Boris Johnson ogłosił w sobotę, że na terenie Anglii, wchodząca w skład Wielkiej Brytanii, będzie obowiązywał lockdown. Przybierająca na sile epidemia koronawirusa sprawia, że od najbliższego czwartku - zgodnie z zapowiedziami - zamknięte zostaną m.in. sklepy, puby i restauracje, a mieszkańcy będą mogli wychodzić z domów tylko w kilku przypadkach.
Brytyjski premier zapowiedział, że restrykcje zostaną utrzymane do 2 grudnia. Zanim jednak weszły w życie, jeden z najważniejszych polityków na Wyspach zapowiedział, że mogą zostać utrzymane znacznie dłużej.
- Od czwartku do początku grudnia musicie zostać w domach. Musimy działać teraz, nie ma alternatywy. W przeciwnym razie możemy mieć kilka tysięcy zgonów w Anglii dziennie - argumentował.
W weekend stanowisko w sprawie obostrzeń przedstawił Michael Gove, szef kancelarii premiera. Stwierdził, że zniesienie ograniczeń z początkiem grudnia wcale nie jest przesądzone. W rozmowie z dziennikiem "The Times" stwierdził, że "będzie niezwykle trudno zakończyć lockdown", jeśli liczby zachorowań i zgonów się nie zmienią.
Inny polityk obozu władzy przyznał, że utrzymanie locdownu jest możliwe aż do początku 2021 roku. Restrykcje w tym wariancie miałyby zostać zniesione częściowo wyłącznie na okres świąteczny.
Czytaj też: Gowin: Trzeba się liczyć z zakazem wychodzenia z domu. Tylko do pracy, na zakupy, spacer
Zdaniem liderów opozycyjnej Partii Pracy premier Boris Johnson spóźnił się z decyzją. Laburzyści twierdzą, że wprowadzona wcześniej byłaby bezpieczniejsza dla gospodarki. Zarzucają liderowi konserwatystów, że nie posłuchał ekspertów, którzy postulowali wprowadzenie ograniczeń z początkiem września.
Część polityków Partii Konserwatywnej jest niezadowolona z wprowadzenia restrykcji i zapowiada, że nie poprze Borisa Johnsona w tej kwestii. W obliczu ponad 20 tys. zachorowań i 320 zgonów dziennie odstąpienie od wprowadzenia restrykcji wydaje się niemożliwe.