Kreml obrywa za rozpętanie wojny w Ukrainie. Gazprom przestał zarabiać - pokazał właśnie pierwszą roczną stratę netto od ponad dwóch dekad. W 2023 roku rosyjski gigant był 629 miliardów rubli na minusie - to równowartość 6,9 miliarda dolarów. Rok wcześniej (2022) odnotował jeszcze potężny zysk w wysokości 1,2 biliona rubli.
Według wyliczeń Reutersa, ostatni raz firma miała stratę netto pod koniec lat 90. XX wieku/na początku lat 2000., a dziennikarze Bloomberga wskazują, że był to 1999 rok (wtedy Gazprom oberwał rykoszetem z powodu kryzysu finansowego w Rosji i osłabienia kursu rubla). To był rok, kiedy Władimir Putin najpierw został po raz pierwszy premierem (w sierpniu), a potem, 31 grudnia, objął urząd prezydenta po zaskakującej rezygnacji Borysa Jelcyna. W Polsce premierem był wtedy Jerzy Buzek, prezydentem Aleksander Kwaśniewski i właśnie weszliśmy do NATO. Dawno temu.
"Wyniki podkreślają dramatyczne pogorszenie w Gazpromie, który od upadku Związku Radzieckiego jest jedną z najpotężniejszych firm w Rosji, często wykorzystywaną do rozwiązywania sporów z sąsiadami, takimi jak Ukraina i Mołdawia" - pisze w swojej depeszy Agencja Reutera. Budżet Kremla to odczuje, bo rosyjskie państwo jest głównym udziałowcem gazowego giganta, a wojna mocno wydatki państwowe obciąża.
Drastyczny spadek wyników firmy to przede wszystkim efekt ograniczenia zakupów z Europy. Tego, jak bardzo handel z Zachodem został ograniczony, oficjalnie nie wiadomo, bo Gazprom nie publikuje danych o eksporcie od początku zeszłego roku. Ale według wyliczeń Reutersa, dostawy do Europy spadły o ponad 55 proc. To oczywiście efekt ataku Rosji na Ukrainę, która pociągnęła za sobą także gospodarcze reakcje zachodniego świata. Poza ścięciem zakupów z Rosji, w Gazprom uderzają też sankcje finansowe.
Portal Bloomberg zauważa też, że rosyjskiemu koncernowi nie sprzyjały także inne czynniki: ceny gazu spadały z powodu ciepłej zimy, słabego popytu i dużych zapasów. W reakcji na podane w czwartek wyniki, notowania akcji Gazpromu spadły o 4,4 proc., najmocniej od ponad roku.
Mimo potężnego ograniczenia, Europa wciąż kupuje gaz od Gazpromu. Po wybuchu wojny w Ukrainie przed dwoma laty pojawiały się wezwania do zerwania tej zależności, ale ostatecznie UE de facto nie wprowadziła sankcji na rosyjski gaz. "To nigdy nie były sankcje. To była dobrowolna i sprytna decyzja krajów, żeby zdywersyfikować dostawy i nie być dłużej szantażowanym przez Rosję" - wyjaśniał kilka dni temu w rozmowie z portalem Deutsche Welle Benjamin Hilgenstock z Kijowskiej Szkoły Ekonomii. Odcięcia od rosyjskiego gazu boją się przede wszystkim Niemcy, których przemysł jest mocno energochłonny. Przed wybuchem wojny w Ukrainie ponad jedna trzecia gazu w Unii Europejskiej pochodziła z Rosji.