Rząd zaskoczył planami. Tysiące urzędników na bruk. Worek z pieniędzmi jednak ma dno

Rząd planuje cięcia zatrudnienia w administracji. Na razie oficjalnie o szczegółach wiadomo niewiele, ale pomysł już wywołuje kontrowersje. Z jednej strony, jeśli gdzieś urzędnicy działają nieefektywnie, to poprawa tej sytuacji wydaje się logiczna. Z drugiej, powstaje pytanie, czy recesja gospodarcza jest najlepszym momentem na tak drastyczne kroki.

Plany rządu mogą być zaskakujące z podstawowego powodu. Uruchomione w pierwszych miesiącach pandemii rozwiązania antykryzysowe warte łącznie kilkaset miliardów złotych (dług publiczny Polski w 2020 i 2021 r. może wzrosnąć o niemal pół biliona złotych!miały na celu właśnie m.in. to, aby Polacy nie byli masowo zwalniani. Na marginesie - na razie się to raczej udaje.

W takiej polityce utrzymywania zatrudnienia (nawet kosztem wsparcia państwa w newralgicznym momencie kryzysu) chodziło nie tylko po prostu o to, żeby Polacy nie stawali się bezrobotni. Wychodzono także z założenia, iż gospodarka może szybciej odbić się w momencie, gdy pracownicy - już przyuczeni do danego stanowiska i zadań - są w przedsiębiorstwach i instytucjach od razu do dyspozycji, niż gdy znów trzeba ich szukać, przyuczać itd.

Rząd wydał gigantyczne sumy, aby zatrzymać falę zwolnień - aby pracodawcy redukowali zatrudnienie tylko wtedy, gdy naprawdę nie mają już innego wyjścia. Teraz natomiast okazuje się, że sam poszukuje oszczędności w administracji publicznej. Nie owija zresztą tego w bawełnę - Kancelaria Premiera jasno komunikuje, że cięcia "wiążą się z negatywnymi skutkami gospodarczymi wywołanymi przez pandemię COVID-19, które wpływają na wzrost deficytu budżetu państwa". Rząd zresztą otworzył sobie szeroko furtkę do zwolnień urzędników już kilka miesięcy temu, w tarczy antykryzysowej 2.0.

Rząd szuka oszczędności

Z jednej strony, oszczędności ze zwolnień nie będą oszałamiające. Przy redukcji zatrudnienia w administracji nawet o kilkadziesiąt tysięcy osób (choć to raczej najgorszy dla pracowników scenariusz) można je z dużą "górką" szacować maksymalnie na kilka miliardów złotych w skali roku. Nie jest to, rzecz jasna, kwota nic nie znacząca, ale jednak ginie w skali nowego zadłużenia publicznego.

Z drugiej - wygląda na to, że to dopiero początek i w praktyce rząd rozpoczyna akcję o formalnie nudnej nazwie, a mianowicie "konsolidację finansów publicznych". Chodzi po prostu o poskładanie na nowo finansów państwa - wydolnych, ale jednak rozklekotanych po uderzeniu koronawirusa, z gigantycznymi planowanymi deficytami w centralnej kasie państwa w tym i przyszłym roku (łącznie ponad 190 mld zł) i jeszcze większym wzrostem zadłużenia w całym sektorze instytucji publicznych. Najwyraźniej uznał, że worek, z którego sypano pieniędzmi na ratowanie gospodarki, nie jest bez dna.

Teraz rządzący chcą z jednej strony szukać możliwości nowych wpływów, a z drugiej - oszczędności i nieefektywności systemu wartych załatania. Wobec zapewnień z rządu, że podwyżek podatków ani wprowadzania nowych nie będzie, a programy społeczne pozostaną bez zmian (wręcz - będą rozwijane, bo w 2021 r. po raz pierwszy emeryci i renciści mają też dostać "czternastki") - trzeba znaleźć inne rozwiązania.

Należy więc oczekiwać w perspektywie najbliższych miesięcy kompleksowego przeglądu wydatków publicznych. Na pierwszy rzut idzie administracja - m.in. ministerstwa, urzędy wojewódzkie, ZUS, KRUS, NFZ i inne instytucje podległe premierowi, ministrowi MSWiA czy wojewodzie. Minister finansów Tadeusz Kościński otwarcie nazywa urzędników "kosztem do zracjonalizowania".

Nie będziemy ciąć racjonalnych kosztów, ale są takie koszty, które są hamulcem dla gospodarki. Takimi są koszty na administrację. Urzędnicy dostają pieniądze od podatników. Jesteśmy kosztem. Im niższy będzie ten koszt, tym lepiej dla gospodarki

- mówił kilka dni temu w Polsat News. Poza cięciami, rząd już zapowiedział także zamrożenie płac w administracji w przyszłym roku. 

Na razie nie wiadomo, ile urzędników straci pracę. Według danych GUS, łącznie pracowało w administracji publicznej na koniec 2019 r. ponad 455 tys. osób. Z tego jednak w administracji samorządowej zatrudnionych było ok. 267,5 tys. osób, w administracji państwowej ponad 186,5 tys. osób. Zapowiedziane przez rząd cięcia mają dotknąć tej drugiej grupy.

Jak głębokie będą? Tu medialne doniesienia są niemalże od Sasa do Lasa - raz pojawiają się informacje, że zwolnionych zostanie "raptem" kilka tysięcy, innym razem, że cięcia sięgną 20 proc. zatrudnienia, będą więc szły w dziesiątki tysięcy. Z samego rządu płynie z kolei przekaz, że nie wyznaczono żadnych odgórnych limitów, prowadzony jest natomiast przegląd stanowisk, obowiązków itd. i wówczas przygotowany zostanie plan optymalizacji zatrudnienia. 

"Oszczędności szuka się w dobrej koniunkturze, a nie w złej"

Cały czas powraca jednak pytanie, czy kryzys gospodarczy jest najlepszym momentem dla realizacji procesu optymalizacji zatrudnienia w szeroko pojętej administracji publicznej? Ignacy Morawski, ekonomista, twórca serwisu Spotdata.pl, nazywa w rozmowie z Gazeta.pl plany rządu niezrozumiałymi.

Szukanie oszczędności w sytuacji recesji nie jest pożądanym kierunkiem. Oszczędności w budżecie na pewno będą potrzebne. Niewykluczone, że nawet po wyjściu z recesji kondycja finansów publicznych będzie gorsza niż przed. Ale oszczędności szuka się raczej w dobrej koniunkturze, a nie w złej. Co innego, gdy kraj jest w takim kryzysie, że wiarygodność finansów publicznych stoi pod znakiem zapytania. Wtedy się tnie jak siekierą, gdzie popadnie. Ale nie wygląda na to, żebyśmy mieli obniżoną wiarygodność

- komentuje Morawski. 

Zaciskanie pasa w sektorze publicznym teraz jest tym bardziej kontrowersyjne, że zwalniane osoby trafią na znacznie trudniejszy rynek pracy niż np. jeszcze rok temu (i niż taki, jaki może być np. za rok czy dwa). Choć sądząc po słowach wicepremierki Jadwigi Emilewicz, rząd chce zacząć m.in. od osób w wieku emerytalnym. Emilewicz tłumaczy, że są to osoby zabezpieczone i dla nich zwolnienie będzie "znacznie mniej dotkliwe". Z drugiej strony, takie tłumaczenie brzmi intrygująco w zestawieniu z obniżeniem wieku emerytalnego i zapewnieniami, że osoby po 60-65. roku życia mogą dalej wykonywać swoją pracę.

Wzrost wydajności sektora publicznego byłby pożądany. To powinno być jednak realizowane w ramach długookresowego planu, a nie pod wpływem recesji. Jeżeli są jakieś nieefektywności w administracji, które należy zlikwidować, to warto to zrobić, rozkładając ten projekt na kilka lat. Na przykład, można założyć, że nie będzie się zastępowało ludzi odchodzących na emeryturę

- uważa Ignacy Morawski.

Zobacz wideo