Niemal jednomyślnie posłowie Parlamentu Europejskiego poparli zmianę przepisów, która ma chronić konsumentów przed nieuczciwymi praktykami firm. Chodzi o tzw. eko ściemę lub greenwashing, czyli nieuzasadnione twierdzenia, że produkty są w ten czy inny sposób przyjazne dla środowiska.
O tym, że Unia wypowiada wojnę eko ściemie, pisaliśmy już w ubiegłym roku. To problem, z którym mógł zetknąć się każdy: na sklepowych półkach widzimy obietnice, że jakiś produkt jest "przyjazny dla środowiska", "naturalny", "biodegradowalny", "neutralny dla klimatu" czy "ekologiczny". Chcemy dokonywać wyborów dobrych dla przyrody i naszego własnego zdrowia, ale skąd wiedzieć, co kryje się za tymi hasłami? Tym bardziej że - jak mówi nam Aleksandra Majda, ekspertka ds. ESG i greenwashingu - takie produkty nieraz nie mają z ekologią wiele wspólnego poza udającym naturalne opakowaniem.
Teraz hasła i oświadczenia dotyczące środowiskowych walorów produktu czy usługi firma będzie musiała udowodnić. A nie jest to jedyna zmiana. Uregulowane zostanie stosowanie oznaczeń i etykiet środowiskowych. W przyszłości będzie można je stosować tylko w ramach oficjalnego systemu certyfikacji.
Przepisy wpłyną też na coraz bardziej popularne hasła o tym, że coś jest "neutralne dla klimatu". Nieraz takie twierdzenia opierały się nie na rzeczywistym braku emisji CO2, a na kompensowaniu ich (np. przez sadzenie drzew). To jednak co najmniej kontrowersyjne. Teraz producenci nie będą już mogli twierdzić, że dany produkt nie ma wpływu na środowisko, bądź że jego wpływ jest ograniczony, a nawet pozytywny, powołując się na systemy kompensacji emisji.
Dyrektywa wymusi zmiany nie tylko w zielonych hasłach, ale też podejściu do trwałości produktów i możliwości ich naprawy. Lepiej widoczne mają być informacje o gwarancji, a producenci nie będą mogli twierdzić, że produkt jest trwalszy lub nadaje się do naprawy, jeśli w rzeczywistości tak nie jest (np. pisać, że pralka będzie działać przez 5 tys. cykli prania, jeśli w normalnych warunkach użytkowania to nieprawdziwe dane).
Przed przyjęciem przepisów UE pokazała, że skala problemu jest poważna. W badaniu na zlecenie Komisji Europejskiej sprawdzono, że nawet co drugie twierdzenie środowiskowe na sprawdzanych produktach może wprowadzać w błąd.
Aleksandra Majda zwraca też uwagę, że marketing "na ekologię" to często sposób na wyciąganie większych pieniędzy od konsumentów. Badania pokazują, iż - przynajmniej w deklaracjach - jesteśmy w stanie zapłacić więcej za produkty, które uznamy za dobre dla środowiska. Nawet jeśli w rzeczywistości częściej decyduje cena, a nie troska o planetę, to jest część konsumentów płacących więcej za "naturalne" i "ekologiczne" produkty.
Europosłanka Biljana Borzan, sprawozdawczyni projektu, przekonywała, że "przepisy zmienią codzienne życie wszystkich Europejczyków". - Firmy nie będą już mogły oszukiwać ludzi, mówiąc, że plastikowe butelki są dobre, ponieważ firma zasadziła gdzieś drzewa - lub twierdzić, że coś jest zrównoważone, nie wyjaśniając, w jaki sposób - powiedziała.
Jak nowe prawo może wyglądać w praktyce? Aleksandra Majda, wiceprezeska stowarzyszenia ESG Impact Network i ekspertka ds. ESG Krajowej Izby Gospodarczej, wyjaśnia, że teraz zamiast ogólnych (i nieraz bezpodstawnych) haseł firmy będą musiały mówić o szczegółach. - Będą musiały być konkretne dane i konkretne dowody, potwierdzające mniejszy wpływ na środowisko, niższe emisje gazów cieplarnianych czy inne walory - mówi. Zamiast mówienia, że coś jest "przyjazne dla klimatu" firma będzie mogła informować, jaki jest ślad węglowy produktu lub o ile obniża swoje emisje.
Czy jednak konsumenci zrozumieją komunikaty podające np. dokładne dane o śladzie węglowym danego produktu? Można mieć wątpliwości, czy informacja o tym, że dany produkt powoduje "emisję 1,3 kg ekwiwalentu CO2" jest bardziej jasny od tego, że jest "przyjazny dla klimatu". Majda uważa, że z czasem będziemy musieli poszerzać swoją wiedzę i kompetencje jako konsumenci, a informacje o śladzie węglowym wejdą co codziennego słownika. - Czasy wymagają od nas tego, żeby nauczyć się i zrozumieć, co to jest emisja CO2, co znaczy zrównoważony rozwój - ocenia.
Same firmy mogą też np. pokazywać dane w kontekście. Na przykład na biletach kolejowych PKP można znaleźć informację o śladzie węglowym naszej podróży. I o ile sama komunikat o tym, że przejazd z Warszawy do Katowic emituje 8,9 kg CO2 niemal każdemu mówi niewiele, to kontekst pomaga go zrozumieć: na bilecie czytamy, że to 4 razy mniej emisji niż w przypadku przejazdu samochodem.
Majda wskazuje też, że przepisy dotyczące trwałości produktów czy możliwości naprawy wpisują się w trend tworzenia gospodarki obiegu zamkniętego. - To także jeden z priorytetów unijnej polityki środowiskowej - mówi.
Głosowanie w Parlamencie Europejskim dotyczyło formalnie zmian w dwóch dyrektywach (o nieuczciwych praktykach oraz prawach konsumenta). To nie koniec prac nad przepisami. Muszą one zostać zatwierdzone przez kraje członkowskie Unii, a później każde z państw - w tym Polska - będzie musiało przełożyć unijne przepisy na prawo krajowe. Będą miały na to 24 miesiące. To znaczy, że na wejście w życie zakazu greenwashingu w Polsce być może będziemy musieli jeszcze poczekać. Wiele zależeć będzie od tego, jak szybko sprawą zajmie się rząd i parlament.
Jednak jak mówi Aleksandra Majda, już teraz polskie przepisy o ochronie konsumentów pozwalają na zgłaszanie nieuczciwych praktyk także w zakresie twierdzeń o ekologii. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta - zresztą na podstawie innych przepisów europejskich - zaczął zajmować się weryfikacją twierdzeń dotyczących ekologii, którymi posługują się duże polskie firmy (m.in. z branży modowej, kosmetyków i e-commerce).
- Na polskim rynku działa też Rada Reklamy, która do swojego Kodeks Etyki wpisała zasady dot. reklamy środowiskowej. Przez stronę można zgłaszać podejrzenie jego naruszenia - mówi Majda.