Niebezpieczna ideologia w Dolinie Krzemowej. To dlatego Elon Musk kupił Twittera

Longtermizm to ideologia, która w Dolinie Krzemowej zyskuje coraz większą popularność. Elon Musk nawet nie kryje, że jest mu wyjątkowo bliska. I choć to ideologia, która może z pozoru wydawać się kusząca, gdy się w nią zagłębimy, odkrywa przed nami swoje mroczne oblicze.
Elon Musk
Fot. REUTERS/Nathan Howard

Elon Musk w 2022 roku przejął Twittera. To był zaskakujący ruch jak na najbogatszego człowieka świata, który powinien przecież kojarzyć się z udanymi inwestycjami. Sam Musk kilka lat temu przyznawał bowiem, że firma traci 4 mln dol. dziennie. Dziś liczy, że X.com, jak przechrzcił platformę społecznościową, będzie warty znacznie więcej niż 44 mld dolarów, które wydał, bo chociażby na platformę wrócili reklamodawcy, a firma wprowadza X Money i kilka innych nowości. Przez długi czas transakcja była jednak wielką "wtopą". Właścicielowi Tesli i SpaceX raczej jednak nie spędzało to snu z powiek. Miliarder bowiem nie kupował wówczas jeszcze Twittera dla pieniędzy. Stały za nimi zupełnie inne motywacje, które zaczerpnął z ideologii longtermizmu, gdzie najważniejszą rzeczą, którą trzeba zabezpieczyć, jest przyszłość ludzkości. 

Musk nie kryje, że jest zwolennikiem longtermizmu. Kilka miesięcy przed zakupem serwisu społecznościowego, w sierpniu 2022 roku udostępniał bowiem publikację jednego z najważniejszych propagatorów tej myśli - Williama McAskilla. Musk jest też razem z Pieterem Thielem, miliarderem, z którym współpracował przy PayPalu, sponsorem Future of Life Institue. Nie ma więc żadnych wątpliwości co do poglądów miliardera z USA. 

Zdaniem Muska i jemu podobnych (longtermizm to ideologia popularna w Dolinie Krzemowej, popierana m.in. przez Sama Bankmana-Frieda, który na miliardy dolarów oszukał klientów swojej giełdy kryptowalutowej FTX) ważne jest, by zadbać o przyszłe pokolenia. Choć idea wydaje się słuszna, to zagłębiającym się w nią, zapala się sporo czerwonych lampek. 

Dla Muska X.com jest okazją, by utwierdzić się w tym, że my maluczcy nic nie rozumiemy, podczas gdy on poświęca się (a raczej poświęca nas) na rzecz lepszej przyszłości. Twitter ma być dla niego narzędziem, które zapewni przetrwanie ludzkości, a więc pozwoli mu zrealizować myśl stojąca za longtermizmem.

Zobacz wideo Trump żegna Elona

Musk chce uczynić Twittera czymś więcej niż tylko medium społecznościowym

Dziennikarz śledczy Dave Troy pisze, iż były już szef Twittera, Jack Dorsey w kwietniu 2022 roku twierdził, że nie wierzy co do zasady w to, że ktoś powinien rządzić Twitterem. Dodał, że chce by Twitter był dobrem publicznym na protokolarnym* poziomie, nie firmą. Jednocześnie jednak Dorsey przekonywał, że jednostkowym rozwiązaniem tego problemu jest... Elon Musk. 

*Nie wchodząc w szczegóły, chodzi o dostępność kodu, tak by mógł go uruchomić każdy.

Ekonomista zajmujący się gospodarką cyfrową Jan J. Zygmuntowski w rozmowie z Next.gazeta.pl zwrócił uwagę, że Google, Facebook, Apple i Amazon przejęły tak dużą część przestrzeni publicznej, że konkurują już z państwem. "Takie platformy, jeśli są odpowiednio duże, są po prostu infrastrukturą cyfrową. Jako naturalny monopol - tak samo jak wodociągi, elektryczność, trakcja kolejowa - nie mogą być prywatne i wolnorynkowe" - uważa Zygmuntowski

Powinno się więc zgodzić z Dorseyem, że Twitter nie musi być traktowany jak firma. Stał się współczesną Agorą, czy Hyde Parkiem, gdzie można wyrazić swobodnie swoje myśli, więc niedobrze, gdy jedna osoba może traktować go jak zabawkę. Trzy lata po zakupie przez Muska X.com niestety stał się dokładnie tym, przed czym wszyscy ostrzegali, bo Musk ręcznie podbija zasięg swoich postów i manipuluje trendami na platformie. 

Musk i Dorsey prywatnie są dobrymi znajomymi. Obaj publicznie przekonują, że Twitter powinien być ostoją wolności słowa. Ze słów Muska wynika, że optuje on za jej absolutnym wariantem, w którym każdy może mówić co chce. Wolność można rozumieć jednak jako "wolność od czegoś" i "wolność do czegoś". Mamy więc wolność do wyrażania poglądów, ale co z wolnością od hejtu kierowanego w naszą stronę? 

Muska zdaje się to nie interesować, choć ostatnio jego firma przepraszała za wpadkę z chatbotem AI (sztucznej inteligencjiGrok, który wulgarnie obrażał m.in. ważnych polityków. - Bogacz Twittera przejął po to, by wyplenić poprawność polityczną z geopolitycznych rozgrywek, które zdaniem miliardera i jego popleczników zostały zawłaszczone przez cenzurę i ideologię przebudzonych (ang. woke) - pisze Dave Troy. Dla Muska więc X.com też jest czymś więcej niż tylko firmą - to narzędzie, którym może przywrócić bieg świata na dobre tory. I znów - problematyczne jest to, że ma o tym decydować jedna osoba, o wątpliwej historii zarządzania ludźmi. 

Czemu więc Dorsey oddał firmę w ręce jednego miliardera, choć chciał uczynić ją dobrem publicznym? Dave Troy uważa, że kluczowe dla Dorsey'a było pragnienie Muska, by uwolnić Twittera z rąk inwestorów z Wall Street. Właściciel Tesli wierzy bowiem, że jako otwarta dla każdego technologia, Twitter bardziej przysłuży się ludzkości, niż gdyby zarządzał nim jeden człowiek lub maklerzy giełdowi, którym zależy tylko na pomnażaniu zysku dla akcjonariuszy. Na poziomie założeń intencje Muska mogą się wydawać dość czyste. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. 

Longtermizm, czyli katastrofa jednego człowieka, szansą całej ludzkości

Filozofia longtermizmu może wydawać się kusząca. Bo jakże to nie przejmować się losem ludzkości, a więc też przyszłych pokoleń? Longtermizm wyrasta na idei efektywnego altruizmu, która pochodzi od etyka Petera Singera. Jej zwolennicy prowadzą działania dążące do poprawy kondycji ludzkości i starają się w mniejszym stopniu kierować w tym intuicją i emocjami.

Longtermizm posuwa te założenia jeszcze dalej. Sam Singer narzeka w swojej książce "The Most Good You Can Do", że część osób zdecydowała się porzucić efektywny altruizm na rzecz longtermizmu. Ruch skupia się bowiem głównie na ludziach, którzy teraz zamieszkują planetę. Longtermiści natomiast kładą nacisk na przyszłe pokolenia, bo z prostego rachunku wynika, że w przyszłości liczba ludzi będzie znacznie większa niż ta, która zamieszkuje obecnie Ziemię. Longtermiści uważają więc, że mają moralne zobowiązania nie wobec współczesnej cywilizacji, ale wobec tej, która jeszcze nie istnieje. 

"Longtermizm jest przedłużeniem i wynaturzeniem idei efektywnego altruizmu, jego mieszanką z radykalnym utylitaryzmem" - ostro podsumowuje na łamach "The Guardian" ten ruch Siva Vaidhyanathan, badacz mediów. Utylitaryzm to etyka, w której podejmując decyzje kierujemy się rachunkiem użyteczności. Setki miliardów istnień z przyszłości w takim działaniu są więc dla longtermistów warte więcej niż realnie żyjący tu i teraz ludzie.

A Elon Musk od lat skupia się nie tyle na teraźniejszości co na przyszłości właśnie. Tesla to przyszłość samochodów, The Boring Company - transportu miejskiego. W SpaceX z kolei postawił cel, by zaludnić Marsa. X.com w tym towarzystwie jawi się więc jako przyszłość wolności słowa.

Musk przestrzegał też przed generalną sztuczną inteligencją, która jego zdaniem jest zagrożeniem dla ludzkości większym niż broń jądrowa. Jedną z najważniejszych publikacji w tej materii jest "Superinteligencja. Scenariusze, strategie, zagrożenia" filozofa Nicka Bostroma. Tak się składa, że jest to jeden z kluczowych teoretyków longtermizmu, który pracami z 2009 i 2013 roku kładł podstawy pod tę myśl. Naukowczyni i popularyzatorka nauki Sabine Hossenfelder w swoim materiale na temat longtermizmu zwraca uwagę, że w obu pracach Bostrom prowadził rozważania wątpliwej natury moralnej. 

 
Katastrofa, która nie niesie za sobą zagrożenia egzystencjalnego, ale powoduje przełom cywilizacyjny, i z perspektywy całej ludzkości jest możliwa do naprawienia, to... olbrzymia masakra dla jednego człowieka, ale mały błąd dla ludzkości

- pisał w 2009 roku Bostrom.

Taaa, upadek globalnej cywilizacji, to dokładnie coś, co bym określiła małym błędem

- podsumowała Bostroma Sabine Honssefelder. 

W 2013 roku Bostrom natomiast wyliczał matematycznie m.in. wartość ludzkiego życia. "Odkryliśmy, że wartość obniżenia egzystencjalnego ryzyka (wyginięcia ludzkości - red.) zaledwie o jedną miliardową jednej miliardowej jednego punktu procentowego, jest warta 100 miliardów razy bardziej niż miliard ludzkich żyć".

Utylitaryści mogą się oburzyć, że nie ma w tym nic złego, bo przecież generałowie czy politycy (a na takiej rangi postać kreuje się Musk) chcąc nie chcąc, muszą podejmować decyzje, w których waży się życie różnych grup ludzi. Czym innym jednak liczenie wartości ludzkiego życia w teorii, gdy nikt nas nie zmusza do tworzenia tak makabrycznych rachunków istnień, a czym innym podjęcie takiej decyzji przez generała na polu bitwy, gdy taki wybór staje się realny a jego konsekwencje nieuniknione. 

Kto jest ważniejszy - my czy przyszłe pokolenia? 

To, co jest w longtermizmie problemem, czyli myślenie o przyszłości kosztem teraźniejszości, jest jednocześnie jego fundamentem. Bo nie dość, że wartość ludzkiego życia jest wyliczona matematycznie i osadzona w przyszłości, podczas gdy na Ziemi wciąż mieszka 8 miliardów czujących i nadal żywych osób, to liczby, które wychodzą z tego równania są niewyobrażalnie małe. Sabine Hossenfelder, by pokazać absurd tej sytuacji przywołuje eksperyment myślowy... wymyślony przez Bostroma w celu uzasadnienia jego myśli. "Napad na Pascala" opiera się na zasadzie maksymalizowania oczekiwanej użyteczności, którą znamy ze słynnego "Zakładu Pascala" (treść "Napadu na Pascala" znajdziecie tutaj). 

Gdy złodziej, zapomniawszy pistoletu, poprosi cię o portfel i zaproponuje, że zwróci ci dwukrotność jego zawartości następnego dnia, nie zgodzisz się, bo mu nie ufasz. Bostrom argumentuje jednak, że jeśli złodziej zaproponuje ci wystarczająco dużą kwotę zwrotu, w końcu przyjmiesz propozycję, bo warto poświęcić kilkadziesiąt czy kilkaset złotych, jeśli istnieje choćby minimalna szansa, że następnego dnia zwróci kwotę, która pozwoli być ci szczęśliwym do końca życia. Szczególnie że zgodnie ze słowami złodzieja, który twierdzi, że jest z innego wymiaru, zawartość portfela zapewni dobrobyt jego ludziom i uszczęśliwi mnóstwo dzieci. 

Hossenfelder trzeźwo jednak zauważa, że większość osób nie zdecydowałaby się oddać w takiej sytuacji portfela, choćby nie wiem co, a więc eksperyment myślowy Bostroma jest błędny. Idącą za nim logikę longtermizmu wyśmiał też Jon Schwarz na łamach The Intercept. Schwarz przytoczył siedem lepszych filozofii, które powinniśmy wyznawać, jeśli istnieje, choć minimalna szansa, że są prawdziwe. Znalazł się tam na przykład Yum, Zebraizm (jeśli istnieje jedna szansa na kwadrylion, że długość życia można wydłużyć o choćby ułamek jedząc żywe zebry, to powinniśmy je jeść), czy... masturbacjonizmu. To oczywiście zmyślone przykłady, które mają pokazać absurdy lontergmizmu. 

I tu dochodzimy do sedna problemów tej myśli. Założenie, że trzeba się poświęcić dla jakiejś idei, gdy istnieje choćby najmniejsza szansa, że jest ona prawdziwa, rodzi wiele pytań, np. jak bardzo cenimy przyszłe życia, względem naszych następców? Czy możemy poświęcić nasze zdrowie i komfort, dla bliżej nieokreślonych i nieistniejących jeszcze ludzi z bliżej nieokreślonej przyszłości? 

Gdy najpotężniejsi ludzie świata wierzą, że to najlepsza droga dla ludzkości, longtermizm staje się niebezpieczny. Pragną oni pokierować losami ludzkości, nie zważając na głosy osób, których będą bezpośrednio dotyczyć te decyzje. 

Ponadto nasza niepewność co do losów przyszłości jest zbyt duża, by opierać się na minimalnych szansach dot. jakichkolwiek przewidywań. Szczególnie że po drodze może się "wysypać" bardzo wiele rzeczy i pojawią się tzw. czarne łabędzie, czyli zdarzenia o minimalnej szansie wystąpienia, ale wywracające świat do górny nogami. 

Bo choć może zdawać się nam, że złapaliśmy Pana Boga za nogi i jesteśmy wyjątkowo zaawansowaną cywilizacją, to ostatnie lata były pełne czarnych łabędzi, które zburzyły nasze wyobrażenia co do świata. Od pandemii, przez kryzys energetyczny, na wojnach w Ukrainie i Bliskim Wschodzie kończąc. 

Elon Musk jako longtermista, ma ambicję, by od takich zdarzeń wybawić nie tyle poszczególnych ludzi, co całą ludzkość. A do tego zbioru zalicza również naszych potomków. Koszty osiągnięcia celów dla Elona natomiast nie grają roli. Dla dobra przyszłości ludzkości trzeba "hardokorów", pracować kilkanaście godzin dziennie przez cały tydzień i spać w biurze, czy ryzykować życiem pracowników, zmuszając ich do pracy nawet w trakcie pandemii i wbrew przepisom prawa. 

Czytaj więcej: Polski rząd idzie na wojnę z X. Poszło o Groka. Jest oficjalne pismo do KE. Mamy szczegóły

Źródła: X, internet, The Guardian Wall, The Intercept, 

Więcej o: