9,2 proc. - tyle wyniosła w styczniu w Polsce inflacja rok do roku. Mimo że to (znów) rekord w tym wieku i najwyższy odczyt od listopada 2000 r., można powiedzieć, że część ekonomistów odetchnęła z ulgą. W ostatnich miesiącach inflacja przyzwyczaiła nas i ich do tego, że okazywała się negatywnym zaskoczeniem - przekraczała nawet te bardziej śmiałe prognozy.
Tym razem było inaczej. Konsensus rynkowy wynosił 9,3 proc., a więc jeśli inflacja zaskoczyła ekonomistów, to pozytywnie. Część rynku obawiała się wręcz, że GUS poda dwucyfrowy odczyt - że inflacja przekroczy 10 proc. Tak się nie stało, co nie zmienia jednak faktu, że ceny w Polsce (jak zresztą i w wielu innych krajach Europy i świata) rosną w tempie nienotowanym od lat.
Co więcej, wygląda na to, że gdyby nie tarcza antyinflacyjna 1.0, wprowadzona w drugiej połowie grudnia 2021 r., w styczniu zobaczylibyśmy na inflacyjnym liczniku dwucyfrowy rezultat.
Szacujemy, że gdyby nie tarcza antyinflacyjna, inflacja w styczniu ukształtowałaby się na poziomie ok. 10,6 proc. rok do roku
- komentuje Jakub Olipra, starszy ekonomista Credit Agricole.
Z danych GUS wynika, że w styczniu 2022 r. ceny żywności i napojów bezalkoholowych poszły w górę o 9,4 proc., koszty utrzymania mieszkania o 12 proc. (a samej energii o ponad 18 proc.), zaś paliw niemal 24 proc.
Warto też zwrócić uwagę na styczniowy odczyt inflacji w ujęciu miesiąc do miesiąca, tj. w porównaniu z grudniem 2021 r. Okazało się, że inflacja w tym okresie wyniosła aż 1,9 proc. Od niemal ćwierćwiecza - bo od 1998 r. - nie było sytuacji, żeby tylko przez jeden miesiąc ceny urosły w Polsce tak bardzo.
Pół żartem można powiedzieć, że inflacja jest w celu inflacyjnym Narodowego Banku Polskiego. Ten wynosi 2,5 proc., ale NBP dopuszcza wahania o 1 punkt procentowy w górę lub w dół. Można więc rzec, że jeżeli inflacja wynosi od 1,5 do 3,5 proc., to uznaje się, że wszystko jest w porządku. Jest tylko jeden problem - o 1,5-3,5 proc. ceny powinny wzrosnąć przez cały rok, a nie przez jeden miesiąc. To oczywiście tylko zabawa liczbami i nic więcej, ale gdyby przez cały rok inflacja miesięczna wynosiła 1,9 proc., to roczna przekroczyłaby 25 proc.
Inflacja miesięczna w styczniu jest o tyle specyficzna, że często podbijają ją np. nowe podatki albo ich podwyżki (w tym roku była to choćby podwyżka akcyzy na alkohol), sezonowe rewizje cenników w wielu przedsiębiorstwach, a także zmiana wag poszczególnych towarów i usług w koszyku inflacyjnym GUS.
Mimo wszystko to, że w tym roku była ona najwyższa od 24 lat, nie jest oczywiście sytuacją normalną. W ciągu raptem miesiąca ceny energii poszły w górę o 8 proc. (a łącznie utrzymania mieszkania o 4,4 proc.), a żywności i napojów bezalkoholowych o 2,6 proc. Z drugiej strony, paliwa potaniały w styczniu, w porównaniu z grudniem, o 4,4 proc.
Ponad dziewięcioprocentowa inflacja roczna pożera oszczędności oraz realną wartość wynagrodzeń i świadczeń Polaków w szybkim tempie. Oczywiście o ile oszczędności nie będą pracowały na odpowiedni procent, a pensje i świadczenia nie będą podnoszone czy waloryzowane.
Przeciętne wynagrodzenie w Polsce (w sektorze przedsiębiorstw) rosło w 2021 r. w bardzo szybkim tempie, od marca co miesiąc o ok. 8-11 proc. rok do roku. Dane za styczeń poznamy w piątek 18 lutego, ale należy spodziewać się kolejnego podobnego odczytu.
Co, jeśli ktoś jednak podwyżki nie dostał? Zakładając, że od roku ktoś ma na rękę 4 tys. zł netto, to przy inflacji rocznej 9,2 proc. "stracił" przez rok blisko 340 zł - dziś za swoją całą wypłatę kupi tyle, ile rok temu nabyłby za ok. 3 663 zł (dla uproszczenia pomijamy efekt Polskiego Ładu na wysokość pensji). I w drugą stronę - gdyby ktoś chciał utrzymać siłę nabywczą swojego wynagrodzenia sprzed roku, powinien na rękę dostawać już ok. 4 368 zł.
Oczywiście w tym (i innych) wyliczeniach przyjmujemy GUS-owską inflację. W praktyce każdy ma trochę inny koszyk dóbr i usług, które nabywa, a więc i osobista inflacja może różnić się od tej podawanej przez GUS.
No i drugie ważne założenie - pewna inflacja jest zdrowa dla gospodarki. To dlatego cel inflacyjny NBP wynosi 2,5 proc., a nie 0 proc. Przy takiej inflacji nasz pracownik musiałby dostawać dziś 4100 zł na rękę, aby utrzymać siłę nabywczą swojej pensji sprzed roku. Ale 4100 zł, a nie niemal 270 zł więcej niż obecnie!
Efekt inflacji dobrze widać na 500 plus, bo to świadczenie niewaloryzowane od samego początku - a zostało wszak wprowadzone w kwietniu 2016 r., czyli blisko sześć lat temu. Dziś 500 plus to tak naprawdę 409 plus. Oznacza to, że dziś za 500 zł można kupić tyle, ile tych niespełna sześć lat temu można było kupić za 409 zł. Jeszcze rok temu realna wartość 500 plus wynosiła 448 zł.
Co więcej, już za kilka miesięcy realna wartość 500 plus w porównaniu z cenami z kwietnia 2016 r. spadnie poniżej 400 zł. Zakładając, że inflacja za rok będzie wynosiła 6,5 proc. (np. ekonomiści Credit Agricole uważają, że będzie "poniżej 7 proc."), za rok 500 plus będzie de facto 384 plus.
Ale znów ważne zastrzeżenie! Zakładając "zdrową" inflację 2,5 proc. rok do roku, realna wartość 500 plus i tak by spadała. Dziś wynosiłaby ok. 434 zł, za rok ok. 423 zł. Ale nie 409 zł dziś i dużo poniżej 400 zł za rok.
Inna symboliczna granica związana z 500 plus i inflacją jednak już pękła. Chodzi właśnie o odwrotne ujęcie - 500 plus już powinno wynosić 600 plus. Gdyby rząd zechciał tak zwaloryzować 500 plus, żeby wynikająca z niego siła nabywcza była taka jak w 2016 r. (w momencie wprowadzania tego świadczenia), musiałby zmienić swój sztandarowy program na niemal 611 plus.
Ale uwaga - to tylko "teoretyczne" wyliczenie, bynajmniej nie postulat. Rodziców z pewnością ucieszyłby na krótką metę taki prezent. Problem w tym, że - jak przekonują ekonomiści - jeśli rządowi zależy na szybszym pokonaniu inflacji, powinien na jakiś czas zrezygnować z kolejnych programów socjalnych.
Rząd powinien wstrzymać się z dalszym zwiększaniem wydatków, zaprzestać nowych pomysłów, nie dokładać już do popytu i pozwolić deficytowi i długowi spaść do poziomu bliskiemu temu sprzed pandemii
- mówił kilka dni temu w rozmowie z Gazeta.pl dr hab. Marcin Piątkowski, ekonomista pracujący w Waszyngtonie, prof. Akademii Leona Koźmińskiego. Jak przekonywał, do aktywnej polityki fiskalnej rząd powinien powrócić dopiero gdy Polska poradzi sobie z inflacją.
Rząd ma jednak zgoła inne zdanie. W piątek premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że emeryci i renciści dostaną w 2022 r. nie tylko trzynaste, ale i czternaste emerytury oraz dużo wyższą od wymaganej prawem waloryzację świadczeń. Dr Jakub Sawulski z Polskiego Instytutu Ekonomicznego określił plan kolejnej wypłaty czternastek w obecnej sytuacji "potwornie złym pomysłem".