Poseł Janusz Kowalski z Suwerennej Polski chciał - jeszcze jako wiceminister rolnictwa - "chronić rynek produktów mięsnych". Ochrona ta miała polegać na zastrzeżeniu nazw jak kiełbasa czy wędlina tylko dla produktów z mięsa. To w praktyce oznaczałoby zakaz nazywania tzw. roślinnych alternatyw "wegetariańską kiełbasą" czy "roślinną szynką".
"Dwutygodniowy" rząd Mateusza Morawieckiego - zgodnie z przewidywaniami - nie znalazł większości w Sejmie. Teraz los rozporządzenia leży w rękach nowego ministra rolnictwa Czesława Siekierskiego (PSL). Zapytaliśmy ministerstwo rolnictwa, czy nowe kierownictwo dalej będzie pracować nad projektem.
Formalnie zakaz "wegańskich kiełbas" wprowadziłaby zmiana Rozporządzenia Ministra Rolnictwa w sprawie znakowania poszczególnych rodzajów środków spożywczych. Co dzieje się w tej chwili z projektem Janusza Kowalskiego?
Jak poinformowało w odpowiedzi na nasze pytania Ministerstwo Rolnictwa, do 8 stycznia trwają (zaplanowane jeszcze przez poprzednią ekipę) konsultacje społeczne. Resort nie odpowiedział, czy zrezygnuje z projektu poprzedników, czy go odrzuci - decyzja ma zostać podjęta po zapoznaniu się kierownictwa ministerstwa z wynikiem konsultacji.
"Po zakończeniu konsultacji zostaną przekazane Kierownictwu MRiRW materiały opisujące otrzymane stanowiska w celu podjęcia przez Kierownictwo decyzji co do dalszych działań odnośnie przedmiotowych przepisów" - czytamy w odpowiedzi.
Na początku stycznia kolejna organizacja branżowa skrytykowała projekt Kowalskiego. Polska Federacja Producentów Żywności uważa, że taka zmiana przepisów to "zbyt daleko idąca ingerencja prawna w rynek, z możliwymi dalszymi negatywnymi konsekwencjami dla producentów produktów roślinnych w Polsce".
"Proponowane ograniczenie stosowania nazw można uznać za dyskryminację całego sektora produktów roślinnych względem sektora produkcji wyrobów pochodzenia zwierzęcego" - pisze organizacja.
PFPŻ ZP zwraca również uwagę na sposób przygotowania projektu, a w szczególności na fakt, że przed opublikowaniem projektu nie zasięgnięto opinii reprezentacji podmiotów wytwarzających produkty pochodzenia roślinnego, co nasuwa wniosek o nierównym traktowaniu podmiotów gospodarczych w Polsce, noszącego znamiona dyskryminacji jednego sektora względem drugiego.
Wcześniej protestowały organizacje branżowe producentów roślinnych alternatyw mięsa. Produkty takie jak roślinne wersje wędlin, mięsa mielonego, serów czy mleka w ostatnich latach zyskały znaczną popularność. Badania pokazują, że nawet co druga osoba w Polsce próbowała już takich produktów, a wśród nich ponad 40 proc. zaczęła spożywać je regularnie.
Sondaże zbijają też główny argument zwolenników zakazu stosowania "mięsnych" nazw do roślinnych produktów: to, że mają one rzekomo wprowadzać klientów w błąd. W badaniu wykonanym na zlecenie Fundacji ProVeg 86 proc. ankietowanych stwierdziło, że nie zdarzyło im się w ciągu ostatniego roku pomylić roślinnych zamienników z mięsnym produktem. Sposób tych, którym zdarzyła się taka pomyłka, tylko 23 proc. uznało, że było to spowodowane opakowaniem. Także PFPŻ zwraca uwagę, że w samym uzasadnieniu projektu nie wskazano na żadne dowody, jakoby takie oznaczenia był źle rozumiane przez konsumentów.
Dlaczego w ogóle producenci roślinnych alternatyw chcą nazywać swoje produkty parówkami, szynką lub kiełbasą, skoro nie zawierają mięsa?
- Nadawanie produktom roślinnym zrozumiałych dla klientów nazw jest ukłonem w ich stronę, a nie wprowadzaniem w błąd. Nazwa "roślinna kiełbaska" informuje klienta, że jest to roślinny produkt, który może zjeść w taki sposób i takiej formie jak tradycyjną kiełbaskę - mówi Karolina Kubara, wiceprezeska firmy Kubara sp. z o.o. i współzałożycielka związku producentów. To konieczność nazywania np. kotletów "dyskami" wprowadzi jej zdaniem konsumentów w błąd.
- Walka z roślinnymi zamiennikami mięsa w sytuacji, w której mamy dążyć do obniżenia emisji CO2, to piłowanie gałęzi, na której się siedzi - dodaje Kubara.