Kilka tygodni temu rząd zaapelował do samorządów, by włączyły się w proces dystrybucji węgla. Apel wcale nie przebiegał w atmosferze zrozumienia. Jarosław Kaczyński groził - w nieco zawoalowany sposób - władzom lokalnym wprowadzeniem zarządów komisarycznych, jeżeli nie zgodzą się pomóc w dystrybuowaniu opału. Premier Mateusz Morawiecki apelował z kolei o schowanie partyjnej legitymacji do kieszeni, ale to właśnie w mieście, w którym rządzi polityk kojarzony z Prawem i Sprawiedliwością, "samorządowy" węgiel pojawił się jako pierwszy.
Do programu dystrybucji węgla włączają się kolejne władze lokalne, realizując w tym samym ustawę, którą Sejm uchwalił 11 października. Łącznie chodzi o 1200 miast i gmin. Najwyraźniej sceptycyzm, który słychać było tuż po ogłoszeniu pomysłu przez Jacka Sasina, mocno osłabł. Lokalni włodarze twierdzili bowiem, że nie mają narzędzi - m.in. prawnych - by węgiel sprzedawać. Nowe przepisy ułatwiają sprawę.
Do akcji dystrybucji węgla włączają się miasta w całej Polsce. Rząd zagonił je do tytanicznej pracy, bo u progu listopada muszą policzyć chętnych na tańszy opał, ustalić, ile kotłów jest w mieście i ile opału trzeba będzie zamówić.
Przygotowania do sprzedaży węgla ruszyły m.in. w Słupsku. "Urząd Miejski w Słupsku zwraca się z prośbą do mieszkańców Miasta Słupska o zgłaszanie się osób zainteresowanych zakupem węgla kamiennego (groszek, orzech, miał)" - czytamy na stronach słupskiego urzędu miasta.
Mieszkańcy będą deklarować, chociaż nie do końca wiedzą, ile zapłacą. Wiadomo, że nie więcej niż 2000 zł, bo taką górną granicę rząd określił w ustawie. "Cena węgla zostanie określona po zebraniu zapotrzebowania ogółem" - czytamy w formularzu słupskiego urzędu
Kiedy jednak surowiec trafi do mieszkańców? Próbowaliśmy to ustalić.
Myślę, że to w listopadzie się wszystko wyklaruje. Co do dalszych kroków, to trzeba będzie śledzić stronę Słupska i lokalnych mediów
- słyszmy na infolinii uruchomionej przez miasto.
Prawdziwy maraton związany z organizowaniem wszelkich formalności czeka też urzędników z Żor. Tamtejszy urząd prowadzi rozeznanie ilości gospodarstw domowych chętnych do zakupu węgla, który byłby sprzedawany przez Miasto Żory. "Prosimy mieszkańców, którzy uzyskali dodatek węglowy o zgłaszanie chęci zakupu węgla po cenie 2 000 zł brutto za tonę (bez kosztów transportu)" - czytamy w oficjalnym komunikacie. Miasto poszło z duchem czasów i ankietę wypełnić można online.
Jak w wielu innych miastach władze uruchomiły infolinię, która pozwala złożyć deklarację w sprawie węgla.
- Do kiedy muszę się zdecydować? - pytam? - Zbieramy deklarację do końca dnia - słyszę.
Rozeznanie ma charakter wstępny i z zakupu węgla można zrezygnować. Co, jeśli ktoś nie zgłosi się w wyznaczonym terminie? Czy będzie miał jeszcze szansę zamówić węgiel taniej? Co do tego jasności nie ma.
W innych miastach termin na złożenie jest nieco dłuższy, ale i tak niezbyt długi - część na informacje czeka do końca miesiąca (najbliższy poniedziałek), inni do końca następnego tygodnia (4 listopada).
W Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej w Lesznie postanowili nie czekać na rządowy węgiel. MPEC sprowadził od zaufanego dostawcy opał w bardzo atrakcyjnej cenie, który zaoferował mieszkańcom. Jest nawet o 1000 zł tańszy niż na składach.
Zainteresowanie jest bardzo duże. Na 26 ton węgla, który udało się nam sprowadzić z myślą o mieszkańcach miasta, mamy już komplet chętnych. Telefony urywały się od rana
- mówi w rozmowie z Gazeta.pl Patrycja Kaczor, która koordynuje sprzedaż węgla w MPEC.
Ludzie nie chcą czekać na ten rządowy węgiel, kupują, bo tego rządowego jeszcze nie ma
- wyjaśnia.
Surowiec przeznaczony jest wyłącznie dla mieszkańców miasta, którzy dokonali wcześniej odpowiedniej deklaracji w Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków.
Nie wszyscy urzędnicy, z którymi rozmawiałem, chcieli pod nazwiskiem dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat "akcji węglowej". Część pyta, dlaczego rząd nie zorganizował podobnej akcji w lipcu, tylko już po rozpoczęciu sezonu grzewczego.
Pytań jest jednak wiele. Czy tak paniczna akcja dystrybucji węgla byłaby potrzebna, gdyby rząd na poważnie zajął się kwestią transformacji energetycznej?
Polska jest jednym z najbardziej uzależnionych od węgla krajów na świecie - wynika z raportu Euroactiv. W 2021 roku czarne złoto stanowiło nieco ponad 70 proc. produkcji energii elektrycznej w kraju. Jest to co prawda ogromny postęp w stosunku do danych z 2010 roku, kiedy to ok.85 proc. polskiej energii elektrycznej pochodziło z węgla.
To jednak wciąż za mało, aby osiągnąć cele neutralności klimatycznej UE i zapewnić przystępną cenowo energię. "W warunkach recesji gospodarczej i rosnącego ubóstwa energetycznego istnieje ryzyko, że transformacja energetyczna może przebiegać wolniej lub nawet całkowicie się zatrzymać" - czytamy w raporcie Ernst & Young (EY) Polska.
Polskiej transformacji energetycznej grozi zahamowanie lub nawet całkowite zatrzymanie, o ile kraj nie zdoła pokonać uzależnienia od węgla i nie poczyni większych postępów w realizacji celów unijnych. Rząd powinien podjąć trzy kluczowe kroki, aby zabezpieczyć przyszłość energetyczną Polski: wycofać węgiel, zwiększyć ilość odnawialnych źródeł energii oraz zmodernizować sieci energetyczne.