconej wolności

Inicjatywy podobne do Państwa Sieciowego powoli stają się rzeczywistością. Sam Balaji Srinivasan kupił zresztą dopiero co wyspę w okolicach Singapuru, na której chce stworzyć Państwo Sieciowe. Inne podobne inicjatywy to Prospera w Hondurasie, Praxis od Drydena Browna, Blue Frontiers i Digital Free Zone.

Znany antropolog i aktywista anarchistyczny David Graeber w swojej ostatniej książce "Narodziny Wszystkiego. Nowa Historia Ludzkości", napisanej z Davidem Wengrowem, szukał odpowiedzi na pytanie, skąd biorą się nierówności. W książce udowadnia jednak, że to pytanie jest źle postawione i powinno brzmieć: "Dlaczego trwamy w systemie, w którym są nierówności?".

Autorzy udowadniają bowiem, że człowiek nie jest z natury dobry czy zły, ale zdolny do obu tych dyspozycji. I przez dziesiątki tysięcy lat prehistorii oraz następne tysiące lat historii ludzie eksperymentowali z różnymi systemami organizacji społecznej. Jedne opierały się na wolności osobistej i równości, inne pozwalały na powstanie arystokracji, a jeszcze inne mieszały oba te systemy. Wiele społeczności celowo decydowało się na organizację, która eliminuje lub znacząco zmniejsza nierówności i biedę. Graeber i Wengrow zauważają też, że dzięki tej różnorodności ludzie mieli większe możliwości wyboru społeczności, w której chcą żyć i która jest zgodna z ich wartościami. Oczywiście były okresy, gdy ten wybór był większy lub mniejszy, ale ostatnie kilka tysięcy lat historii zacementowało nas w systemie, w którym nierówności są powszechne. 

Kapitalizm jest dziurawy i szukanie alternatyw nie wydaje się nierozsądne. To, co jednak odróżnia inicjatywy jak Państwo Sieciowe od procesów opisanych przez Graebera i Wengrowa, to to, skąd one pochodzą - nie są to oddolne inicjatywy, świadomie wybierane raz za razem, w toku codziennie toczących się dyskusji, a raczej autorskie projekty techlordów. Każdy musi już jednak sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chciałby żyć w państwie stworzonym przez milionera takiego jak Srinivasan, w państwie, w którym władze oddajemy korporacjom.

Kacper Kolibabski
Więcej o: