Z danych Copernicus Climate Change Service, czyli unijnego programu obserwacji zmian klimatu, wynika, że globalne temperatury we wrześniu były o 0,05 stopnia Celsjusza wyższe niż we wrześniu 2019 roku. To znaczy, że pobiły rekord i miniony miesiąc był globalnie najcieplejszym wrześniem w historii prowadzenia takich pomiarów. Swój rekord pobiła też Europa, w wielu innych regionach świata temperatury były znacznie powyżej średniej.
Tego lata rekordy temperatury obserwowaliśmy nawet daleko na północy. W lipcu na archipelagu Svalbard, a dokładnie na wyspie Spitsbergern, zanotowano ponad 21 stopni Celsjusza - zwykle od tej porze roku mogą to być okolice 10 stopni. Na Spitsbergnie niedawno badał lodowce Jakub Małecki, glacjolog, autor bloga Glacjoblogia.
- Szczerze mówiąc, ja byłem przerażony tym, co zobaczyłem, ponieważ takich warunków, jakie miałem teraz na Spitsbergenie spodziewałem się dopiero gdzieś w II połowie XXI wieku. Lato, które mieliśmy w tym roku na Svalbardzie, było ponad 2 stopnie cieplejsze niż wieloletnia średnia. I pomimo że te 2 stopnie nie wydają się jakąś ogromną różnicą, to jeśli pomyślimy o tym, że na Svalbardzie nawet latem temperatura jest niewiele powyżej zera, to de 2 stopnie różnicy dają kolosalną intensyfikację topnienia lodu na lądach, w tym właśnie lodowców. W związku z tym prawdopodobnie na całym Svalbardzie mieliśmy rekordowy sezon topnienia - mówi.
Lodowce, podobnie jak lód morski, zwykle topniały latem, ale zimą, dzięki opadom śniegu, znów zwiększały masę. Tyle że w ostatnich latach sytuacja się zmieniła.
- Aby lodowce Svalbardu, w tym Spitsbergenu, mogły nadrobić jakieś straty związane z letnimi roztopami, musiałoby spaść bardzo dużo śniegu, a do tego następne lato musiałoby być bardzo chłodne. Ostatni raz taka sytuacja w naszym obszarze badań miała miejsce w 2008 roku, a więc 12 lat temu. Od tego czasu każdy kolejny rok stanowił kontynuację topnienia, czyli utraty masy lodu były dużo wyższe niż zyski z zimowych opadów śniegu. Wraz z ocieplającym się klimatem takie sytuacje jak ta z 2008 roku, kiedy lodowce odrobinkę przytyły, będą coraz mniej prawdopodobne. Nie mówię jednoznacznie, że przestaną się zdarzać kiedykolwiek, ale szanse na to są z każdą dekadą mniejsze i szczerze mówiąc nie spodziewam się, by coś takiego miało nastąpić w przyszłym roku. Mam nadzieję, że jestem w błędzie - podkreśla glacjolog.
Jego zdaniem, wiele małych lodowców, położonych nisko nad poziomem morza, straciło już szansę na to, by przetrwać - nawet gdyby ocieplenie klimatu się zatrzymało. Szansę, by istnieć jeszcze przez kilkaset lat, mają największe i najgrubsze lodowce.
Topnienie lodu oznacza wzrost poziomu mórz. Według naukowców, może to być nawet jeden metr do końca tego stulecia. To by oznaczało, że wiele obszarów położonych na wybrzeżach - a to przeważnie tereny gęsto zaludnione, w tym wielkie metropolie - zostanie zalanych lub podtopionych. To oznacza ogromne koszty, a w najgorszym scenariuszy katastrofę dla tych społeczności. Tylko w ciągu 23 lat na Ziemi stopniało tyle lodu, ile wystarczyłoby do pokrycia całej Wielkiej Brytanii 100-metrową warstwą.
Topnieje też Grenlandia, w tym stuleciu tempo tego topnienia ma być najszybsze od 12 tysięcy lat. Lądolód Grenlandii, jest ogromny, największy na półkuli północnej. Jego grubość dochodzi do 3 kilometrów, a powierzchnia jest większa niż Hiszpanii, Francji, Niemiec i Polski razem wziętych.