UE wbrew Polsce zatwierdziła obowiązek oszczędzania prądu. Ale będzie też unijna danina Sasina

Unia Europejska uzgodniła, wbrew sprzeciwowi Polski, obowiązkowe oszczędności energii elektrycznej. Zaostrza się spór o unijny pułap cenowy na gaz, którego nie chce Berlin i Bruksela.

Ministrowie 27 krajów Unii zatwierdzili w piątek kryzysowe przepisy o obowiązkowych oszczędnościach zużycia energii elektrycznej w całej Unii o 5 proc. w godzinach szczytu oraz - to zobowiązanie dobrowolne - całościowego zużycia o 10 proc. w okresie od grudnia br. do marca 2023 roku (w porównaniu ze średnią z poprzednich lat). Ponadto Rada UE zgodziła się na podatek od nadzwyczajnych zysków producentów energii z paliw kopalnych (20 proc. od nadwyżki ponad średnią z ostatnich lat) oraz na - oparte na innym mechanizmie - ściągnięcie dodatkowych pieniędzy od producentów energii ze źródeł odnawialnych, atomu i węgla brunatnego. Cena hurtowa prądu w Unii zależy teraz głównie od gazu lub węgla kamiennego (w Polsce), co winduje zyski producentów z tych innych źródeł pomimo zwykłych kosztów produkcji.

Komisja Europejska szacuje, że te dodatkowe daniny od producentów energii mogą przynieść łącznie nawet 140 mld euro, które kraje UE będą mogły przeznaczyć na pomoc dla obywateli oraz małych i średnich przedsiębiorstw. - Osiągnięte dziś porozumienie przyniesie ulgę obywatelom i firmom. Państwa Unii spłaszczą krzywą zapotrzebowania na energię elektryczną w godzinach szczytu, co będzie miało bezpośredni pozytywny wpływ na ceny. I dokonają redystrybucji nadwyżki zysków z sektora energetycznego na rzecz tych, którzy mają trudności z opłaceniem rachunków - powiedział minister Jozef Sikela, który prowadził obrady w imieniu czeskiej prezydencji w Radzie UE. Z kolei minister Anna Moskwa tłumaczyła, że już podejmowane w Polsce działania m.in. co do nadzwyczajnego opodatkowania wpisują się w wymagania z tych nowych przepisów UE.

Zobacz wideo Oszczędzając prąd, realnie oszczędzamy nasze pieniądze?

Polska "za", ale przeciw

Dzisiejsze uzgodnienia, po ich przetłumaczeniu i doszlifowaniu języka prawnego, zostaną wkrótce formalnie zatwierdzone przez 27 krajów w postępowaniu pisemnym. Rząd Mateusza Morawieckiego, jak sugerowała dziś minister Moskwa, zamierza pisemnie zagłosować przeciw co jednak będzie bez znaczenia dla losów dzisiejszego kompromisu zatwierdzanego większościowo, czyli bez prawa weta. Szczegóły zapisów merytorycznych Polsce - jak wynika z naszych rozmów w Brukseli - raczej odpowiadają, ale w sprzeciwie chodzi o ideowe "nie" wobec przekazywania dodatkowych uprawnień w dziedzinie energii dla wspólnych instytucji UE.

Więcej informacji ze świata na stronie głównej Gazeta.pl 

- Gdyby nie wątpliwości formalne… - tłumaczyła dziś minister Moskwa, przekonując, że m.in. w dziedzinie energii Rada UE powinna stosować regułę jednomyślności, a nie głosowania większościowego. Latem tego roku najpierw poparła przepisy o skoordynowanych oszczędnościach gazu, ale na etapie procedury pisemnej rząd Morawieckiego też zagłosował przeciw. I też tłumaczył to walką z zawłaszczaniem uprawnień przez Brukselę.

List Piętnastu

Jednak ciężar sporów UE o kryzys energetyczny przeniósł się na temat limitu cenowego na cały gaz importowany do UE, co w istocie prowadziłoby do górnego pułapu ceny na hurtowym rynku gazu. Aż 15 krajów Unii, w tym Polska, Francja, Włochy oraz Hiszpania, zażądało w tym tygodniu od Komisji Europejskiej projektu przepisów o limicie ceny, by Rada UE mogła się nim zająć i ostatecznie nad nim zagłosować. Jednak Komisja, która w ustroju unijnym ma monopol na inicjatywę prawodawczą, nie podporządkowała się tym wezwaniom. A w zamian przedstawiła analizę z listą zagrożeń płynących z pułapu cenowego. Tę argumentację Komisji podzielają Niemcy, Holandia, Dania, które obecnie byłyby gotowe co najwyżej na limit ceny na gaz z Rosji (jego znaczenie zmalało jeszcze mocniej po wyciekach w Nord Stream), lecz nie dla pozostałego gazu - w tym z Norwegii oraz LNG ze Stanów Zjednoczonych.

 

- Odnotowałem dziś poważne obawy krajów Unii związane z działaniami, które postulowano na poprzednim posiedzeniu Rady UE, gdy [apelowano do Komisji o projekt limitu cenowego] - relacjonował minister Sikela. Z kolei minister Moskwa wprost zapowiedziała, że skoro Komisja nie chce działać, to czterej inicjatorzy listu 15 krajów, czyli Włochy, Polska, Belgia oraz Grecja, zaczną sami pracować nad odpowiednim projektem, by doprowadzić do dyskusji w Radzie UE i wzmocnić presję polityczną. - Niemcy wcale nie odżegnują się od tej dyskusji. Jestem przekonana, że potrafimy doprowadzić do dobrego rozwiązania - przekonywała minister Moskwa.

Rzym krytykuje Niemcy

Wprowadzenie odgórnego limitu ceny importowanego gazu w Unii (jednym z wariantów jest limit ruchomy uzależniony od cen poza Europą) byłoby nadzwyczajnie mocną ingerencją w mechanizmy rynkowe. Komisja podnosi obawy, że urzędowe zaniżanie ceny m.in. zniechęciłoby sprzedawców LNG, który obecnie Europejczycy - dzięki swym sowitym cenom - podkupują importerom z Azji. Z kolei z Holandii dochodzą głosy, że w "cywilizowanych relacjach" z Norwegią nie można po prostu sztucznie zbijać ceny. Niemcy, choć wcześniej do tego się nie paliły, teraz przekonują, że skuteczniejszym sposobem byłoby unijne przyspieszenie w systemie wspólnie negocjowanych zamówień na gaz. Kraje Unii mogą w ten sposób wykorzystywać wspólną, a zatem silniejszą pozycję negocjacyjną dla zbijania cen.

Ponadto Bruksela i Berlin podkreślają, że zbyt sztuczne zaniżenie ceny wyeliminowałby w Unii impuls do oszczędzania gazu, co grozi jego racjonowaniem dla przemysłu tej zimy. Jednak ten argument w połączeniu z nowo ogłoszonym przez Berlin pakietem 200 mld euro, który ma chronić mieszkańców i firmy z Niemiec przed skutkami drastycznego wzrostu cen energii, jest szczególnie źle odbierany we Włoszech.

- Nie możemy wprowadzać podziałów w Unii wedle różnych zdolności budżetowych równych krajów. Potrzebujemy solidarności - tak decyzje rządu Scholza skomentował dziś wkrótce odchodzący włoski premier Mario Draghi. A jego prawdopodobna następczyni Giorgia Meloni przekonywała, że "żaden pojedynczy kraj Unii nie może samodzielnie zaoferować skutecznych, długoterminowych rozwiązań przy braku wspólnej strategii unijnej".

Podobnie jak w czasie pandemii Włosi stawiają pytania o groźbę zaburzeń wspólnego rynku UE z powodu zróżnicowanej pomocy państwowej dla firm w różnych krajach Unii. - Jeśli inne kraje Unii dojdą do wniosku, że ogłoszony przez Niemcy ogromny pakiet energetyczny podważy jednolity rynek, bo żaden inny kraj nie jest w stanie wesprzeć swojej gospodarki w takim samym stopniu, możemy być świadkami nowej debaty o dodatkowym pakiecie finansowanym z unijnego długu (jak Fundusz Odbudowy) - uważa Janis Emmanoulidis z brukselskiego European Policy Center.

Artykuł pochodzi z portalu Deutsche Welle

Więcej o: