Janusz Kowalski rzutem na taśmę chce zabronić "bezmięsnej kiełbasy"

Dwutygodniowemu rządowi PiS zostały ostatnie dni na stanowiskach i niektórzy jego członkowie nie próżnują. Wiceminister rolnictwa Janusz Kowalski z Suwerennej Polski chce wykorzystać ten czas, by zakazać stosowania nazw takich jak "roślinna kiełbasa" czy "wegetariański hamburger". Na konsultacje przewidział początkowo dzień i rozmawiał tylko z branżą mięsną, a nie producentami roślinnej żywności.
Jedzenie roślinne
fot. Łukasz Krajewski / Agencja Wyborcza.pl

Rządowi Mateusza Morawieckiego został tylko kilka dni do - skazanego na porażkę - głosowania nad wotum zaufania w Sejmie i przejęcia władzy przez nową koalicję. To mało czasu, by zrobić cokolwiek, ale nie oznacza to, że nie ma takich prób. Janusz Kowalski, wiceminister w resorcie rolnictwa, stara się zostawić po sobie zakaz stosowania nazw produktów jak "bezmięsna kiełbasa".

Zobacz wideo Monika Morawiecka: Mamy przestrzeń, by zmierzać do urynkowienia cen energii

Chodzi o przepisy podobne do tych, które mają chronić konsumentów przed wprowadzaniem w błąd i sprzedawaniem np. "podróbek" miodu czy masła. Teraz Kowalski chciałby, żeby nazwy takie jak "szynka", "kiełbasa" czy "wędlina" mogły być używane tylko do produktów z mięsa. 

Jednak sytuacja jest tu inna niż w przypadku firm, które np. starają się udawać, że sprzedają prawdziwy miód, podczas gdy w rzeczywistości to sztuczny zamiennik. Tak zwane roślinne zamienniki mięs - czyli np. parówki albo wędliny z soi, grochu, pszenicy albo boczniaków, które w ostatnich latach zyskały na popularności - są skierowane do osób, które chcą wybrać produkt przypominający mięso, ale wyprodukowany bez niego. W tym wypadku producenci nie ukrywają tego, lecz chwalą się na opakowaniach, że to produkty "w 100 proc. roślinne", "bez mięsa" itd. - bo tego szukają ich konsumenci. 

I to działa. Jak pokazały badania z 2022 roku, praktycznie nikomu nie zdarza się, że kupi wegeparówki przez pomyłkę. Sondaż panelu Ariadna wykazał, że 96 proc. Polek i Polaków kupienie roślinnych zamienników przez pomyłkę zdarza się rzadko lub nigdy.

Branża mięsna zadowolona, firmy wege mają obawy

Choć problem praktycznie nie istnieje, to polityk Solidarnej Polski przekonuje, iż "musimy chronić rynek produktów mięsnych". Wiceminister Kowalski - który dał się poznać w rządzie PiS m.in. jako przeciwnik odnawialnych źródeł energii i czołowy krytyk zielonego ładu - chce, by producenci nie mogli takich nazw używać. 

Projekt rozporządzenia, który zakazałby "wegetariańskiej szynki", został opublikowany 5 grudnia, a na konsultacje ministerstwo dało tylko jeden dzień. Kowalski konsultował go przede wszystkim z... branżą mięsną, ale już nie firmami, które produkują roślinne produkty i w które uderza jego projekt. Pisząc o rozporządzeniu w mediach społecznościowych, wiceminister wymienił sześć organizacji z branży mięsnej, które opiniowały i pozytywnie oceniły projekt. Usłyszał od organizacji zrzeszających producentów drobiu, wędlin i wołowiny, że "branża mięsna długo oczekiwała na wprowadzenie" takich działań.

Ale producenci roślinnych zamienników mają o pomyśle zupełnie inne zdanie. Tym bardziej że według Polskiego Związku Producentów Żywności Roślinnej uderzy to szczególnie w polskie firmy. Bo - jak piszą w swoim stanowisku - roślinne alternatywy spoza Polski nie będą objęte rozporządzeniem i polskie produkty znajdą się w niekorzystnej pozycji. Związek podnosi, że wg danych GfK Polonia polski rynek produktów roślinnych jest wart półtora mld zł, a produkty bazujące na roślinach docierają już do 5,9 mln polskich gospodarstw domowych. Do tego nowe prawo uderzy nie tylko w firmy specjalizujące się w roślinnej żywności, ale też niektórych producentów wędlin, którzy w swojej ofercie mają wegetariańskie alternatywy. - Dążenia do zmiany w legislacji dotyczących nazewnictwa roślinnych alternatyw mięsa bez możliwości konsultacji i zaangażowania kluczowych dla sprawy podmiotów wskazuje na to, że przedstawiony przez "dwutygodniowe" Ministerstwo Rolnictwa projekt ma niejasny cel, z pewnością daleki od ochrony interesu konsumentów - mówi Maciej Otrębski z kampanii RoślinnieJemy.

W piątek Kowalski napisał, że w "związku z bardzo dobrym przyjęciem propozycji przez hodowców i branżę mięsną" konsultacje społeczne zostaną przedłużone do początku stycznia 2024 r. Jego zdaniem zakres "ochrony" należy jeszcze poszerzyć i dodać do projektu m.in. kabanosy, filety i parówki. W praktyce może to jednak oznaczać, że przepisy nie wejdą w życie, jeśli nowy rząd zarzuci prace nad nimi. Niektórzy politycy nowej koalicji już wypowiedzieli się krytycznie o pomyśle Kowalskiego.

Dlaczego roślinne produkty nazywać "kiełbasą"?

Dlaczego w ogóle producenci roślinnych alternatyw chcą nazywać swoje produkty parówkami, szynką lub kiełbasą, skoro nie zawierają mięsa?

- Nadawanie produktom roślinnym zrozumiałych dla klientów nazw jest ukłonem w ich stronę, a nie wprowadzaniem w błąd. Nazwa "roślinna kiełbaska" informuje klienta, że jest to roślinny produkt, który może zjeść w taki sposób i takiej formie jak tradycyjną kiełbaskę - mówi Karolina Kubara, wiceprezeska firmy Kubara sp. z o.o. i współzałożycielka związku producentów. To konieczność nazywania np. kotletów "dyskami" wprowadzi jej zdaniem konsumentów w błąd. 

- Walka z roślinnymi zamiennikami mięsa w sytuacji, w której mamy dążyć do obniżenia emisji CO2, to piłowanie gałęzi, na której się siedzi - dodaje Kubara. 

Rzeczywiście z punktu widzenia ochrony klimatu i środowiska ograniczanie spożycia mięsa jest niezbędne. Gazy cieplarniane z produkcji żywności - głównie czerwonego mięsa - wystarczą, by ocieplić klimat Ziemi o półtora stopnia Celsjusza. Kilogram wołowiny oznacza emisję prawie 100 kg ekwiwalentu CO2, ponad 200 razy więcej niż kilogram ziemniaków.

A globalne ocieplenie to tylko jeden z problemów masowej produkcji i masowego spożycia mięsa i produktów odzwierzęcych. Fermy przemysłowe, gdzie produkuje się absolutną większość np. drobiu, mogą powodować emisje szkodliwych substancji. Badania prowadzone w Polsce wokół jednej z ferm drobiu wykazały występowanie w wodzie i glebie m.in. antybiotyków i innych leków, które są podawane zwierzętom. Na fermach - gdzie żyje jednocześnie kilkadziesiąt tysięcy lub więcej kur w jednym budynku - mogą też panować fatalne warunki zarówno dla dobrostanu zwierząt, jak i dla pracujących tam ludzi.

Ograniczenie spożycia mięsa może też być dobre dla zdrowia. Polsce średnio jemy 70 kg mięsa rocznie (a biorąc pod uwagę, że część ludzi nie je go wcale, to mamy sporo osób jedzących go dużo więcej). Tymczasem rekomendacje zdrowotne to nie więcej niż trochę ponad 20 kg rocznie. 

Więcej o: