W weekend w wielu centrach handlowych panował tłok. Polacy ruszyli na - w wielu przypadkach - już przedświąteczne zakupy, ale handlowcy szampana nie otwierają. Dane wskazują bowiem, że ten rok będzie dla branży chudy i kilka ostatnich tygodni nie pozwoli nadrobić miesięcy strat.
Bo choć każdy, kto przejeżdżał w sobotę czy niedzielę koło centrum handlowego, z pewnością dostrzegł tłumy, to generalnie ruch w galeriach był o mniej więcej 30 proc. mniejszy, niż przed rokiem. Właściciele sklepów wciąż odczuwają skutki pierwszego i drugiego lockdownu, który skończył się dopiero 28 listopada.
- Podczas pierwszej fali pandemii, tylko w miesiącach marzec–maj branża, czyli wynajmujący i najemcy, odnotowała spadek przychodów o ponad 17,5 mld zł – wyjaśnia w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Anna Malcharek, wiceprezes Polskiej Rady Centrów Handlowych, dyrektor zarządzająca Gemini Holding. Dane Retail Institute, cytowane przez dziennik, wskazują, że obroty najemców galerii w październiku też były mniejsze - o ok. jedną czwartą.
Firma analityczna Deloitte opublikowała raport, który te pesymistyczne perspektywy tylko potwierdza. Polacy zadeklarowali bowiem, że na tegoroczne święta - żywność, prezenty, podróże - wydadzą o 29 proc. mniej niż przed rokiem, średnio nieco ponad 1,3 tys. zł. "Ponad 60 proc. Polaków ograniczy w czasie świąt spotkania towarzyskie i rodzinne" - czytamy też w dokumencie.
Czytaj też: Do kwietnia liczba ofiar COVID-19 w USA przekroczy pół miliona. A to i tak optymistyczna prognoza
Z badań GfK Polonia wynika z kolei, że 41 proc. Polaków deklaruje, iż na święta w tym roku wyda mniej, niż przed rokiem. Zwiększenie budżetu zakłada garstka - jedynie 6 proc. ankietowanych.
Część Polaków od zakupów w galeriach odciągają obawy związane z epidemią, inni nie czują się pewni swojej sytuacji i wolą oszczędzać. Z ostatnich analiz ekspertów wynika jednak, że otwarcie galerii handlowych nie powinno wpłynąć na znaczące zwiększenie liczby zachorowań.