W poniedziałek Główny Urząd Statystyczny poda szczegóły inflacji za grudzień. Szybki szacunek wskazał na odczyt 6,1 proc. rok do roku (oraz 0,1 proc. miesiąc do miesiąca). GUS może (symbolicznie) zrewidować te odczyty - czasem się tak zdarza.
Również w poniedziałek GUS poda średnioroczną inflację za 2023 r. za wszystkich gospodarstw domowych oraz wyłącznie dla gospodarstw emerytów i rencistów. Dlaczego to ważne? Otóż wyższa z tych liczb będzie składową wskaźnika waloryzacji emerytur i rent w marcu br. W poniedziałek rusza też Światowe Forum Ekonomiczne w Davos.
We wtorek 16 stycznia NBP poda natomiast dane o inflacji bazowej w grudniu. Inflacja bazowa to miara bez cen żywności i energii. W listopadzie wyniosła ona 7,3 proc., teraz zjedzie pewnie poniżej 7 proc. (konsensus prognoz ekonomistów to 6,9 proc.).
Również we wtorek ma ruszyć posiedzenie Sejmu (przełożone z zeszłego tygodnia). Izba zajmie się m.in. projektem ustawy budżetowej na 2024 r. oraz nową wersją rządowego projektu ustawy okołobudżetowej (w której możliwość dotacji 3 mld zł dla mediów publicznych - której sprzeciwił się prezydent - zastąpiono taką samą kwotą dla NFZ na onkologię dziecięcą. Jeżeli Sejm przyjmie ten projekt, to jeszcze w tym tygodniu ma zajmować się nim Senat. Czasu jest niewiele - rząd chce przekazać ustawę budżetową na biurko prezydenta do 29 stycznia, żeby nie dawać Dudzie nawet naciąganych argumentów za przedterminowymi wyborami.
W środę kolejne dane inflacyjne za grudzień, tym razem inflacja HICP od Eurostatu. To miara cen konsumenckich, ale według trochę innej metodologii niż GUS-owska. Pozwala ona porównywać zmiany cen między krajami UE (choć oczywiście mając w pamięci, że m.in. w części krajów - w tym w Polsce - obowiązują różne tarcze antyinflacyjne, a w innych nie). W listopadzie inflacja HICP w Polsce wyniosła 6,3 proc., co było piątym najwyższym wynikiem w UE.
Również w środę poznamy PKB Chin za IV kwartał 2023 r. W czwartek GUS poda dane o koniunkturze konsumenckiej w grudniu, a w piątek o grudniowej inflacji producenckiej oraz cen produkcji budowlano-montażowej.
Co działo się w minionym tygodniu? We wtorek 9 stycznia Rada Polityki Pieniężnej utrzymała główną stopę procentową na poziomie 5,75 proc. Była to decyzja nie tylko spodziewana, ale w zasadzie pewna. Również środowa konferencja prasowa prezesa NBP nie przyniosła większych fajerwerków. Prezes NBP prognozował, że w najbliższych miesiącach spodziewa się spadku inflacji nawet poniżej 3 proc. (zapewne w marcu). Dalej nie będzie już tak miło.
Przewidywanie inflacji na kolejne kwartały obarczone jest ogromną niepewnością. W drugiej połowie roku inflacja na pewno wzrośnie, może nawet znacząco, do 6-7 proc.
- powiedział szef NBP. Jak wyjaśniał, dane będą zależały m.in. od stawki VAT na żywność (obecnie 0 proc. do końca marca, "normalny" poziom to 5 proc.). - Gdyby VAT na żywność wrócił do 5 proc., to inflacja urosłaby o 0,9 punktu procentowego - wyliczał Glapiński. Drugim czynnikiem niepewności są ceny gazu, ogrzewania i energii elektrycznej. Na razie są one zamrożone do końca czerwca.
Retoryka Glapińskiego wyglądała jak typowe "wait-and-see" (ang. czekaj i obserwuj) i może zapowiadać długi okres stóp bez zmian. Szef NBP niczego na twardo nie zapowiadał, ale np. ekonomiści mBanku i Pekao przewidują, że RPP w 2024 r. w ogóle nie zmieni stóp (ba, ci drodzy prognozują, ale nie zrobi tego też w 2025 r.).
W czwartek 11 stycznia Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodny z Konstytucją fragment ustawy o Trybunale Stanu zakładający, że Sejm może podjąć uchwałę o pociągnięciu do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu prezesa Narodowego Banku Polskiego bezwzględną większością głosów (czyli po prostu np. 231 przy 460 głosujących posłach). Co więcej, już samo podjęcie takiej uchwały zawiesza prezesa NBP w obowiązkach.
TK nakazał naprawę tych przepisów sugerując, że Sejm powinien podejmować taką uchwałę większością przynajmniej 3/5 głosów. Takiej przewagi koalicja rządząca nie ma, nawet łącznie ze wszystkimi innymi klubami i kołami poza PiS. Słowem, zgodnie z wyrokiem Trybunału Adama Glapińskiego nie da się postawić przed Trybunałem Stanu bez choćby kilku głosów z PiS.
Wyrok został wydany w związku z grudniowym wnioskiem grupy posłów PiS. Ten był oczywiście motywowany próbą ochrony prezesa Glapińskiego przed postawieniem przed Trybunałem Stanu - co zapowiadała Koalicja Obywatelska przed wyborami.
- Jest wiele powodów i wiele dróg dojścia do odpowiedzialności pana prezesa Glapińskiego - powiedział po wyroku premier Donald Tusk w wywiadzie dla Polsat News, TVP Info i TVN24.
Czy to jest odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu - moim zdaniem ten dziwny werdykt pani Przyłębskiej nie jest wiążący, ale są także inne drogi dochodzenia do odpowiedzialności prawnej pana Glapińskiego, za to co robił jako prezes NBP. Znajdziemy te sposoby
- powiedział Tusk.
Kończąc tematy związane z Glapińskim warto odnotować dwie drobne przestrogi ze strony prezesa NBP i jego otoczenia. Po pierwsze, chodzi o wypowiedź Glapińskiego ze środowej konferencji, że nie można wykluczyć podwyżki stóp, gdyby RPP otrzymała "informacje statystyczne i regulacyjne, że w kolejnych kwartałach będzie silniejszy wzrost inflacji niż zakładamy". To niby standardowa formułka, ale mimo wszystko to sygnał dla rządu (w gruncie rzeczy dość zrozumiały z punktu widzenia polityki pieniężnej), że jego decyzje ws. tarcz antyinflacyjnych - przede wszystkim cen energii, gazu i ciepła - mogą spotkać się z reakcją Rady Polityki Pieniężnej. Glapiński wyliczał, że gdyby - teoretycznie - od lipca ceny nośników energii wróciły do całkowicie rynkowych warunków, to inflacja skoczyłaby o blisko cztery punkty procentowe. Jednocześnie powątpiewał w taki scenariusz (zakłada raczej stopniowe urynkawianie cen) oraz w podwyżki stóp mówiąc, że "w tej chwili nie widać, żeby tak miało być".
Niemniej w piątek członek Rady Polityki Pieniężnej Ireneusz Dąbrowski (a wcześniej bliski współpracownik Glapińskiego) powtórzył agencji Bloomberg: jeżeli rząd zrezygnuje po pierwszej połowie 2024 r. z mrożenia cen energii (obowiązują do końca czerwca) i zerowego VAT-u na żywność (obecnie do końca marca), to możliwe do rozważenia mogą być podwyżki stóp lub rozpoczęcie zacieśniania ilościowego. Z drugiej strony, podwyżek stóp nawet w razie zakończenia tarcz nie przewiduje inny członek RPP Henryk Wnorowski.
Jeszcze ciekawiej za sprawą Dąbrowskiego zrobiło się w niedzielę, gdy w zapowiedzi jego wywiadu, który ma ukazać się w lutowym wydaniu "Gazety Bankowej", pojawiła się opinia, że "może się okazać, że gdy pojawi się tak duży popyt, NBP będzie musiał rozważyć skrócenie swojej pozycji w obligacjach covidowych i część tych papierów sprzedać na rynku żeby ściągnąć nadwyżkę pieniądza". To oznaczałoby duże problemy dla rządu, bo podbiłoby rentowność polskich obligacji, a potrzeby pożyczkowe na ten rok są rekordowo wysokie (brutto to prawie 450 mld zł). W grudniu o takim scenariuszu mówił - choć zapewniając, że to się nie stanie - sam prezes Glapiński.
My byliśmy na rynku wtórnym. Kupowaliśmy te papiery, żeby nasza polityka pieniężna była dobrze transmitowana. Ciułaliśmy, ciułaliśmy i w banku mamy jakieś 140 mld zł obligacji Skarbu Państwa. Jakby bank był nieodpowiedzialny, czy prezes, taki co się nadaje do Trybunału Stanu, czy do zawieszenia (...), to na przykład mógłby te obligacje przedstawić na rynek, co by całkowicie załamało polski sektor - jakby był nieodpowiedzialny. Ale my oczywiście nie zamierzamy z tym nic robić. Niech sobie leży
- mówił wtedy Glapiński cytowany przez PAP.
Mimo gorącej, wręcz parzącej, atmosfery politycznej w Polsce (w ostatnim tygodniu mieliśmy m.in. przełożone "budżetowe" posiedzenie Sejmu, zatrzymanie w Pałacu Prezydenckim Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, "Protest Wolnych Polaków" zorganizowany przez PiS oraz awanturę o to kto rządzi w Prokuraturze Krajowej), na razie inwestorzy mają te wydarzenia w nosie i nie zachowują się jak gdyby w Polsce nastał już bantustan i zamach stanu. Widać to choćby po kursie złotego i rentownościach polskich obligacji, które tańczą w rytm światowych trendów, a nie polskiej nawalanki.
Polska jest w trakcie przywracania rządów prawa. Myślę, że obecna sytuacja nie będzie miała wpływu na rentowności polskich obligacji i złotego
- powiedział Bloombergowi w minionym tygodniu minister finansów Andrzej Domański.
Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku, mówił dla next.gazeta.pl, że "inwestorzy zagraniczni inwestują w dużo mniej komfortowych warunkach i krajach, które są jeszcze bardziej skomplikowane politycznie", ale mimo wszystko sprawy nie muszą zakończyć się tylko dobrze. Przykładowo, ekonomiści ostrzegają, że "rynek finansowy reaguje bardzo spokojnie dopóki nie przekłada się to na wymierne konsekwencje gospodarcze", a "dalszy rozwój wypadków będzie przez inwestorów śledzony".
Polska nie może pozwolić sobie na kolejne tygodnie trwania w chaosie. Sądy muszą funkcjonować, a obywatele i przedsiębiorcy muszą mieć pewność, że dysponują one pełną legitymacją do orzekania w ich sprawach. Sejm musi pracować i procedować ważne dla Polski projekty ustaw. (...) Przerzucanie się kolejnymi opiniami prawnymi uznanych profesorów jest drogą donikąd
- ostrzega z kolei w swoim apelu do wszystkich sił politycznych Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, a jego szef Cezary Kaźmierczak pisze jeszcze ostrzej: "Albo politycy dogadają się, że jest jeden uznawany przez wszystkich Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny itd., albo 30 lat polskiego Złotego Wieku pójdzie w... Nikt tu nie będzie inwestował ani rozwijał biznesu, jak nie będzie można rozstrzygnąć sporu, a sądy nie będą wzajemnie uznawać swoich wyroków. Przez swoją zajadłość odbieracie przyszłość naszym dzieciom".
Głos zabrał też w minionym tygodniu główny analityk agencji ratingowej S&P na nasz region Karen Vartapetov i jego opinia na razie nie powinna nas martwić.
Czy kryzys konstytucyjny (...) czy może to prowadzić do słabszego wzrostu? To się dopiero okaże. Myślę, że jeśli spojrzeć na wskaźniki zaufania inwestorów i ogólny przepływ funduszy, nie wydaje się, aby istniało wiele dowodów sugerujących, że inwestorzy zagraniczni stają się bardziej ostrożni wobec Polski; widzimy raczej bardziej pozytywne nastawienie do Polski
- orzekł Vartapetov.
Nie trzy miesiące (jak jeszcze niedawno proponowało Ministerstwo Rozwoju i Technologii), a "tylko" jeden miesiąc w roku mają potrwać planowane "wakacje od ZUS". Biorę słowo "tylko" w cudzysłów, bo jeden to i tak dużo biorąc pod uwagę, że dziś żadnych podobnych ulg nie ma.
W każdym razie z informacji ministra rozwoju i technologii Krzysztofa Hetmana, którą przyjęła w minionym tygodniu Rada Ministrów, wynika, że takie rozwiązanie przysługiwałoby w dowolnym miesiącu każdego roku i mógłby z niego skorzystać każdy samozatrudniony (a nie tylko np. w kłopotach finansowych). Co równie ważne - z informacji przekazanych przez Kancelarię Premiera wynika, że w okresie "wakacji" przedsiębiorca dalej będzie mógł wystawiać faktury. Innymi słowy, wcale nie będzie musiał robić sobie wakacji naprawdę - będzie mógł normalnie pracować, a po prostu za ten miesiąc nie zapłaci i tak składek ZUS (standardowo w wysokości ok. 1600 zł). Zrobi to za niego budżet państwa - a więc zachowana zostałaby ciągłość składek i rozwiązanie nie pogarszałoby sytuacji osoby na emeryturze.
Rozwiązanie ma być dobrowolne. Rząd zakłada, że projekt ustawy trafi do Sejmu już w marcu i wejdzie w życie jeszcze w tym roku.
Swoiste "wakacje" od ZUS, ale już takie na zawsze, rząd robi także Gertrudzie Uścińskiej, odwołując ją ze stanowiska prezeski Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Uścińska piastowała to stanowisko od 2016 r. Nowego prezesa (lub prezeskę) ZUS mamy poznać już w tym tygodniu.
Pozostańmy jeszcze na chwilę w ZUS. Zakład właśnie opublikował "prognozę wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2024-2028". Dane nie są zaskoczeniem, ale mimo wszystko przypominają, że najtłustsze lata się kończą.
Według pośredniego wariantu analizy, deficyt roczny FUS urośnie między 2024 a 2028 r. o 30 mld zł - z ok. 71 mld zł do 101 mld zł. Pesymistyczny wariant to wzrost o około 44 mld zł (z około 80,5 mld zł do blisko 125 mld zł), optymistyczny zaś oznacza skok "tylko" o 19 mld zł (z 63,6 mld zł do 82,6 mld zł). Warianty różnią się między sobą np. poziomem inflacji, wzrostu PKB, bezrobocia, wzrostem płac czy ściągalnością składek. W każdym z wariantów spadać ma wydolność FUS, czyli iloraz wpływów i wydatków.
ZUS pisze - i ma rację - że "o bankructwie systemu nie ma mowy". Niemniej dane pokazują, że z bieżącej pracy (aktualnie spływających do ZUS składek) będzie można finansować coraz mniejszą część wypłat świadczeń. To z kolei oznacza, że coraz więcej do systemu będzie musiał dorzucać się budżet państwa.
Zgodnie z wszelkimi prognozami, najbliższa dekada będzie dla nas najtrudniejsza. Ale prognoza armagedonu - że nie będzie na wypłaty emerytur - nie ziści się, bo od 1999 r. nie miała prawa się ziścić
- mówił już ponad rok temu w rozmowie z next.gazeta.pl Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Jego słowa nadal są jednak aktualne. Jak wyjaśniał, "tłuste lata się właśnie kończą", bo o ile do niedawna na rynku pracy mieliśmy dwa wyże demograficzne - ten z lat 50. i ten z lat 1975-85 - to teraz został tylko jeden, a do tego wyż z lat 50. odszedł na emerytury na bardzo korzystnych warunkach. - Na pewno nadchodzą chude lata. Ale to nie jest nic, co nie byłoby przewidziane i wyliczone w prognozach.
W minionym tygodniu Sejm miał zająć się projektami ustawy budżetowej i okołobudżetowej, ale posiedzenie - ze względu na bałagan po decyzji o wygaśnięciu mandatów poselskich Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego - zostało przełożone na ten tydzień. Minister finansów Andrzej Domański się jednak nie denerwuje i podczas rozmowy z Bloombergiem przekazał, że "jest przekonany, że ustawa budżetowa zostanie uchwalona na czas".
Z tym czasem sytuacja jest skomplikowana. Zgodnie z Konstytucją, jeśli ustawa budżetowa nie trafi na biurko prezydenta najpóźniej po czterech miesiącach od przedłożenia jej Sejmowi, prezydent mógłby zarządzić przedterminowe wybory. Logiczne wydawałoby się, aby czas ten zacząć mierzyć ekipie Tuska od 19 grudnia, gdy do Sejmu trafił jej projekt budżetu. Gdyby jednak przyjąć, że zegar tyka już od 29 września - gdy swój projekt budżetu przedstawił rząd Mateusza Morawieckiego, to cztery miesiące mijają już 29 stycznia. Koalicja rządząca nie chce ryzykować i planuje przekazanie prezydentowi Dudzie ustawy już pod koniec stycznia.
Popyt na kredyty mieszkaniowe jest rekordowo wysoki
- powiedział Sławomir Nosal z Biura Informacji Kredytowej. BIK przedstawił dane, iż w grudniu o kredyt mieszkaniowy wnioskowało ponad 46 tys. potencjalnych kredytobiorców, blisko cztery razy więcej niż rok temu. Z jednej strony baza sprzed roku była bardzo niska, ale z drugiej widać doskonale, jak bardzo kończący się czas na wnioski o Bezpieczny Kredyt 2 procent "żyłował" liczby. Gdyby uwzględnić nie tylko liczbę wniosków, ale też wnioskowane kwoty kredytów, to okaże się, że wartość wszystkich wniosków podskoczyła o 421 procent rok do roku, a więc ponad pięciokrotnie! To efekt tego, że - jak podał BIK - średnia wartość wnioskowanego kredytu mieszkaniowego podskoczyła przez rok aż o jedną czwartą, do ponad 435 tys. zł.
Po pierwszym wniosku o płatność z KPO, który wyszedł pod koniec ubiegłego roku, w 2024 roku chcielibyśmy złożyć cztery kolejne na kwotę nawet do 120 mld zł. Są dwa okienka na składanie wniosków i chcielibyśmy każde z nich wykorzystać podwójnie
- powiedziała ministerka funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz po wizycie w Brukseli. Mówiła też (cytowana przez RMF FM), że spodziewa się wypłaty transzy 7 mld euro najpóźniej na przełomie marca i kwietnia.
Doniesienia medialne z ostatnich dni są ambiwalentne. Z jednej strony, pojawiają się głosy, że Bruksela jest nam przychylna. Przykładowo, jeden z unijnych urzędników miał przekazać "Financial Times", że w kwestii realizacji kamieni milowych UE "potrzebuje czegoś, co nie wymaga zgody prezydenta, ale jest jak najbardziej wiążące". Z drugiej - znów jak donosi Katarzyna Szymańska-Borginon z RMF FM - "Komisja Europejska oczekuje od rządu Donalda Tuska konkretów, a nie tylko zapewniania o przywracaniu praworządności". Dotyczy to nie tylko KPO, ale też środków z Funduszy Spójności.
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: