Był 28 listopada 1979 roku. Tuż przed godziną 8:30 rano z lotniska w Auckland, największym mieście Nowej Zelandii, wystartował samolot McDonnell Douglas DC-10. Była to w tamtym czasie całkiem nowoczesna, szerokokadłubowa maszyna, obsługująca głównie loty międzykontynentalne. Ten konkretny egzemplarz był też stosunkowo nowy, w chwili wypadku miał około pięciu lat.
Co może wydawać się zaskakujące, celem lotu numer 901 linii Air New Zealand było dokładnie to samo lotnisko, z którego maszyna startowała – port lotniczy w Auckland. Nie był to bowiem zwyczajny kierunek rejsowy, ale długi, aż 12-godzinny lot widokowy. Lot nad Antarktydą.
Linie Air New Zealand, podobnie zresztą jak w Australii linie Qantas, zaczęły realizować takie loty w lutym 1977 roku. Zwyczajne pasażerskie maszyny zabierające na pokład sporo ponad 200 osób startowały z lotniska w Auckland, by po kilku godzinach dotrzeć do wybrzeży Antarktydy, jedynego niemal nietkniętego ręką człowieka kontynentu.
Nad białym lądem samolot obniżał znacząco swoją wysokość, tak aby pasażerowie mogli cieszyć się niezwykłymi widokami bezkresnej lodowej pustyni, a następnie – już na wysokości przelotowej – wracał do Nowej Zelandii. Najpierw lądował w Christchurch na południu kraju, gdzie część pasażerów wysiadała, a maszynę tankowano, a następnie w Auckland na Wyspie Północnej.
Końcówka 1979 roku to z kolei szczyt popularności tego typu lotów, które – pomimo stosunkowo wysokiej ceny – sprzedawały się w kilka dni po otwarciu puli biletów na kolejny sezon. Air New Zeland nie musiały się nawet martwić o reklamę, bo samoloty i tak latały niemal pełne. Pasażerowie byli gotowi zapłacić nieco ponad 300 dolarów nowozelandzkich, by w iście luksusowych warunkach, przy pokojowej temperaturze i z lampką szampana w dłoni obserwować z powietrza niedostępny, surowy kontynent.
Dla podróżników z całego świata była to też ciekawa alternatywa dla realizowanych (do dziś zresztą) rejsów statkami z Argentyny i Chile. Te nie dość, że trwają nawet kilkanaście dni, kosztują zdecydowanie więcej. Korzystając z oferty przewoźnika z Nowej Zelandii, pasażerowie mogli wyruszyć wczesnym ranem i na kolację wrócić do domu.
Samolot rejsu numer 901, podobnie jak pozostałe, był wypełniony prawie po brzegi. Na pokład weszło 237 pasażerów i 20 członków załogi. Dla wygody podróżnych środkowe rzędy w samolocie pozostawiono puste, tak aby mogli swobodnie przemieszczać się po pokładzie, szukając najlepszego kadru.
Start i pierwsza część lotu przebiegła bez żadnych przeszkód. Choć dla kapitana Thomasa Jamesa Collinsa i pierwszego oficera Gregory’ego Marka Cassiniego był to pierwszy przelot nad Antarktydą, byli bardzo doświadczonymi pilotami, a na kilkanaście dni przed startem zostali przeszkoleni z nawigowania samolotem w niezwykłych, polarnych warunkach.
Plan, który im przedstawiono, zakładał przelot nad cieśniną McMurdo i ominięcie w bezpiecznej odległości ogromnego wulkanu Erebus, znajdującego się na Wyspie Rossa. Wierzchołek Erebusa wnosi się na 3794 metry nad poziom morza, a wulkan ten jest najbardziej aktywnym na całej Antarktydzie. Dalej pasażerowie mieli ujrzeć niemal idealnie płaski i śnieżnobiały Lodowiec Szelfowy Rossa, który ciągnie się setki kilometrów w głąb kontynentu.
Kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża siódmego kontynentu piloci skontaktowali się z kontrolerami znajdującej się na Wyspie Rossa amerykańskiej stacji badawczej McMurdo, a ci wyrazili zgodę na obniżenie wysokości do 3000 metrów. Przepisy w tamtym czasie zezwalały na loty z minimalną wysokością nieco ponad 1800 metrów, ale tajemnicą poliszynela był fakt, że piloci Air New Zeland regularnie naginali tę zasadę. W katalogach przewoźnika można było znaleźć liczne zdjęcia z poprzednich rejsów na Antarktydę, które wykonane zostały w wysokości najwyżej kilkuset metrów na powierzchnią kontynentu.
Tak było i tym razem. Kapitan Collins poinformował kontrolerów, że obniży lot do 610 metrów, a następnie włączy autopilota. Problem pojawił się zupełnie niespodziewanie. O godzinie 12:49 w kokpicie samolotu rozległ się alarm ostrzegający o zbliżaniu się do ziemi. Kilka sekund później samolot uderzył w zbocze wulkanu Erebus, którego ominąć miał w bezpiecznej odległości.
Maszyna eksplodowała, zginęli wszyscy pasażerowie i członkowie załogi – łącznie 257 osób. Prawdopodobnie żadna z nich nie zdawała sobie sprawy, że maszyna leci wprost w zbocze potężnego wulkanu. Nawet piloci do ostatnich chwil lotu byli przekonani, że widzą przed sobą śnieżnobiały Lodowiec Szelfowy Rossa. Dopiero na kilka sekund przed uderzeniem gwałtownie zwiększyli moc silników, próbując poderwać samolot.
Wrak samolotu, a właściwie jego szczątki, odnaleziono na zboczu góry, 447 metrów na powierzchnią morza. Początkowo jednak kontrolerzy ruchu i linie lotnicze w ogóle nie zdawały sobie sprawy, że doszło do tragedii. Z samolotem utracono kontakt, o czym przewoźnika Amerykanie poinformowali niedługo później.
Air New Zeland początkowo jednak nie informowała o zaginięciu samolotu. Rodziny ofiar, które czekały na lotnisku w Christchurch, uspokajano, tłumacząc, że opóźnienia się zdarzają. Na miejsce katastrofy dopiero około północy dotarły helikoptery Amerykańskich Sił Powietrznych, a przewoźnik poinformował o wypadku nad ranem następnego dnia. Niedługo później Amerykanie potwierdzili, że nie udało się odnaleźć ani jednej ocalałej osoby.
Uderzenie było tak potężne, że ciała wielu ofiar dosłownie zniknęły z miejsca katastrofy. Ostatecznie śledczym udało się odnaleźć ciała tylko 114 osób, na podstawie badań szczątków zidentyfikowano kolejne 99 osób. Szczątki 16 osób, których nie udało się zidentyfikować, pochowano w zbiorowej mogile, a 28 ofiar nigdy nie odnaleziono.
Raport ze śledztwa badającego przyczyny katastrofy opublikowano już w czerwcu 1980 roku. Wykazano w nim, że piloci nie widzieli wulkanu, bo jego obraz zlewał się z powierzchnią lodowca na dole i chmurami na górze. W związku z minimalnym kontrastem między górą, resztą lądu i niebem, nie dało się zobaczyć horyzontu.
Winą za katastrofę całkowicie obarczono pilotów, którzy nie dość, że zeszli poniżej dopuszczalnej wysokości, to jeszcze zdecydowali się kontynuować lot w warunkach złej widoczności. Pod naciskiem opinii publicznej rząd Nowej Zelandii zgodził się jednak na utworzenie nowej komisji śledczej, która składała się z tylko jednego członka – powszechnie szanowanego sędziego Petera Mahona. Ten zdecydowanie bardziej rzetelnie zbadał przyczyny katastrofy i opublikował wyniki dochodzenia w kwietniu 1981 roku.
Śledczy nie tylko całkowicie oczyścił z winy pilotów, ale i zarzucił szereg nieprawidłowości linii Air New Zeland i uznał, że to właśnie przewoźnik jest winny tragedii. Okazało się bowiem, że na dwa tygodnie przed katastrofą jeden z pilotów innego rejsu zauważył i zgłosił znaczne rozbieżności między trasą zatwierdzoną przez nowozelandzkie Ministerstwo Transportu a współrzędnymi zapisanymi w systemie komputerowym Air New Zealand.
Oficjalna trasa zakładała bowiem bezpośredni przelot (na bezpiecznej wysokości) nad Wyspą Rossa i samym wulkanem Erebus. Tymczasem uwzględniona w systemie linii trasa zakładała ominięcie wulkanu w znacznej odległości nad cieśniną McMurdo. Podczas szkolenia pilotów Collinsa i Cassiniego omówiono opcję lotu zakładającą ominięcie wulkanu (błąd zauważono kilka dni po szkoleniu). W nocy przed katastrofą rozbieżności postanowiono jednak naprawić, wprowadzając do komputera oficjalnie zatwierdzoną trasę (bezpośrednio nad wulkanem).
Jak zauważył Mahon, przewoźnik nie tylko nie poinformował o tym fakcie pilotów, ale i zataił tak kluczową informację w trakcie pierwszego śledztwa. I to właśnie zmiana trasy lotu bez uprzedzenia załogi rejsu 901 została uznana za oficjalną przyczynę katastrofy. Piloci do ostatniej chwili byli przekonani, że lecą bezpiecznie nad lodem pokrywającym wody McMurdo Sound, zgodnie z planem, który został im przekazany.
Co więcej, dowiedziono, że piloci dostali zgodę na obniżenie lotu (poniżej dopuszczalnej wysokości), ale nawet gdyby pozostali na przepisowych 1800 metrów, nie uniknęliby zderzenia z wulkanem Erebus (o wysokości prawie 3800 metrów). Dodatkowo wykazano, że piloci mogli doświadczyć złudzenia optycznego, które może wystąpić w warunkach polarnych, a na taką ewentualność nie zostali przygotowani podczas szkolenia.
Lot 901 linii Air New Zeland do dziś pozostaje największą katastrofą lotniczą w historii Nowej Zelandii i jedynym wypadkiem z udziałem rejsowego samolotu pasażerskiego, do którego doszło na Antarktydzie. Był to również pierwszy śmiertelny incydent w historii istniejącego od 1940 roku przewoźnika.
Fragmenty wraku samolotu pozostają na zboczu wulkanu do dziś. W pobliżu miejsca katastrofy postawiono też krzyż upamiętniający tragedię. Szefostwo Air New Zealand oficjalnie przeprosiło bliskich ofiar dopiero 30 lat po tragedii - w 2009 roku. Dekadę później (w listopadzie 2019) za katastrofę i nieudolne (początkowo) zbadanie jej przyczyn proprosił również rząd Nowej Zelandii.