Liczba ofiar pożarów na Hawajach wzrosła do 99. Gubernator Hawajów ostrzega jednak, że w rzeczywistości zabitych może być znacznie więcej. Wszystko dlatego, że służby ratownicze nie dotarły jeszcze do wielu spalonych domów.
Pożary, jakie wybuchły tydzień temu są największą katastrofą naturalną w historii Hawajów. Władze oficjalnie potwierdziły śmierć 99 osób. Ale strażacy informują, że udało się dotrzeć do zaledwie 1/4 pogorzelisk. Gubernator Hawajów Josh Green twierdzi, że w najbliższych dniach liczba zabitych może się podwoić.
Najgorsza sytuacja jest w mieście Lahaina na wyspie Maui. Ogień strawił tam większość historycznego i popularnego wśród turystów miasta. Straty są liczone w miliardach dolarów. Na miejsce cały czas płynie pomoc finansowa od wielu Amerykanów i organizacji pomocowych. Rząd federalny także zapowiedział fundusze dla poszkodowanych.
Przyczyna wybuchu pożarów nie jest znana. Wiadomo jedynie, że na Hawajach było w ostatnich dniach bardzo sucho i wiał silny wiatr, co spowodowało, że ogień szybko się rozprzestrzeniał.
- W ciągu kolejnych dni i tygodni nastąpi aktywne odzyskiwanie kości i szczątków tych osób, które straciliśmy - przekazał gubernator Hawajów Josh Green podczas konferencji prasowej. Doszczętnie został zniszczony popularny kurort Lahaina. - Jego odbudowa zajmie wiele lat. Wygląda to tak, jakby wybuchła tam bomba - dodał Josh Green. Szef policji w Maui John Pelletier wezwał rodziny osób zaginionych do dostarczania próbek DNA w celu identyfikacji zmarłych. Według nieoficjalnych danych poszukiwanych jest ponad 1300 osób - podał "New York Post". W sieci opublikowano nagrania z dronów, które pokazują skalę zniszczeń. Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że mieszkańcy uciekali do wody i tam czekali na pomoc albo tonęli.