Po dwóch tygodniach negocjacji w Glasgow politycy uzgodnili tekst porozumienia, pod którym podpisało się blisko 200 delegacji państw. Wciąż zakłada ono powstrzymanie globalnego ocieplenia na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu z epoką przedindustrialną (a już ogrzaliśmy Ziemię o ponad 1 stopień).
Brzmi nieźle, gdyby nie wprowadzone na ostatniej prostej negocjacji zmiany w treści dokumentu. Początkowo znalazło się w nim zobowiązanie, by "przyspieszyć rezygnację z węgla i dopłat do paliw kopalnych". Potem, w wyniku nacisków Indii i Chin, ten przekaz złagodzono. Zamiast "wycofania się" (ang. phase out) pojawiło się "ograniczanie" (ang. phase down).
Niewielka zamiana słów zmienia bardzo dużo w zobowiązaniach krajów. Szef szczytu klimatycznego Alok Sharma wyjaśniał, że ten kompromis był kluczowy, by do porozumienia w ogóle doszło.
Na temat samego szczytu, a także o innych zagadnieniach związane z klimatem piszemy na stronie głównej Gazeta.pl.
Zarówno Indie, które naciskały na zmiany, jak i Chiny, które ten głos wsparły, są wciąż bardzo głodne węgla. Mimo że widzą bardzo namacalne skutki spalania paliw kopalnych, dotyczące jeśli nie globalnego problemu rosnącej temperatury i wszelkich skutków, jakie to powoduje we wzorcach pogodowych, to zanieczyszczenia powietrza. Pekin co jakiś czas nakazuje ograniczyć prace lokalnych zakładów przemysłowych - na przykład przed międzynarodowymi imprezami sportowymi - by zmniejszyć trujący smog.
Zmiany klimatu najszybciej przebiegają na północnych szerokościach geograficznych, szczególnie w Arktyce. To tam średnie temperatury rosną najbardziej, a tak się składa, że Arktyka działa jak wielka lodówka i rezerwuar wody w jednym. Lód zgromadzony na lądach więzi ogromne jej ilości, kiedy się topi, spływa do morza, podnosząc jego poziom. Poza tym region ten jest wielkim lustrem. Jasne połacie arktycznego lodu - także tego morskiego - mają wysokie albedo, czyli dobrze odbijają promieniowanie słoneczne, jak lustro. Arktyka więcej ciepła oddaje w kosmos, niż go pochłania, co działa chłodząco na Ziemię.
Tymczasem najszybciej ocieplające się miasto świata leży na arktycznej wyspie Spitsbergen. To Longyearbyen, norweska osada, w której mieszka około 2500 osób. I gdzie przez ponad sto lat wydobywany był węgiel kamienny, którym mieszkańców także ogrzewano. Teraz w okolicach miasta działa już tylko jedna kopalnia, ale wokół wiele jest śladów z czasów większego zaangażowania w wydobycie. Co ciekawe, złoża w tym regionie umiejscowione są wysoko we wnętrzach wzgórz, nie głęboko pod ziemią, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce.
Dlatego resztki po tej działalności to nie tylko wejścia do dawnych kopalni, lecz także pozostałości po systemie transportowania węgla nadziemną kolejką.
Więcej zdjęć można zobaczyć w galerii znajdującej się pod zdjęciem głównym do artykułu.
Pod koniec września okazało się, że ta ostatnia norweska kopalnia węgla (w ogóle, Norwegowie ten surowiec wydobywali tylko na Spitsbergenie) zostanie zamknięta w 2023 roku. Było to zapowiadane już od kilku lat, ale wreszcie właściciel - państwowa firma Store Norske Spitsbergen Kullkompani - podała datę. To będzie oznaczać koniec wydobycia po 120 latach. Węgiel z Kopalni 7 wykorzystywany był głównie w lokalnej elektrociepłowni, część z niego eksportowano. Za dwa lata zakład przerzuci się na diesla jako źródło energii, a docelowo elektryczność dla Longyearbyen mają zapewniać źródła odnawialne.
Nie tylko Norwegia wydobywa i wydobywała surowce na archipelagu Svalbad, którego Spitsbergen jest częścią. Samo Longyearbyen założyli Amerykanie, na wyspach szczęścia pod ziemią szukali też Szwedzi i Rosjanie, a jeszcze wcześniej działali tam Holendrzy i Anglicy, którzy od XVII wieku polowali tam na wieloryby grenlandzkie i niemal zupełnie je wybili. Surowcowe etapy podbijania i zasiedlania Svalbardu opisywaliśmy w poniższym tekście:
Rosja działa na Spitsbergenie do dziś. Ma do tego prawo, jest jednym z sygnatariuszy Traktatu Spitsbergeńskiego (podobnie jak Polska), zgodnie z którym może prowadzić tam działania naukowe i wydobywać surowce, choć formalnie obszar ten należy do Norwegii i znajduje się pod jej zarządzaniem i jurysdykcją. Rosjanie z tej możliwości korzystają do dziś. W Barentsburgu wciąż działa ich kopalnia węgla i jak na razie nie ma doniesień o planach jej zamknięcia.
Niedaleko jednej z polskich stacji badawczych, należących do UAM w Poznaniu, którą odwiedziłam na początku września tego roku, widać wiele resztek rosyjskiej działalności. Zaledwie kilkaset metrów od bazy polskich naukowców w Petuniabukta (Zatoce Petunii) znajdują się pozostałości po testowych wieżach wiertniczych, za pomocą których szukano surowców. Takich miejsc jest więcej. Szukano tam węgla. W jednym z nich w 1991 roku prace spowodowały wyrzuty gazu i wypłynięcie niewielkich ilości ropy naftowej na powierzchnię.
Na trasie ze stacji UAM na lodowiec Sven natykaliśmy się na fragmenty kabli, stalowych lin, beczek i bramek wskazujących kierowcom ciężarówek drogę w czasie zimy.
Są też drogi donikąd - ślady kół odciśnięte w podmakającej okresowo tundrze. Zapewne niegdyś skracano sobie tędy drogę przez Zatokę Petunii. Dziś ruch pojazdów spalinowych po tundrze jest tu zakazany - można po niej poruszać się skuterami śnieżnymi, kiedy są ku temu odpowiednie warunki (i nie ma żadnych dróg łączących ze sobą poszczególne osady, choć drogi są wewnątrz nich, na przykład w Longyearbyen i okolicach jest 40 km utwardzonych dróg).
Wspomniane wcześniej ciężarówki jeździły do miejsc na terenie rosyjskiej koncesji, w których Rosjanie spodziewali się znaleźć pokłady węgla. Na przedpolu dogorywającego lodowca Ferdynand można znaleźć ślady takich poszukiwań. Miejsca prowadzenia próbnych odwiertów i dziwnie obco wyglądające próbki w formie obłych słupów skalnych.
W tej części wyspy Rosji nie udało się znaleźć opłacalnych do eksploatacji złóż - poza okolicą Piramidy. Przedziwnej, dziś opuszczonej, niegdyś modelowej osady górniczej. Węgla tam już nikt nie wydobywa i niemal nikt tam mieszka (kilka - kilkanaście osób do obsługi turystów), można za to zwiedzać pozostałości miasta. Resztek, czasem przygnębiających - dawnego życia jest tam bardzo dużo.
O Piramidzie więcej można przeczytać - i zobaczyć - pod tym linkiem.
Swoje resztki zostawia tu też wszędzie natura. Morze wyrzuca na brzegi zatoki białawe pnie drzew. Z daleka widać, jak odbija się od nich słońce. Można je czasem wziąć za niedźwiedzie polarne, których tutaj trzeba wypatrywać na każdym kroku - wybrzeże między Piramidą a stacją UAM to część ich "autostrady". Możliwe, że prądy znoszą tutaj kłody aż z Syberii.
Gdy maszerowałam razem z naukowcami na badania na lodowcu Sven, widziałam też dowody na to, jak wyspa się zmienia. Tam, gdzie kiedyś była plaża, zostały fragmenty starych kości walenia. Dziś już zniszczone przez wiatr i wodę, porośnięte mchem i porostami. Widać, jak daleko od obecnego brzegu znajdowała się ta plaża, wyniesiona pod wpływem czynników geologicznych i innych procesów.
Niestety, o resztkach można mówić także w przypadku niektórych lodowców. Po Elzie nie ma już niemal śladu, Ferdynand też zanika. W ostatnich kilkudziesięciu latach tempo topnienia arktycznego lodu dramatycznie przyspieszyło. Dobrze wiedzą to naukowcy, w tym z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, którzy na Spitsbergen jeżdżą od lat i badają tamtejsze lodowce. W tym roku mogłam im towarzyszyć przez kilkanaście dni. O tej wyprawie więcej można poczytać w artykułach pod tym linkiem.
A więcej zdjęć spitsbergeńskich resztek można obejrzeć wyżej, w galerii pod zdjęciem głównym do tego artykułu.